– Że zginęło już dwóch mężczyzn – odparła Froelich.
– Dwóch mężczyzn i jedna kobieta – poprawił Reacher.
– Przyjrzyjcie się statystykom. W dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto porwanie równa się zabójstwu.
– Zdjęcia dowodziły, że żyje – nie zgodził się Stuyvesant.
– Dopóki Nendick nie zrobił tego, co kazano. A zrobił prawie dwa tygodnie temu.
– Wciąż to robi. Nie mówi, toteż nie zamierzam tracić nadziei.
Reacher nie odpowiedział.
– Wiesz coś o niej? – spytała Neagley.
Stuyvesant pokręcił głową.
– Nigdy jej nie spotkałem, nawet nie wiem, jak się nazywa. Praktycznie nie znam też Nendicka. To tylko technik, widuję go od czasu do czasu.
W sali zapanowała cisza.
– Musicie też zawiadomić FBI – powiedziała Neagley.
– Teraz nie chodzi już tylko o Armstronga. Mamy ofiarę
porwania, może już nieżyjącą albo poważnie zagrożoną.
To z całą pewnością jurysdykcja Biura. No i zabójstwo poza stanem. To ich sprawa.
Cisza dosłownie dźwięczała w uszach. W końcu Stuyvesant westchnął, rozejrzał się wokół, wodząc spojrzeniem po twarzach zebranych.
– Tak – rzekł – zgadzam się. Sprawy zaszły za daleko.
Bóg jeden wie, że nie chcę tego robić, ale im powiem. Pozwolę, byśmy stracili punkty. Przekażę im wszystko.
Odpowiedziała mu cisza, nikt się nie odezwał, nie mieli nic do powiedzenia. Zważywszy na okoliczności, było to
najlepsze wyjście, aprobata jednak mogłaby się wydać czystym sarkazmem, a wyrazy współczucia czymś niestosownym. Owszem, należały się Nendickom i dwóm niespokrewnionym rodzinom nazwiskiem Armstrong. Ale nie Stuyvesantowi.
– Tymczasem skupimy się na Armstrongu – zdecydował. – To wszystko, co możemy zrobić.
– Jutro jest znów Dakota Północna – oznajmiła Froelich. – Zabawa i igrzyska na świeżym powietrzu. To samo miejsce co przedtem, niezbyt bezpieczne. Wyruszamy o dziesiątej.
– A w czwartek?
– Czwartek to Święto Dziękczynienia. Będzie podawał indyka w schronisku dla bezdomnych tu, w Waszyngtonie. Bardzo odsłonięty.
Odpowiedziała jej długa cisza. Stuyvesant westchnął ciężko i oparł dłonie na długim drewnianym blacie.
– W porządku – rzekł. – Bądźcie tu jutro o siódmej rano.
Z pewnością Biuro bardzo chętnie przyśle nam swojego
łącznika.
To rzekłszy, dźwignął się z miejsca i poszedł do gabinetu, skąd zamierzał przeprowadzić kilka rozmów telefonicznych, które na zawsze rzucą cień na jego karierę.
– Czuję się bezradna – mruknęła Froelich. – Chciała
bym być bardziej aktywna.
– Nie lubisz grać w obronie? – spytał Reacher.
Leżeli w jej łóżku, w jej sypialni, większej niż pokój gościnny, ładniejszej i cichszej, ponieważ znajdowała się z tyłu domu. Sufit też miała gładszy, choć ostatecznie mogły tego dowieść dopiero ukośne promienie słońca, które wpadały tu wieczorem, nie rano, bo okno wychodziło na
zachód. Łóżko było ciepłe, dom także: kokon ciepła w morzu szarej, zimnej miejskiej nocy.
– Obrona nie jest zła – rzekła Froelich. – Lecz przecież atak to też obrona, prawda? Zwłaszcza w takiej sytuacji. Ale my zawsze pozwalamy, by wszystko przychodziło do nas, a wtedy uciekamy. Jesteśmy za bardzo nastawieni na reakcje. Za mało uwagi poświęcamy analizom.
– Macie przecież analityków – przypomniał Reacher. -Choćby tego gościa, który ogląda filmy.
Skinęła głową opartą na jego ramieniu.
– Biuro badawcze. To dziwna praca, raczej akademicka, strategiczna niż taktyczna.
– W takim razie zrób to sama. Spróbuj kilku rzeczy.
– Na przykład?
– Wyeliminowanie Nendicka sprawia, że wracamy do pierwotnych dowodów. Musimy zacząć od początku. Powinnaś skupić się na odcisku kciuka.
– Nie ma go w bazach danych.
