– Czy dzwonnica jest zabezpieczona? – krzyknął z odległości dziesięciu metrów.
– Jest pusta – odkrzyknął Reacher. – Co się dzieje?
Policjant zatrzymał się gwałtownie i pochylił, dysząc z rękami na kolanach.
– Jeszcze nie wiem – odparł. – Ale coś się stało.
Potem przez ramię Reachera popatrzył w stronę kościoła.
– Do diabła, powinien pan zamknąć drzwi – krzyknął. -
Nie można ich tak zostawić.
Biegiem ruszył w stronę kościoła. Reacher odbiegł w drugą stronę, na pole. Po drodze dołączyła do niego Neagley.
– Co się stało? – zawołała.
– Coś się posypało – odpowiedział.
Dalej biegli razem przez bramę na łąkę. Froelich poruszała się szybko w stronę samochodów. Zmienili kierunek i zastąpili jej drogę.
– Karabin ukryty pod płotem – wyjaśniła.
– Ktoś był w kościele – odparł Reacher, dysząc. – Na wieży, prawdopodobnie na dachu. Pewnie wciąż jest gdzieś w pobliżu.
Froelich spojrzała wprost na niego, na sekundę zamarła bez ruchu. Potem uniosła rękę i przemówiła do mikrofonu na przegubie.
– Przygotować się do wyjazdu – poleciła. – Ewakuacja
alarmowa. Na mój rozkaz. – Jej głos był bardzo spokojny.
– Wszystkie samochody czekają, główny wóz i artyleria
na mój znak ruszają do celu.
Odczekała ułamek sekundy.
– Raz, dwa, trzy, zaczynamy. Zaczynamy ewakuację.
Dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie. Po pierwsze na parkingu ryknęły silniki. Kawalkada rozpadła się gwatownie. Pierwszy radiowóz wyskoczył naprzód, tylny cofnął się, zawrócił i wypadł na pole. Jednocześnie ochrona
osobista otoczyła Armstronga, dosłownie osłaniając go murem z własnych ciał. Jeden z agentów zajął pozycję na przedzie, dwaj chwycili go z boku. Trójka ze wsparcia podbiegła od tyłu, zarzucając ręce nad głowę Armstronga i popychając go przez tłum. Przypominało to manewr piłkarski, szybki i brutalny. Tłum rozpierzchnął się w panice, uciekając przez zbliżającymi się samochodami. Wozy zatrzymały się w poślizgu, ochrona wepchnęła Armstronga do pierwszego z nich, agenci zajęli miejsca w drugim.
Radiowóz tymczasem włączył już koguta i syrenę i ruszył w stronę drogi wyjazdowej. Dwie załadowane limuzyny ciężko skręciły na trawie i potoczyły się w stronę asfaltu. Jechały tuż za radiowozem. Potem jednocześnie przyspieszyły gwałtownie. Tymczasem trzecia zmierzała w stronę Froelich.
– Możemy ich złapać – rzucił Reacher. – Są tutaj, w tej
chwili.
Froelich nie odpowiedziała. Chwyciła go za rękę, drugą złapała Neagley i pociągnęła ich do limuzyny, która z piskiem opon wystartowała za pozostałymi pojazdami. Drugi radiowóz trzymał się jej ogona. W zaledwie dwadzieścia sekund po pierwszym rozkazie cała kawalkada utworzyła ciasny szereg i oddaliła się od kościoła z prędkością stu kilometrów na godzinę, wśród migających świateł i wyjących syren.
Froelich opadła bezwładnie na fotel.
– Widzicie – rzekła. – Nie działamy aktywnie. Jeśli coś
się dzieje, uciekamy.
