Выбрать главу

Zatrzymał się. Jedną ręką puścił szczebel i obejrzał dłoń. Pieprz. Ten sam pieprz, który rozsypał pięć dni temu, wciąż pokrywał drabinę. Tkwił rozmazany na szczeblach. Być może uczynił to on sam, schodząc pięć dni temu. Może policjanci, gdy wspinali się tu dziś rano. Albo ktoś inny. Znów zamarł. Powoli pokonał następny szczebel. Drabina zatrzeszczała.

Reacher przystanął. Ocena sytuacji. Tkwił na trzeszczącej drabinie, sześć metrów pod klapą. Nad klapą kryła się niewiadoma. Nie miał broni poza nożem z dziewięciocentymetrowym ostrzem. Odetchnął głęboko, otworzył nóż, chwycił w zęby, wyciągnął ręce i złapał się drabiny możliwie jak najwyżej. Gwałtownie szarpnął się w górę, pokonując sześć metrów w ciągu trzech sekund. Na szczycie nogą i ręką przytrzymał się drabiny i przekręcił, oparty palcami o sufit. Chwilę czekał, czy nie wyczuje ruchu.

Nie wyczuł. Wyciągnął rękę, uchylił odrobinę klapę i zamknął ponownie. Znów przyłożył czubki palców do sufitu. Ani śladu ruchu. Żadnego drżenia, wibracji. Odczekał trzydzieści sekund, wciąż nic. Wrócił na drabinę, pchnął mocno klapę i wskoczył na dzwonnicę.

Ujrzał nieruchomo wiszące dzwony. Były trzy, zamocowane do żelaznych kół, poruszane sznurami. Zupełnie nie przypominały arcydzieł z brązu zdobiących średniowieczne katedry w Europie. Ot, zwykłe małe, czarne, wiejskie dzwony. Przez szczeliny w żaluzjach przeświecało słońce, omiatając je smugami zimnego światła. Reszta

pomieszczenia była pusta. Nie było tu niczego. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak przed pięcioma dniami.

A jednak nie.

Kurz został poruszony. Na podłodze Reacher dostrzegł nowe, obce ślady. Obcasy i czubki butów, kolana i łokcie. Z całą pewnością nie zostawił ich tu pięć dni temu. A w powietrzu, na skraju postrzegania unosiła się słaba woń: potu, napięcia, smaru z broni maszynowej, stali i nowych mosiężnych łusek.

Reacher powoli obrócił się na pięcie. Zapach zniknął, jakby nigdy go tam nie było. Przez chwilę stał bez ruchu, przykładając palce do żelaznych dzwonów, błagając w duchu, by przekazały mu skrywane we wnętrzach wibracje.

Żaluzje wpuszczały do środka nie tylko światło, ale też dźwięki. Reacher słyszał ludzi stłoczonych pod wieżą, dwadzieścia metrów niżej. Podszedł do ściany i spojrzał w dół. Żaluzje były stare, drewniane, szeroko rozstawione i zamocowane pod kątem jakichś trzydziestu stopni. Widział stąd sam skraj tłumu. Większość ludzi kryła się przed jego wzrokiem. Dostrzegał też policjantów pilnujących kordonu, stojących co trzydzieści metrów, zwróconych plecami do kościoła. Za nimi ujrzał budynek miejscowego ośrodka, samochody czekające cierpliwie na parkingu. Ich białe spaliny kłębiły się w mroźnym powietrzu. Widział otaczające kościół domy, widział całe mnóstwo rzeczy. Świetna pozycja strzelecka. Trochę ograniczone pole widzenia, ale wystarczyłby jeden strzał.

Spojrzał w górę, ujrzał kolejną klapę w suficie i wiodącą ku niej kolejną drabinę. Obok drabiny biegły grube, miedziane przewody uziemienia, zamocowane do piorunochronu, zaśniedziałe ze starości. Podczas swej poprzedniej wizyty kompletnie zignorował sufit. Nie miał ochoty włazić

na dach i czekać osiem godzin na zimnie. Lecz dla kogoś poszukującego lepszego pola do strzału w słoneczne popołudnie klapa była idealna. Zapewne zamocowano ją tam, aby móc zmieniać flagę. Prawdopodobnie piorunochron i kurek tkwiły na dachu od tysiąc osiemset siedemdziesiątego roku, ale flaga z całą pewnością nie. Od tego czasu przybyło jej wiele gwiazd.

Reacher ponownie chwycił nóż w zęby i zaczął wdrapywać się na nową czterometrową drabinę. Drzewo uginało się i trzeszczało pod jego ciężarem. Zatrzymał się w połowie drogi. Jego ręce spoczywały na bocznych słupkach drabiny, przed sobą miał górne szczeble, stare i zakurzone. Tyle że w kilku miejscach coś wytarło je do czysta. Istnieją dwie metody wspinania się na drabinę. Człowiek albo chwyta boczne paliki, albo też łapie z góry kolejne szczeble. Reacher zastanowił się szybko, jak wyglądałyby ślady takich uchwytów. Miejsca kontaktu na zmianę po lewej i po prawej, na co drugim szczeblu. Odchylił ciało i spojrzał w dół. Następnie wyciągnął szyję i popatrzył w górę. Widział czyste plamy, dokładnie w takim układzie – po lewej i prawej na co drugim szczeblu. Ktoś wspiął się na drabinę, niedawno. Może w ciągu ostatnich dwóch dni, może w ciągu ostatnich dwóch godzin. Może zrobił to kościelny, wywieszając wypraną flagę. A może nie.

