Выбрать главу

Konwój wjechał do Andrews bramą północną i wtoczył się wprost na płytę lotniska. Limuzyna Armstronga zatrzymała się siedem metrów od stopni. Samolot, dwusilnikowy odrzutowiec Gulfstream, oznaczony był ceremonialnym niebieskim godłem Stanów Zjednoczonych. Jego silniki skowyczały, ulatujące z nich powietrze porywało ze sobą

krople deszczu. Z suburbanów wysypali się agenci. Armstrong wysiadł z limuzyny i przebiegł szybko siedem metrów do schodów. Tuż za nim podążała ochrona osobista, za nimi Froelich, Neagley i Reacher. Z czekającej furgonetki prasowej wyskoczyło dwóch reporterów. Szereg zamykała druga trójka agentów. Obsługa lotniska odtoczyła stopnie, steward zamknął drzwi samolotu.

Wnętrze odrzutowca nie przypominało Air Force One, który Reacher oglądał na filmach – raczej autobus, jakim mógłby podróżować niezbyt znany zespół rockowy; zwykły niewielki pojazd, wyposażony w dwanaście lepszej klasy foteli. Osiem z nich ustawiono w dwóch grupach po cztery wokół stołów, pozostałe cztery w jednym rzędzie z przodu. Skórzane fotele i drewniane blaty wydawały się dziwnie nie na miejscu w prostym przedziale pasażerskim. Niewątpliwie kolejność zajmowania miejsc ściśle regulowała hierarchia służbowa. Ludzie tłoczyli się w przejściu, póki Armstrong nie usiadł. Wybrał miejsce tyłem do dziobu samolotu, przy oknie przy prawym stole. Dwaj reporterzy usiedli naprzeciwko; może umówili się z góry na wywiad w czasie przelotu. Froelich i ochrona osobista zajęli krzesła przy drugim stole. Agenci ze wsparcia i Neagley usiedli w pierwszym rzędzie. Reacher nie miał wyboru. Jedyny pusty fotel był blisko Froelich – rozdzielało ich tylko przejście – ale także tuż obok Armstronga.

Szybko schował kurtkę w skrytce nad głową i usiadł. Armstrong zerknął na niego jak na starego znajomego, reporterzy zmierzyli go uważnym wzrokiem. Czuł na sobie pytające spojrzenia. Oglądali jego garnitur. Niemal widział obracające się w ich głowach trybiki: zbyt drogi i elegancki jak na agenta. Kto to jest? Asystent? Ktoś ważny? Reacher zapiął pas, jakby siedzenie obok wiceprezydenta elekta było

dla niego czymś naturalnym, jakby robił to co cztery lata. Armstrong nie uczynił nic, by wyjaśnić sytuację. Po prostu siedział spokojnie, czekając na pierwsze pytanie.

Silniki zawyły głośniej i samolot pokołował na pas. Gdy wystartował i wyrównał lot, niemal wszyscy w samolocie już spali, poza tymi przy stole Reachera. Po prostu wyłączyli się jak zawodowcy dysponujący chwilą przerwy między intensywnymi zajęciami. Wyraźnie widział, że Froelich przywykła do sypiania w samolotach: głowę oparła o ramię, ręce złożyła na kolanach. Wyglądała świetnie. Trzech agentów obok niej przyjęło nieco mniej eleganckie pozy. Byli to potężni faceci o szerokich karkach, masywnych ramionach, grubych przegubach. Jeden z nich wysunął nogę w przejście. Stopa na oko miała rozmiar czternaście. Reacher zakładał, że Neagley śpi za jego plecami. Potrafiła zasnąć wszędzie; kiedyś widział, jak podczas długiej zasadzki spała na drzewie. Znalazł przycisk i odrobinę odchylił fotel, sadowiąc się wygodniej. W tym momencie jednak reporterzy zaczęli mówić – do Armstronga, ale o Reacherze.

– Czy możemy prosić o nazwisko? – spytał jeden z nich.

Armstrong pokręcił głową.

– Obawiam się, że na tym etapie nie możemy jeszcze ujawniać nazwisk.

– Ale zakładamy, że wciąż mowa tu o instytucjach bezpieczeństwa narodowego?

Armstrong uśmiechnął się, niemal mrugnął.

– Nie mogę wam zabronić zakładania czegokolwiek.

Reporterzy coś zapisali. Zaczęli rozmowę o stosunkach

międzynarodowych, kładąc szczególny nacisk na zasoby i wydatki wojskowe. Reacher nie słuchał, starał się zasnąć. Ocknął się ponownie, gdy usłyszał powtórzone pytanie i poczuł na sobie wzrok. Jeden z reporterów patrzył w jego stronę.

