– Chodźmy coś zjeść – powtórzył Reacher.
– Może spróbujmy czegoś wegetariańskiego – dodała Neagley.
Pojechali do Dupont Circle i zjedli kolację w ormiańskiej restauracji. Reacher zamówił jagnię, Froelich i Neagley zadowoliły się różnymi potrawami z soczewicy. Na deser dostali baklawę i po trzy niewielkie filiżanki mocnej, mętnej kawy. Dużo rozmawiali, choć w sumie o niczym. Nikt nie chciał mówić o Armstrongu, Nendicku, jego żonie czy ludziach zdolnych do tego, by niemal na śmierć przestraszyć człowieka i zabić dwóch niewinnych cywilów, noszących przypadkiem niewłaściwe nazwisko. Froelich nie chciała wspominać przy Reacherze o Joem, Neagley nie chciała wspominać o Reacherze przy Froelich. Rozmawiali zatem o polityce, jak wszyscy inni w restauracji i zapewne w całym mieście. Lecz rozmowa o polityce pod koniec listopada była praktycznie niemożliwa bez wspominania o nowej administracji, co prowadziło z powrotem do Armstronga. Toteż przeszli na ogólniki, poglądy osobiste, przekonania. To z kolei wymagało dodatkowych informacji i ani się obejrzeli, jak Froelich zaczęła pytać Neagley o jej życie i karierę zawodową.
Reacher się wyłączył. Wiedział, że Neagley nie odpowie na pytania dotyczące życia osobistego. Nigdy nie odpowiadała. Znał ją od wielu lat, ale nie miał pojęcia, co robiła przedtem, skąd pochodzi. Zakładał, że musiało spotkać ją coś złego. Często zdarza się to u ludzi z wojska. Niektórzy wstępują, ponieważ potrzebują pracy, chcą nauczyć się czegoś nowego. Inni, bo chcą sobie postrzelać i wysadzić coś w powietrze. Jeszcze inni, jak Reacher, robią to, bo jest im to przeznaczone. Większość jednak wstępuje do wojska w poszukiwaniu zaufania, lojalności, przyjaźni.
Szukają braci, sióstr i rodziców, których nie mają.
Neagley zatem pominęła milczeniem początek swego życia i opowiedziała Froelich o kolejnych etapach służby. Reacher tymczasem rozglądał się po restauracji. Była pełna, mnóstwo par i rodzin. Przypuszczał, że ludzie, których jutro czeka przygotowanie wielkiego obiadu na Święto Dziękczynienia, dziś nie mieli ochoty gotować. Dostrzegł kilka twarzy, które wydały mu się znajome, może polityków czy dziennikarzy telewizyjnych. Gdy z powrotem zaczął rejestrować rozmowę, Neagley opowiadała właśnie o nowej pracy w Chicago. Wyglądało to nieźle. Zawiązała spółkę z grupą ludzi z policji i wojska. Duża firma, proponująca szeroki zakres usług od zabezpieczeń komputerowych do ochrony przed porwaniami podczas podróży za granicą. Gdyby miał mieszkać w jednym miejscu i pracować co dzień, byłoby to niezłe wyjście. Neagley wydawała się zadowolona z życia.
Mieli właśnie zamówić czwartą kawę, kiedy zadzwoniła komórka Froelich. Minęła już dziewiąta, w restauracji było dość głośno i z początku nie usłyszeli dzwonka. Potem jednak dotarł do nich cichy, uporczywy świergot dobiegający z torebki. Froelich wyciągnęła komórkę, odpowiedziała. Reacher obserwował jej twarz, ujrzał zaskoczenie, a potem lekką troskę.
– W porządku – rzuciła i zamknęła telefon. Spojrzała wprost na niego. – Stuyvesant chce, żebyś wracał do biura, natychmiast, w tej chwili.
– Ja? – spytał Reacher. – Czemu?
– Nie powiedział.
Stuyvesant czekał na nich przy recepcji, tuż za drzwiami. Oficer dyżurny krzątał się z drugiej strony. Wszystko
wydawało się zupełnie normalne, poza aparatem telefonicznym, przestawionym na koniec blatu, na całą długość kabla. Stuyvesant wpatrywał się w niego.
– Mieliśmy telefon – oznajmił.
– Od kogo? – spytała Froelich.