Przez chwilę wisiał bez ruchu. Przez szczeliny słyszał dobiegające z dołu głosy. Wspiął się już ponad dzwony. Ich producent oznaczył je w miejscach zwężenia swymi inicjałami. Trzy razy AHB, wypisane chwiejnymi liniami stopionej cyny.

Powoli ruszył naprzód. Jak wcześniej przyłożył palce do drewna nad głową. To jednak były grube belki, prawdopodobnie z zewnątrz okute ołowiem, twarde jak kamień.

Ktoś mógłby tańczyć mu nad głową kankana, a on i tak niczego by nie poczuł. Pokonał kolejne dwa szczeble, zgarbił plecy, wspiął się jeszcze szczebel wyżej, tak że przykucnął na szczycie drabiny wsparty o klapę. Wiedział, że będzie ciężka. Zapewne dorównywała grubością samemu dachowi i ją także zabezpieczono ołowianą blachą z dodatkową osłoną przed deszczem. Obrócił głowę i przyjrzał się zawiasom. Były żelazne, lekko zardzewiałe, może dość sztywne.

Wciągnął do płuc długi haust wilgotnego powietrza, zaciskając zęby na rękojeści noża, po czym gwałtownie wyprostował nogi i wystrzelił w górę. Klapa z donośnym hukiem runęła na bok i Reacher znalazł się na dachu skąpanym w oślepiających promieniach słońca. Ręką złapał nóż i odtoczył się na bok. Twarzą dotknął ołowiu, odbarwionego, sfatygowanego starego ołowiu, który stawił już czoło ponad stu trzydziestu zimom. Reacher podniósł się i obrócił na kolanach. Nie ujrzał nikogo.

Znalazł się jakby w płytkiej, wyłożonej ołowiem skrzyni otwartej z góry. Otaczające go ściany miały około metra wysokości. Podłoga wznosiła się pośrodku wokół masztu flagowego, drugiego z kurkiem i piorunochronu. Z bliska okazały się wielkie. Dach ułożono z ołowianych blach, starannie skutych i zaspawanych na łączach. W rogach metal tworzył leje odprowadzające deszczówkę i topniejący śnieg.

Reacher podczołgał się naprzód na czworakach. Nie chciał wstawać. Podejrzewał, że czekający w dole agenci mogliby zareagować gwałtownie na nagły ruch w górze. Powoli wysunął głowę ponad krawędź. Zadrżał w mroźnym powietrzu. Dokładnie pod sobą, dwadzieścia metrów w dole, ujrzał Armstronga. Obok niego stał nowy senator.

Szóstka agentów otaczała ich, tworząc krąg. A potem kątem oka dostrzegł ruch. Sto metrów dalej, po drugiej stronie łąki biegli policjanci. Zbierali się w miejscu tuż przy jednym z narożników terenu. Patrzyli na coś leżącego na ziemi, po czym kucając, sięgali po krótkofalówki. Ponownie spojrzał w dół. Froelich przeciskała się przez tłum. Palec przyłożyła do słuchawki, poruszała się szybko, zmierzała w stronę policjantów.

Reacher cofnął się ostrożnie, zszedł przez klapę, zatrzasnął ją nad głową i zjechał po drabinie. Szybko pokonał kolejną klapę i drabinę. Zabrał z ziemi marynarkę i kurtkę i zbiegł po wąskich, krętych schodach, mijając haftowane końcówki sznurów. Błyskawicznie przebiegł przez nawę główną.

Dębowe drzwi stały otworem. Wieko skrzynki z psałterzami było uniesione, klucz tkwił w zamku od strony wewnętrznej. Reacher podszedł bliżej, zatrzymał się metr od wyjścia. Czekał, nasłuchiwał. Wybiegł na mróz i ponownie zatrzymał się dwa metry dalej, obrócił na pięcie. Nikt na niego nie czekał, nikogo tam nie było. Wokół panowały cisza i spokój. Słyszał dobiegające z dala głosy. Pospiesznie naciągnął kurtkę i ruszył ku nim. Ujrzał biegnącego w jego stronę mężczyznę. Poruszał się szybko, gwałtownie. Miał na sobie długi brązowy płaszcz, coś pośredniego między prochowcem i płaszczem zimowym. Poły łopotały mu za plecami, odsłaniając tweedową marynarkę i flanelowe spodnie. Solidne buty. Uniósł rękę w geście przypominającym powitanie. Na dłoni zalśniła złota odznaka. Policjant z Bismarck, może nawet dowódca we własnej osobie.