– Ale czy nadal popiera pan doktrynę miażdżącej przewagi sił? – dopytywał się drugi.

Armstrong zerknął na Reachera.

– Zechciałbyś skomentować?

Reacher ziewnął.

– Tak, nadal popieram ideę miażdżącej przewagi sił. Bez dwóch zdań. Popieram ją całym sercem i zawsze popierałem.

Obaj reporterzy zapisali te słowa. Armstrong z mądrą miną skinął głową. Reacher odchylił nieco bardziej oparcie i zasnął.

* * *

Ocknął się w chwili, gdy schodzili do lądowania w Bismarck. Wszyscy wokół niego już się obudzili. Froelich rozmawiała cicho z agentami, wydając standardowe polecenia operacyjne. Neagley słuchała wraz z trzema mężczyznami ze swego rzędu. Wyjrzał przez okno Armstronga i ujrzał czyste, błękitne niebo, bez chmur. Trzy tysiące metrów w dole leżała ziemia, brązowa i uśpiona. Widział rzekę Missouri przecinającą ją z północy na południe poprzez niekończącą się serię jasnoniebieskich jezior. Dostrzegł też biegnące ze wschodu na zachód wąskie pasmo autostrady I 94. W miejscu gdzie się krzyżowały, widniała brązowa miejska plama: Bismarck.

– Ochronę kordonu pozostawiamy miejscowej policji -mówiła Froelich. – Mamy ich do dyspozycji czterdziestu, może więcej. A także policję stanową w radiowozach. Naszym zadaniem jest trzymanie się razem. Wchodzimy i wychodzimy. Przyjeżdżamy po rozpoczęciu spotkania, wyjeżdżamy przed zakończeniem.

– Tak żeby chcieli więcej – dodał Armstrong, nie zwracając się do nikogo w szczególności.

– W show-biznesie to się sprawdza – zauważył jeden

z reporterów.

Samolot zakołysał się, przechylił i zaczął schodzić do lądowania. Fotele wyprostowały się, wokół szczęknęły klamry pasów. Reporterzy schowali notesy. Mieli zostać w samolocie. Ważnych dziennikarzy od polityki zagranicznej nie interesują lokalne polityczne wiece. Froelich spojrzała na Reachera i uśmiechnęła się, lecz w jej oczach dostrzegł niepokój.

Samolot wylądował gładko i odkołował na róg płyty, gdzie czekało już pięć samochodów: dwa radiowozy i trzy identyczne limuzyny między nimi. Obok stała niewielka grupka ludzi z obsługi, trzymających w pogotowiu stopnie. Armstrong wraz z obstawą jechał środkową limuzyną. Agenci ze wsparcia zajęli tę z tyłu. Froelich, Reacher i Neagley wsiedli do pierwszej. W powietrzu czuć było mróz, ale niebo nad głowami jaśniało, słońce świeciło oślepiająco.

– Macie wolną rękę – oznajmiła Froelich. – Róbcie, co

uznacie za stosowne.

Droga była zupełnie pusta, jakby okolica kompletnie się wyludniła. Po krótkiej podróży gładkimi betonowymi jezdniami Reacher ujrzał nagle w dali znajomą kościelną wieżę i otaczające ją niskie domy. Po jednej stronie drogi dojazdowej gęsto parkowały samochody. Sto metrów przed wejściem na tereny kościelne ustawiono policyjną blokadę. Kawalkada wyminęła ją i skierowała się na parking. Ogrodzenia udekorowano wstęgami. Wokół kościoła zebrał się już spory tłum, jakieś trzysta osób. Nad wszystkim górowała dzwonnica, wysoka, masywna, potężna i oślepiająco biała w promieniach zimowego słońca.

– Mam nadzieję, że tym razem sprawdzili każdy mili

metr – mruknęła Froelich.

Pięć samochodów zatrzymało się ze zgrzytem na żwirze. Pierwsi wysiedli agenci ze wsparcia, rozsypali się przed samochodem Armstronga, sprawdzając twarze w tłumie, czekając, aż Froelich odbierze przez radio meldunek od miejscowego szefa policji. Gdy tylko go dostała, przekazała dowódcy wsparcia, który potwierdził, podszedł do drzwi Armstronga i otworzył je uroczyście. Reacher był pod wrażeniem. Wszystko to przypominało balet – pięć spokojnych, godnych, niespiesznych sekund, bez żadnego wahania. A jednak wystarczyło na nawiązanie trzy stronnej łączności radiowej i potwierdzenie wizualne. Bardzo sprawna organizacja.