– Doszliśmy do tego samego wniosku – dodała Neagley. – Zapewne wytłumiony, co oznacza MP5 SD6.
Bannon skinął głową.
– Ty jesteś jedną z byłych wojskowych, tak? W takim
razie widziałaś już MP5. Ja też. To broń wojskowa i paramilitarna. Używa jej policja, federalne oddziały szturmowe SWAT i podobne grupy.
Umilkł i rozejrzał się po twarzach zgromadzonych ludzi, jakby w jego słowach kryło się coś ważnego.
– A Minnesota? – spytała Neagley.
– Znaleźliśmy pocisk – odparł Bannon. – Przeczesaliśmy podwórze wykrywaczem metalu. Tkwił zagrzebany ponad dwadzieścia centymetrów w błocie, co odpowiada strzałowi z niewielkiego zadrzewionego wzgórza około stu dwudziestu metrów dalej na północ. Jakieś dwadzieścia pięć metrów wysokości.
– Jaki to pocisk? – spytał Reacher.
– Natowski, 7,62 milimetra.
Reacher skinął głową.
– Sprawdziliście go?
– Pod jakim względem?
– Ładunku miotającego. Bannon przytaknął.
– Był zmniejszony.
– Amunicja poddźwiękowa – mruknął Reacher. – Przy takim kalibrze to musiał być wytłumiony karabin snajperski Vaime Mk2.
– Także broń policyjna i paramilitarna – dodał Bannon. – Często dostarczana jednostkom antyterrorystycznym.
Ponownie rozejrzał się po sali, jakby czekał na komentarze. Nikt się nie odezwał, toteż sam przeszedł do rzeczy.
– Wiecie co?
– Co?
– Jeśli porównacie listy oficjalnych amerykańskich nabywców pistoletów maszynowych Heckler & Koch MP5 i karabinów Vaime Mk2, tylko jedna nazwa powtórzy się na obu.
– Jaka?
– Tajnych Służb Stanów Zjednoczonych. Secret Service.
W sali zapadła cisza, nikt się nie odezwał. Nagle usłyszeli pukanie do drzwi. Oficer dyżurny. Stał tam oparty o framugę.
– Właśnie przyszła poczta – oznajmił. – Powinniście to
zobaczyć.
Położyli ją na stole w sali konferencyjnej. Znajoma brązowa koperta, klejona, z metalowym zapięciem. Wydrukowana na komputerze samoprzylepna nalepka z adresem. Brook Armstrong, Senat Stanów Zjednoczonych, Waszyngton DC. Wyraźne czarne litery na białym tle, czcionka Times New Roman. Bannon otworzył teczkę i wyjął parę białych bawełnianych rękawiczek. Naciągnął je na prawą, potem lewą dłoń. Poprawił na palcach.
– Dostałem je z laboratorium – wyjaśnił. – To szczególne okoliczności. Nie chcemy używać rękawiczek lateksowych i zostawić własnych śladów talku.
Rękawiczki były dość grube, Bannon musiał przesunąć kopertę na skraj stołu, by ją podnieść. Przytrzymał jedną ręką, szukając czegoś, czym mógłby otworzyć list. Reacher wyjął z kieszeni ceramiczny nóż, otworzył go, podał rękojeścią do przodu. Bannon wsunął czubek ostrza pod klapkę. Pociągnął kopertę w tył, a nóż do przodu. Klinga przecięła papier jak masło. Agent oddał Reacherowi nóż, nacisnął krawędzie koperty, tak by się rozchyliła. Zajrzał do środka. Odwrócił ją i wytrząsnął coś na blat.
Była to pojedyncza kartka grubego białego papieru listowego. Prześliznęła się kawałek po błyszczącym blacie, po czym znieruchomiała. Na środku w dwóch linijkach, nieco ponad połową wysokości kartki, widniało pytanie, pięć słów, wydrukowanych znajomą prostą czcionką: Podobała się wam nasza demonstracja? Ostatnie słowo jako
jedyne przeszło do drugiej linii, co jeszcze podkreśliło jego znaczenie.
Bannon odwrócił kopertę, sprawdził znaczek.
– Znów Vegas – oświadczył. – Sobota. Są bardzo pewni siebie, prawda? Pytają, czy spodobała ci się demonstracja trzy dni przed jej urządzeniem.
– Musimy już ruszać – oznajmiła Froelich. – Startujemy o dziesiątej. Chcę, żeby Reacher i Neagley pojechali ze mną. Już tam byli, znają teren.
