Выбрать главу

Armstrong wysiadł z samochodu na mróz. Uśmiechał się już, przybierając perfekcyjną minę miejscowego chłopaka, zakłopotanego tym całym zamieszaniem, i wyciągał rękę, by powitać swego następcę, czekającego na czele kolejki. Głowę miał gołą. Osobista ochrona otaczała go tak blisko, że niemal go dotykała. Agenci wsparcia także się zbliżyli, manewrując tak, by najwyższa dwójka zawsze stała pomiędzy Armstrongiem i kościołem. Ich twarze były pozbawione wyrazu. Płaszcze mieli rozpięte, oczy poruszały się nieustannie.

– Ten przeklęty kościół – mruknęła Froelich. – Przypomina strzelnicę.

– Powinniśmy jeszcze raz go sprawdzić – odparł Reacher. – Sami, tak żeby mieć pewność. Do tego czasu każ mu krążyć w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.

– Wtedy podejdzie jeszcze bliżej kościoła.

– Bliżej kościoła jest bezpieczniejszy, kąt strzału jest zbyt ostry. Dzwony otaczają drewniane żaluzje, pole rażenia zaczyna się około dwunastu metrów od podstawy wieży. Jeśli znajdzie się bliżej, będzie bezpieczny.

Froelich uniosła przegub i przekazała wiadomość swemu zastępcy. Kilka sekund później ujrzeli, jak mężczyzna zaczyna prowadzić Armstronga w prawo i głębiej w stronę kościoła. Nowy senator dreptał tuż obok. Tłum zmienił kierunek i poruszył się wraz z nimi.

– A teraz znajdźmy gościa, który ma klucze – zaproponował Reacher.

Froelich wywołała miejscowego dowódcę policji. Wysłuchała krótkiej odpowiedzi.

– Kościelny spotka się z nami na miejscu – oznajmiła. – Za pięć minut.

Wysiedli z samochodu i przeszli przez żwirowy parking w stronę bramy kościelnej. Było bardzo zimno. Widzieli głowę Armstronga pośród morza ludzi. W promieniach słońca jego włosy lśniły. Był już daleko, dziesięć metrów od wieży. Nowy senator trwał u jego boku. Otaczało ich sześciu agentów. Tłum poruszał się wraz z nimi, powoli zmieniając kształt niczym ewoluująca żywa istota. Wszędzie wokół widzieli ciemne płaszcze, kapelusze, szaliki, okulary przeciwsłoneczne. Po nocnych przymrozkach trawa była martwa i brązowa.

Froelich zesztywniała, osłoniła dłonią ucho, uniosła drugą rękę i przemówiła do mikrofonu na przegubie.

– Utrzymujcie go blisko kościoła – poleciła. Następnie opuściła ręce, rozpięła płaszcz, przesunęła pistolet w kaburze.

– Zgłosili się policjanci stanowi z najdalszego kordonu – oznajmiła. – Niepokoi ich jakiś pieszy mężczyzna.

– Gdzie? – spytał Reacher.

– Tuż poza kordonem.

– Opis?

– Nie dostałam.

– Ilu masz policjantów.

– Ponad czterdziestu, wszędzie wokół.

– Każ im patrzeć na zewnątrz, stać plecami do tłumu. Niech skupią się na kordonie.

Froelich przez radio przekazała rozkaz dowódcy policji. Sama także patrzyła naokoło.

– Muszę iść – oznajmiła.

Reacher odwrócił się do Neagley.

– Sprawdź ulicę – poprosił. – Wszystkie punkty dostępu, które znaleźliśmy.

Neagley przytaknęła i ruszyła w stronę podjazdu długimi, szybkimi krokami, czymś pomiędzy marszem i biegiem.

– Znaleźliście punkty dostępu? – spytała Froelich.

– Całe mnóstwo.

Froelich uniosła rękę.

– Ruszajcie, ruszajcie. Utrzymujcie go blisko ściany wieży, pilnujcie z trzech stron, samochody niech czekają. Szybko.

Wysłuchała odpowiedzi, skinęła głową. Z drugiej strony Armstrong zbliżał się do dzwonnicy. Dzieliło go od nich jakieś trzydzieści pięć metrów, nie widzieli go.

– Ty idź – powiedział Reacher. – Ja sprawdzę kościół. Podniosła rękę.

– Utrzymujcie go tam – poleciła. – Już idę.