11
Froelich na mrozie rozmawiała z Armstrongiem u stóp schodów prowadzących do samolotu. To była krótka rozmowa. Poinformowała go o znalezieniu ukrytego karabinu i wyjaśniła, że to dostateczny powód do ewakuacji. Armstrong nie protestował, nie zadawał żadnych niewygodnych pytań. Sprawiał wrażenie całkowicie nieświadomego tego, co dzieje się naprawdę, i najwyraźniej zupełnie nie przejmował się własnym bezpieczeństwem. Bardziej niepokoiły go możliwe konsekwencje polityczne dla jego następcy. Odwrócił wzrok i pospiesznie przeanalizował w myślach wszystkie plusy i minusy całej sytuacji. W końcu uśmiechnął się powoli – nic nie szkodzi - i wbiegł do ciepłego samolotu, gotów podjąć przerwaną rozmowę z dziennikarzami. Tym razem Reacher szybciej dokonał wyboru miejsca. Zajął fotel w pierwszym rzędzie, obok Froelich, po drugiej stronie przejścia od Neagley. Froelich wykorzystała czas kołowania na to, by pomówić ze swym zespołem i cicho pogratulować wszystkim sprawnego działania. Rozmawiała z każdym kolejno, nachylając się blisko, mówiąc, słuchając i kończąc wymianę zdań szybkim klepnięciem dłoni jak u sportowców po zdobyciu punktu. Reacher obserwował ją uważnie. Jest świetnym przywódcą, pomyślał. W końcu wróciła na miejsce i zapięła pas. Przygładziła włosy, mocno nacisnęła palcami skronie, jakby
starała się oczyścić umysł z niedawnych wydarzeń, szykując go na to, co dopiero nastąpi.
– Powinniśmy byli tam zostać – oznajmił Reacher.
– Na miejscu roi się od policji – odparła Froelich. – Niedługo dołączy do nich FBI. To ich praca. My koncentrujemy się na Armstrongu i nie podoba mi się to ani trochę bardziej niż tobie.
– Co to był za karabin? Widziałaś go? Pokręciła głową.
– Dostaniemy raport. Mówili, że schowano go w torbie,
w winylowym futerale.
– Ukryty w trawie? Przytaknęła.
– W kępie długiej trawy pod ogrodzeniem.
– Kiedy zamknięto kościół?
– W niedzielę wieczorem, ponad sześćdziesiąt godzin temu.
– Przypuszczam zatem, że nasi ludzie się włamali. Zamek jest stary, prymitywny, a dziurka tak duża, że da się w nią wsadzić całą rękę.
– Na pewno ich nie widziałeś?
Reacher pokręcił głową.
– Ale oni mnie widzieli. Byli tam ze mną, widzieli, gdzie schowałem klucz, otworzyli sobie drzwi.
– Najprawdopodobniej ocaliłeś życie Armstronga i mój tyłek. Choć nie rozumiem ich planu. Byli w kościele, a karabin ukryli sto metrów dalej.
– Zaczekaj, póki nie dowiemy się, co to za karabin. Może wtedy zrozumiemy.
Samolot skręcił na końcu pasa i natychmiast przyspieszył. Wystartował, wznosząc się ostro. Po pięciu minutach
silniki przycichły. Reacher usłyszał, jak dziennikarze znów zaczynają rozmowę o stosunkach zagranicznych. Nie zadawali żadnych pytań dotyczących wcześniejszego powrotu wiceprezydenta.
Wylądowali w Andrews o 18:30 czasu miejscowego. Wmieście panował spokój, zaczął się już długi weekend Święta Dziękczynienia. Konwój przejechał Branch Avenue przez serce stolicy, na drugą stronę do Georgetown. Agenci przeprowadzili Armstronga do domu białym namiotem, a potem samochody jednocześnie zawróciły i skierowały się do bazy.
Stuyvesanta nie było w biurze. Reacher i Neagley poszli za Froelich. Patrzyli, jak sprawdza wyniki przeszukiwania bazy danych. Okazały się beznadziejne. U góry ekranu pojawiła się niewielka tabelka, informująca z dumą, że program zakończył przeszukiwanie po pięciu godzinach i dwudziestu trzech minutach, odnajdując 243 791 odnośników. Lista obejmowała każdą wzmiankę, dotyczącą co najmniej dwóch elementów: odcisku kciuka, dokumentu, listu bądź podpisu. Zaczynała się dokładnie dwadzieścia lat temu, i średnio obejmowała ponad trzydzieści haseł na każdy z 7305 dni. Froelich sprawdziła pierwsze dziesięć wyników, a potem kilkanaście nowszych, losowo. Nie znalazła nic przydatnego.
– Musimy zawęzić poszukiwania – oznajmiła Neagley.
Przykucnęła obok Froelich, przysunęła sobie klawiaturę. Oczyściła ekran, wywołała tabelę wyszukiwania i wpisała w odpowiednie pole: odcisk palca jako podpis. Sięgnęła po mysz i kliknęła „szukaj”. Twardy dysk zaszumiał, tabela zniknęła. W tym momencie zadzwonił telefon, Froelich podniosła słuchawkę, chwilę słuchała i odłożyła bez słowa.