– Nie znamy nazwiska ani numeru. Zablokowana identyfikacja, męski głos, żadnego charakterystycznego akcentu. Zadzwonił na centralę i chciał rozmawiać z wysokim facetem. Coś w jego głosie sprawiło, że oficer dyżurny potraktował go poważnie i przełączył. Uznał może, że chodzi mu o mnie, no wiecie, aluzja do szefa. Ale nie. Dzwoniący nie chciał rozmawiać ze mną. Chciał mówić z wysokim facetem, który pojawił się niedawno.
– Ze mną? – spytał Reacher.
– Tylko ty jesteś tu nowy.
– Czemu chciałby ze mną rozmawiać?
– Niedługo się dowiemy. Zadzwoni o dziewiątej trzydzieści.
Reacher zerknął na zegarek. 9:22.
– To oni – wtrąciła Froelich. – Widzieli cię w kościele.
– Też tak sądzę – dodał Stuyvesant. – To nasz pierwszy prawdziwy kontakt. Przygotowaliśmy już magnetofon, zarejestrujemy głos. Przełączyliśmy linię, możemy go wyśledzić. Musisz rozmawiać z nim jak najdłużej.
Reacher zerknął na Neagley, która spojrzała na zegarek i pokręciła głową.
– Za mało czasu – rzekła. Reacher przytaknął.
– Możemy dostać raport o pogodzie w Chicago?
– Mogłabym zadzwonić do Andrews – odparła Froelich. – Ale po co?
– Po prostu to zrób, dobrze?
Odeszła na bok i skorzystała z innego telefonu. Służby meteorologiczne lotnictwa już po czterech minutach powiadomiły ją, że w Chicago jest zimno, ale pogodnie. Pogoda ma się utrzymać. Reacher ponownie spojrzał na zegarek.
9:27.
– Dobra – mruknął.
– Pamiętaj, rozmawiaj jak najdłużej – przypomniał Stuyvesant. – Nie potrafią wyjaśnić twojej obecności, nie wiedzą, kim jesteś, martwią się.
– Czy impreza w Święto Dziękczynienia jest na stronie?
– spytał Reacher.
– Tak – powiedziała Froelich.
– Z podaną dokładną lokalizacją?
– Tak – powtórzyła.
9:28.
– Co jeszcze macie w planach na najbliższe dni?
– Wall Street za dziesięć dni – odparła Froelich. – To wszystko.
– A ten weekend?
– Powrót do Dakoty z żoną, jutro późnym popołudniem.
– Umieściliście to na stronie?
Pokręciła głową.
– Nie, to wyjazd prywatny – odparła. – Nigdzie go nie
zapowiadaliśmy.
9:29.
– Dobra – powtórzył Reacher.
W tym momencie zadzwonił telefon. W ciszy dzwonek brzęczał bardzo głośno.
– Trochę za wcześnie – zauważył Reacher. – Ktoś się niecierpliwi.
– Rozmawiaj jak najdłużej – przypomniał Stuyvesant.
– Wykorzystaj ich ciekawość, nie przerywaj.
Reacher podniósł słuchawkę.
– Halo – rzekł.
– Następnym razem ci się nie poszczęści – powiedział czyjś głos.
Reacher zignorował te słowa, nasłuchując uważnie w poszukiwaniu jakichkolwiek towarzyszących im dźwięków.
– Hej – powiedział mężczyzna – chcę z tobą pogadać.
– Ale ja nie chcę gadać z tobą, dupku – odparł Reacher i odłożył słuchawkę.
Stuyvesant i Froelich patrzyli na niego wstrząśnięci.
– Co ty robisz, do diabła? – spytał Stuyvesant.
– Nie miałem ochoty na pogawędki – wyjaśnił Reacher.
– Mówiłem, żebyś rozmawiał jak najdłużej.
Reacher wzruszył ramionami.
– Jeśli chciałeś, by to zrobić inaczej, trzeba było samemu załatwić sprawę. Mogłeś udawać, że jesteś mną i rozmawiać do woli.
– To był świadomy sabotaż!
– Wcale nie. Jedynie kolejny ruch w grze.
– To nie jest jakaś cholerna gra.
– Ależ jest.
– Potrzebujemy informacji.
– Przestań marzyć – odparł Reacher. – I tak byście ich nie zdobyli.
Stuyvesant milczał.
– Chcę dostać kawy – oznajmił Reacher. – Wyciągnąłeś nas z restauracji, nim skończyliśmy.
– Zostaniemy tutaj – warknął Stuyvesant. – Mogą jeszcze zadzwonić.
– Nie zadzwonią – zapewnił go Reacher.