Выбрать главу

– Wrócił Stuyvesant – oznajmiła. – Ma wstępny raport FBI

dotyczący karabinu. Wzywa nas do sali konferencyjnej.

* * *

– Dziś byliśmy bliscy porażki – oznajmił Stuyvesant.

Siedział u szczytu stołu, przed sobą rozłożył kartki papieru faksowego. Pokrywał je gęsty druk, lekko rozmazany po transmisji. Reacher nawet do góry nogami potrafił odczytać nagłówek pierwszej kartki. Po lewej widniało niewielkie godło. Po prawej napis: Departament Sprawiedliwości USA, Federalne Biuro Śledcze.

– Pierwszy element to otwarte drzwi – zaczął Stuyvesant. – W FBI przypuszczają, że włamano się do środka dziś nad ranem. Twierdzą, że mogło to zrobić nawet dziecko wygiętym szydełkiem. Powinniśmy byli założyć własny tymczasowy zamek.

– Nie mogliśmy – wtrąciła Froelich. – To zabytek, nie wolno go tknąć.

– W takim razie trzeba było zmienić miejsce.

– Za pierwszym razem sprawdziłam wszystkie inne propozycje. Były znacznie gorsze.

– Trzeba było ustawić agenta na dachu – wtrąciła Neagley.

– Nie mamy środków – wyjaśnił Stuyvesant. – Aż do inauguracji.

– Jeśli dożyje – mruknęła Neagley.

– Co to za karabin? – spytał w ciszy Reacher.

Stuyvesant wyprostował przed sobą kartkę.

– A jak sądzisz?

– Coś niepotrzebnego – odparł Reacher. – Coś, czego

nie zamierzali użyć. Według mojego doświadczenia, jeśli

znajdujemy coś tak łatwo, to dlatego, że miało zostać łatwo znalezione.

Stuyvesant przytaknął.

– Trudno to w ogóle nazwać karabinem. Stara strzelba na

lisy, w kiepskim stanie, zardzewiała, pewnie nieużywana od

pokoleń. Nie była załadowana, brakowało też amunicji.

– Znaki identyfikacyjne?

– Brak.

– Odciski palców?

– Oczywiście brak. Reacher skinął głową.

– Wabik – mruknął.

– Otwarte drzwi wyglądają bardzo przekonująco – zauważył Stuyvesant. – Na przykład ty. Co zrobiłeś, kiedy tam wszedłeś?

– Zamknąłem je za sobą.

– Czemu?

– Tak wolę przy obserwacji.

– Ale gdybyś zamierzał strzelać?

– Wówczas zostawiłbym je otwarte, zwłaszcza gdybym nie miał klucza.

– Czemu?

– Żeby móc jak najszybciej uciec.

Stuyvesant przytaknął.

– Otwarte drzwi oznaczały, że zamierzali strzelać. Osobiście uważam, że czekali w środku z H5 albo vaime Mk2, albo jednym i drugim. Założyli, że znajdziemy starą strzelbę pod płotem, większość policjantów ruszy w jej stronę, pociągniemy Armstronga w stronę kawalkady i wówczas będą mogli strzelić.

– Brzmi nieźle – odparł Reacher. – Problem w tym, że nikogo tam nie widziałem.

– W wiejskim kościele jest mnóstwo kryjówek – zauważył Stuyvesant. – Sprawdziłeś kryptę?

– Nie.

– Strych?

– Nie.

– Mnóstwo kryjówek – powtórzył Stuyvesant.

– Kogoś wyczułem.

– Tak – rzekł Stuyvesant. – Oni tam byli, na pewno.

W sali zapadła cisza.

– Jacyś obcy uczestnicy? – spytała Froelich. Stuyvesant pokręcił głową.

– To był czysty chaos. Wszędzie wokół biegali policjanci, tłum się rozproszył. Nim przywrócono porządek, zniknęło co najmniej dwadzieścia osób. To zrozumiałe. Jesteś w tłumie na otwartym polu, ktoś zaczyna strzelać, uciekasz. Jak ty byś postąpiła?

– A ten pieszy w okolicy?

– Zwykły mężczyzna w płaszczu. Policjant stanowy nie zdołał znaleźć nic więcej. Pewnie to niewinny cywil. Nikt. Osobiście przypuszczam, że nasi ludzie byli już wtedy w kościele.

– Coś musiało wzbudzić podejrzenia policjanta – wtrąciła Neagley.

Stuyvesant wzruszył ramionami.