Bez jednego słowa skierowała się wprost w głąb terenu kościelnego. Reacher pozostał sam przy bramie. Przeszedł przez nią i ruszył ku budynkowi. Zaczekał przy drzwiach, były wielkie, z rzeźbionego drewna dębowego, grube na dziesięć centymetrów, z żelaznymi okuciami i zawiasami ozdobione wielkimi, czarnymi, żelaznymi ćwiekami. Nad nimi wznosiła się dwudziestometrowa wieża. Na szczycie ujrzał flagę, piorunochron i kurka. Kurek nie poruszał się,

flaga wisiała ciężko. Powietrze było kompletnie nieruchome, zimne, gęste, ani śladu wiatru. To powietrze, które przyjmuje pocisk, otula go i unosi miłośnie wprost do celu. Minutę później Reacher usłyszał zgrzyt kroków na żwirze. Obejrzał się i ujrzał zbliżającego się kościelnego. Był to drobny mężczyzna w czarnej, sięgającej ziemi sutannie, na którą nałożył kaszmirowy płaszcz. Głowę okrywała mu futrzana czapka z nausznikami. Do tego nosił grube okulary w złotej oprawce. W dłoni trzymał metalowe kółko z dużym żelaznym kluczem, tak wielkim, że wyglądał jak rekwizyt z kreskówki traktującej o średniowiecznych lochach. Kościelny wyciągnął rękę i Reacher wziął od niego klucz.

– To oryginał – oznajmił duchowny. – Z tysiąc osiemset siedemdziesiątego.

– Oddam go panu – odparł Reacher. – Proszę zaczekać na błoniach.

– Mogę zaczekać tutaj – powiedział tamten.

– Lepiej tam – nie zgodził się Reacher. – Proszę mi wierzyć.

Za grubymi szkłami widział oczy mężczyzny, szeroko otwarte, powiększone. Kościelny zawrócił na pięcie i pomaszerował tam, skąd przyszedł. Reacher zważył w dłoni wielki stary klucz, podszedł do drzwi, wsunął go do dziurki i przekręcił mocno. Nic się nie stało. Spróbował ponownie, nic. Zawahał się, sprawdził klamkę. Drzwi były otwarte.

Z piskiem starych żelaznych zawiasów uchyliły się o piętnaście centymetrów. Reacher pamiętał ten dźwięk. Gdy sam otwierał drzwi o piątej rano, wydawał się znacznie głośniejszy. Teraz szmer głosów trzystu osób zebranych w pobliżu zagłuszył go niemal całkowicie.

Reacher pchnął mocno drzwi. Przystanął ponownie, po czym cicho wszedł do pogrążonego w półmroku kościoła.

Był to prosty drewniany budynek z wysklepionym dachem. Ściany pomalowano pergaminowobiałą, teraz pożółkłą farbą. Ławki były stare, wypolerowane do połysku. Zobaczył wysokie witrażowe okna, na końcu ołtarz i wysoką ambonę ze schodkami. Dostrzegł też drzwi prowadzące do dalszych pomieszczeń.

Zamknął drzwi i od środka przekręcił klucz. Ukrył go w drewnianej skrzyni, pełnej psałterzy. Powoli przekradł się środkiem nawy głównej. Stanął bez ruchu, nasłuchując. Nie słyszał niczego. Powietrze pachniało starą wełną, zakurzonym materiałem, woskowymi świecami i zimnem. Znów ruszył naprzód, sprawdzając pomieszczenia za ołtarzem. Były trzy – małe, puste, z drewnianymi posadzkami. Znalazł w nich tylko stosy starych książek i kościelnych strojów.

Zawrócił cicho, uchylił drzwi i stanął u podstawy wieży, w kwadratowym wysokim pomieszczeniu, na którego środku wisiały trzy sznury od dzwonów. Ich końcówki osłaniały długie na metr, wyblakłe haftowane pokrowce. Wzdłuż ścian zbudowano wąskie, strome stopnie niknące w półmroku. Reacher zatrzymał się u ich stóp, nasłuchując uważnie. Niczego nie usłyszał. Powoli ruszył naprzód. Po trzech skrętach w prawo schody się skończyły. Znalazł się na półce przed drewnianą drabiną przyśrubowaną do wewnętrznej strony ściany. Drabina biegła sześć metrów w górę, aż do klapy w suficie. Klapę zrobiono z grubego drewna, w którym wycięto starannie trzy dwudziestodwucentymetrowe otwory, przez które przechodziły sznury. Jeśli ktokolwiek tam był, widział przez nie i słyszał wszystko, co działo się w dole. Reacher doskonale o tym wiedział. Pięć dni temu sam słyszał węszące w dole psy.

Zatrzymał się u stóp drabiny, zachowywał możliwie najciszej. Z kieszeni wyjął ceramiczny nóż, ściągnął kurtkę i marynarkę i zostawił na półce. Wszedł na drabinę. Drewno zatrzeszczało głośno pod jego ciężarem. Wspiął się na kolejny szczebel. Kolejny głośny dźwięk.