– W bazach danych zdarzają się błędy, są też uzupełniane, cały czas pojawiają się nowe odciski. Powinnaś sprawdzać co kilka dni i poszerzyć poszukiwania. Sprawdź w innych krajach, w Interpolu.
– Wątpię, czy ci ludzie są z zagranicy.
– Ale może to Amerykanie, którzy podróżowali po świecie. Może mieli kłopoty w Kanadzie, Europie, Meksyku czy Ameryce Południowej.
– Może – mruknęła.
– Powinnaś też sprawdzić odcisk kciuka jako sposób działania. No wiesz, przeszukać bazę danych i sprawdzić, czy ktokolwiek kiedykolwiek podpisał listy z groźbami odciskiem. Jak daleko w przeszłość sięgają archiwa?
– Do zarania dziejów.
– To nałóż ograniczenie, dwadzieścia lat. Myślę, że u zarania dziejów mnóstwo ludzi podpisywało się odciskiem
kciuka.
Froelich uśmiechnęła się sennie. Czuł to na ramieniu.
– Bo jeszcze nie umieli pisać – uzupełnił.
Nie odpowiedziała. Zasnęła twardo, oddychając wolno, rytmicznie, wtulona w niego. Poruszył się lekko i poczuł niewielkie wgniecenie po swej stronie materaca. Zastanowił się, czy to Joe je zrobił. Przez dłuższą chwilę leżał bez ruchu, potem wyciągnął rękę i zgasił światło.
Zdawało się, że minęła zaledwie minuta, gdy znów wstali, wzięli prysznic i znaleźli się z powrotem w sali konferencyjnej Secret Service, zajadając donuty i pijąc kawę wraz z łącznikiem FBI, niejakim Bannonem. Reacher miał na sobie kurtkę z Atlantic City oraz trzeci z porzuconych włoskich garniturów Joego, trzecią koszulę Ktosia & Ktosia i gładki niebieski krawat. Froelich znów ubrała czarny kostium ze spodniami. Neagley założyła ten sam strój co w sobotę wieczór, podkreślający figurę, ten, który zignorował Nendick. Wykorzystywała swą garderobę tak szybko, jak tylko pozwalała na to pralnia hotelowa. Stuyvesant jak zwykle ubrany był w nieskazitelny garnitur od Brooks Brothers, może ten sam co wczoraj, może nie, nie dało się poznać – wszystkie były identyczne. Sprawiał wrażenie wyczerpanego. Wszyscy wyglądali na wyczerpanych i Reachera nieco to martwiło. Doświadczenie podpowiadało mu, że zmęczenie wpływa na sprawność operacyjną równie źle, jak o jeden drink za wiele.
– Prześpimy się w samolocie – powiedziała Froelich. -
Każemy pilotowi lecieć powoli.
Bannon miał na oko około czterdziestki. Ubrany w tweedowy sportowy płaszcz i szare flanele wyglądał surowo,
twardo i bardzo irlandzko. Spacer na porannym mrozie podkreślił jeszcze czerwień jego cery. Był też jednak uprzejmy, wesoły i sam przyniósł dla wszystkich kawę i pączki, z dwóch różnych sklepów, wybranych z powodu jakości sprzedawanych produktów. Został też dobrze przyjęty. Jedzenie i picie za dwadzieścia dolarów przełamało część międzyagencyjnych lodów.
– Żadnych tajemnic z obu stron – powiedział. – Oto co proponujemy. I żadnego obwiniania. Ale też żadnych bzdur. Myślę, że musimy przyjąć, że żona Nendicka nie żyje. Będziemy jej szukać, oczywiście, ale nie okłamujmy się. Zatem są już trzy ofiary, trochę dowodów, ale niezbyt wiele. Przypuszczamy, że Nendick spotkał się z tymi ludźmi, i zakładamy, że byli u niego w domu, choćby po to, by porwać żonę. Zatem to miejsce zbrodni. Sprawdzimy je dzisiaj i przekażemy wam wyniki. Nendick nam pomoże, jeśli kiedykolwiek się ocknie. Zakładając jednak, że nie nastąpi to prędko, zabierzemy się do sprawy od trzech stron. Po pierwsze, listy, które przychodziły tu, do Waszyngtonu. Po drugie, zabójstwo w Minnesocie. Po trzecie, to w Kolorado.
– Czy wasi ludzie przejęli tam śledztwa? – spytała Froelich.
– W obu miejscach – odparł Bannon. – Nasi spece od balistyki stwierdzili, że broń z Kolorado to pistolet maszynowy Heckler & Koch, zwany MP5.