– Wiecie, jak to jest. Jak reaguje facet z policji stanowej Dakoty Północnej w obecności Secret Service? Denerwuje się, wie, że tak czy inaczej zawsze będzie jego wina. Jeśli ktoś wygląda podejrzanie, musi wezwać wsparcie, choć później nie potrafi wyjaśnić dlaczego. A my nie możemy go za to winić. Lepsza nadmierna ostrożność, lepiej, by nie bał się zachować czujności.

– Nadal więc nic nie mamy – westchnęła Froelich.

– Nadal mamy Armstronga – nie zgodził się Stuyvesant. – A Armstrong wciąż jest cały. Zjedzmy kolację i wróćmy tu na dziesiątą, na spotkanie z FBI.

* * *

Najpierw zahaczyli o biuro Froelich, żeby sprawdzić wyniki wyszukiwania. Dobiegło już końca. W istocie dobiegło końca, nim jeszcze odeszli od biurka. Rubryka u góry ekranu informowała, że wyszukiwanie trwało dziewięć setnych sekundy, wynik – zero trafień. Froelich ponownie wywołała tabelkę. Wpisała: odcisk kciuka na liście. Kliknęła „szukaj”, obserwując ekran. Obraz natychmiast uległ zmianie. Zero trafień, osiem setnych sekundy.

– Wciąż zmierzamy donikąd, ale coraz szybciej. Spróbowała: kciuk + wiadomość. Ten sam wynik. Brak rezultatów, osiem setnych sekundy. Odcisk kciuka i groźba. Rezultat identyczny, identyczne osiem setnych sekundy. Westchnęła sfrustrowana.

– Pozwól mi spróbować – poprosił Reacher.

Wstała, on zajął miejsce w jej fotelu i napisał: krótki list podpisany dużym odciskiem kciuka.

– Idiota – prychnęła Neagley.

Reacher kliknął myszką, ekran pociemniał natychmiast i doniósł, że w ciągu siedmiu setnych sekundy program nie znalazł żadnych trafień.

– Ale ustanowiłem nowy rekord. – Reacher się uśmiechnął.

Neagley odpowiedziała uśmiechem i nastrój frustracji nieco zelżał. Reacher wpisał: odcisk kciuka i skwalen. Nacisnął „szukaj”. Jedną dziesiątą sekundy później otrzymał wynik, zero.

– Wolniej – zauważył.

Sprawdził sam skwalen. Brak trafień, osiem setnych sekundy.

Wpisał skwalan, przez „a”. Brak trafień, osiem setnych sekundy.

– Zostawmy to – rzekł. – Chodźmy coś zjeść.

– Zaczekaj – nie zgodziła się Neagley. – Pozwól mi spróbować. To przypomina zawody olimpijskie.

Wypchnęła go z krzesła. Wpisała: pojedynczy niewyjaśniony odcisk kciuka. Nacisnęła „szukaj”. Brak trafień, sześć setnych sekundy. Uśmiechnęła się.

– Sześć setnych. Ludzie, mamy nowy rekord świata.

– Brawo – pogratulował jej Reacher.

Wpisała: jeden niewyjaśniony odcisk kciuka. „Szukaj”.

– Niezła zabawa – rzuciła.

Brak trafień, sześć setnych sekundy.

– Rekord wyrównany – wtrąciła Froelich. – Teraz moja

kolej.

Zajęła miejsce Neagley przy klawiaturze. Zastanowiła się przez chwilę.

– No dobra, ruszamy – stwierdziła. – Teraz albo zdobędę złoty medal, albo spędzimy tu całą długą noc.

Kliknęła odpowiednie pole i wpisała jedno słowo: kciuk. Nacisnęła „szukaj”. Tabelka zniknęła, ekran pulsował długą sekundę, w końcu wyrzucił jedno trafienie. Krótki akapit, raport policyjny z Sacramento w Kalifornii. Pięć tygodni wcześniej lekarz z izby przyjęć szpitala miejskiego zawiadomił miejscową policję, że opatrzył mężczyznę, który przypadkiem podczas cięcia drzewa odciął sobie kciuk. Z powodu natury obrażeń lekarz jednak uważał, że chodziło o amatorski, lecz świadomy zabieg. Policjanci to sprawdzili. Ofiara zapewniła ich, że istotnie doszło do wypadku z piłą mechaniczną. Sprawa zamknięta, raport złożony.

– Dziwne rzeczy można znaleźć w tym systemie – mruknęła Froelich.

– Chodźmy coś zjeść – powtórzył Reacher.

– Może spróbujmy czegoś wegetariańskiego – dodała Neagley.