Stuyvesant uniósł rękę w niewyraźnym geście oznaczającym albo „w porządku”, albo „nieważne”, albo „nie zawracaj mi głowy”. Reacher nie potrafił określić, która z tych interpretacji jest prawdziwa.
– Chcę, żebyśmy spotykali się dwa razy dziennie – powiedział Bannon. – Tutaj. O siódmej co rano i może o dziesiątej wieczór.
– Jeśli będziemy w mieście – odparła Froelich. Wstała i ruszyła do drzwi. Reacher i Neagley wyszli za nią na korytarz. Reacher dogonił ją, trącił łokciem i popchnął w lewo, nie w prawo, w stronę jej biura.
– Przeszukaj bazę danych – szepnął. Zerknęła na zegarek.
– To trwa za długo.
– W takim razie zacznij teraz i niech sprawdza cały dzień.
– Bannon tego nie zrobi?
– Pewnie zrobi, ale zawsze warto sprawdzić samemu.
Przystanęła, potem odwróciła się i ruszyła w głąb piętra. Zapaliła lampę w pokoju, włączyła komputer. Baza NCIK miała bardzo skomplikowany interfejs przeszukiwania. Froelich wprowadziła hasło, kliknęła kursorem w pierwsze pole i wpisała: odcisk kciuka.
– Więcej szczegółów – poradził Reacher. – Przy czymś
takim otrzymasz miliony najzwyklejszych, niewinnych
spraw.
Froelich wróciła do pierwszego pola i napisała: odcisk kciuka + dokument + list + podpis.
– W porządku? – spytała.
Wzruszył ramionami.
– Urodziłem się, nim jeszcze wynaleziono ten sprzęt.
– Niezły początek – powiedziała Neagley. – Jeśli trze
ba, możemy uściślić to później.
Froelich kliknęła na „szukaj”. Twardy dysk zaszumiał, a pytanie zniknęło z ekranu.
– Ruszajmy – rzekła.
Przewiezienie zagrożonego wiceprezydenta elekta z Dystryktu Columbii do wielkiego stanu Dakota Północna okazało się skomplikowanym przedsięwzięciem. Wymagało ośmiu osobnych pojazdów Secret Service, czterech radiowozów, w sumie dwudziestu agentów i samolotu. Miejscowy wiec polityczny ochraniało dwunastu agentów, czterdziestu miejscowych policjantów, cztery radiowozy policji stanowej i dwie miejscowe jednostki z psami. Froelich przez cztery godziny koordynowała przez radio całą operację.
Suburbana zostawiła w garażu. Wykorzystała długą limuzynę town car z kierowcą, by móc skupić się na wydawaniu rozkazów. Reacher i Neagley siedzieli obok niej z tyłu. Razem wyjechali z Georgetown i zaparkowali przed domem Armstronga. Trzydzieści minut później dołączył do nich samochód artylerii i dwa suburbany. Kwadrans potem tuż pod namiotem zaparkował opancerzony cadillac. Następnie dwa radiowozy zablokowały ulicę z obu stron.
Miały włączone koguty. Wszystkie samochody ani na moment nie gasiły reflektorów. Niebo było ciemnoszare, padał lekki deszcz, nikt nie wyłączał silników, żeby nie stracić ogrzewania. Spaliny unosiły się w powietrzu i zbierały obok krawężników.
Czekali. Froelich rozmawiała z obstawą osobistą w domu, obsługą naziemną z bazy lotniczej Andrews. Rozmawiała z policjantami w radiowozach, słuchała raportów o ruchu przesyłanych z helikoptera. Pogoda sprawiła, że miasto było zakorkowane. Drogówka doradzała długi objazd dookoła centrum. Ludzie z Andrews meldowali, że mechanicy sprawdzili samolot i załoga już czeka. Obstawa osobista poinformowała, że Armstrong skończył poranną kawę.
– Ruszamy – poleciła Froelich.
Nie widzieli przejścia przez namiot, lecz Froelich na bieżąco wysłuchiwała relacji przez słuchawkę. Limuzyna odjechała od krawężnika. Jeden z suburbanów wyprzedził ją natychmiast i ustawił się za pierwszym radiowozem. Następna była artyleria, potem limuzyna Froelich, później drugi suburban i zamykający kawalkadę radiowóz. Cały konwój wyjechał na Wisconsin Avenue przez Bethesdę, oddalając się od bazy Andrews, następnie jednak skręcił w prawo i szybko zatoczył pętlę. Tymczasem Froelich połączyła się z Bismarck i sprawdzała szczegóły dotyczące przylotu. Zaplanowano go na godzinę 13:00. Chciała wszystko z góry ustalić, by móc się przespać w samolocie.