Pięć minut czekali przy recepcji, w końcu zrezygnowali, zabrali ze sobą plastikowe kubki z kawą i przeszli do sali konferencyjnej. Neagley trzymała się z boku, Froelich była cicha i milcząca, Stuyvesant wyraźnie wściekły.
– Wyjaśnij – rzucił.
Reacher usiadł sam po jednej stronie stołu, Neagley zajęła neutralne miejsce w połowie drugiej strony. Froelich i Stuyvesant siedli razem na końcu.
– Ci ludzie używają wody z kranu do zaklejania kopert
– powiedział Reacher.
– I co z tego? – naciskał Stuyvesant.
– To z tego, że nie ma najmniejszych szans, by dzwoniąc do siedziby Secret Service, dali się wyśledzić. Na miłość boską, to oni zakończyliby rozmowę. Nie chciałem dać im tej satysfakcji. Muszą wiedzieć, że jeśli zaczynają ze mną, ja mam przewagę, nie oni.
– Spieprzyłeś sprawę, bo uznałeś, że to jakieś ambicjonalne gierki?
– Niczego nie spieprzyłem – odparł Reacher. – Zdobyliśmy już wszystkie informacje, jakie mogliśmy zdobyć.
– Nic nie zdobyliśmy.
– Ależ tak. Zarejestrowaliście głos. Facet powiedział jedenaście słów, prawie wszystkie samogłoski, większość spółgłosek, głoski świszczące, szczelinowe.
– Musimy się dowiedzieć, gdzie byli, idioto!
– Byli przy automacie telefonicznym z zablokowaną identyfikacją numeru, gdzieś na środkowym zachodzie. Zastanów się, Stuyvesant. Jeszcze dziś rano byli w Bismarck, mieli ze sobą broń, czyli przyjechali samochodem. Do tej chwili mogli przejechać sześćset kilometrów. Są gdzieś w jednym z sześciu wielkich stanów, w barze bądź wiejskim sklepiku przy telefonie. A każdy, kto ma dość
rozumu, by zakleić kopertę wodą z kranu, wie dokładnie, jak długo rozmawiać, by nie dało się go wyśledzić.
– Nie wiesz na pewno, że korzystają z samochodu.
– Nie – potwierdził Reacher. – Masz rację, nie wiem na pewno. Istnieje niewielka możliwość, że dzisiejsze wydarzenia ich zirytowały, może nawet wkurzyły. A ze strony w Sieci wiedzą, że jutro będą mieli kolejną szansę. I to tutaj, a potem długo nic. Możliwe zatem, że porzucili broń i zamierzają przylecieć tu dziś wieczór. W takim wypadku w tej chwili są na lotnisku O’Hare i czekają na połączenie. Może i warto było wysłać tam policjantów, by sprawdzili, kto korzysta z automatów. Ale miałem zaledwie osiem minut. Gdybyś pomyślał o tym wcześniej, można by to zrobić. Ty miałeś pół godziny. Na miłość boską, poinformowali cię z góry, mogłeś z łatwością coś zaaranżować. Wtedy rozmawiałbym jak najęty po to, by gliniarze mogli się rozejrzeć. Ale nie wpadłeś na ten pomysł, niczego nie załatwiłeś. Niczego. Więc nie oskarżaj mnie o sabotaż, nie mów, że to ja coś spieprzyłem.
Stuyvesant spuścił wzrok, milczał.
– Teraz spytajcie go, czemu prosił o informacje o pogodzie – podsunęła Neagley.
Stuyvesant milczał.
– Czemu prosiłeś o informacje o pogodzie? – zapytała Froelich.
– Bo wciąż mogliśmy mieć czas, by coś załatwić. Mamy dzień przed Świętem Dziękczynienia. Gdyby w Chicago była zła pogoda, na lotnisku panowałby chaos, siedzieliby tam całymi godzinami. W takim razie sprowokowałbym ich do oddzwonienia później, kiedy już wezwalibyśmy policjantów. Ale pogoda jest dobra. Żadnych opóźnień, czyli znów brak czasu.
Stuyvesant milczał.
– Akcent? – spytała cicho Froelich. – Czy jedenaście słów, jakie łaskawie pozwoliłeś im powiedzieć, cokolwiek dało?
– Przecież je nagraliście – przypomniał Reacher. – Ale nie zauważyłem nic ciekawego. Z pewnością nie obcy, nie z południa, nie ze wschodniego wybrzeża. Pewnie z jednego z tych miejsc, w których nie mówi się z wyraźnym akcentem.
Długą chwilę w sali panowała cisza.
– Przepraszam – powiedział w końcu Stuyvesant. – Chyba zrobiłeś to, co należało.
Reacher pokręcił głową, odetchnął głośno.
– Nie przejmuj się – pocieszył. – I tak chwytamy się brzytwy. Istniała szansa jedna na milion, że zdołamy ich zlokalizować. Tak naprawdę decyzję podjąłem błyskawicznie, odruchowo. Jeśli ich niepokoję, chcę, żeby niepokoili się dalej, zgadywali. Chciałem też ich wkurzyć, odciągnąć od Armstronga. Lepiej, żeby na jakiś czas skupili się na mnie.
– Chcesz, żeby ci ludzie cię zaatakowali?
– Lepiej mnie niż Armstronga.
– Oszalałeś? Jego pilnuje Secret Service, ty nie masz nikogo.
Reacher się uśmiechnął.
– Niespecjalnie się ich boję.
Froelich przesunęła odrobinę krzesło.
– A zatem to jest ambicjonalna gierka. Boże, jesteś zupełnie taki jak Joe. Wiesz?
– Tyle że ja wciąż żyję – odparł Reacher.
W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Oficer dyżurny wsunął do środka głowę.
– Przyszedł agent Bannon – oznajmił. – Gotów do wieczornego spotkania.
Stuyvesant osobiście poinformował Bannona w swym gabinecie o rozmowach telefonicznych. Do sali konferencyjnej wrócili razem dziesięć po dziesiątej. Bannon nadal bardziej przypominał doświadczonego policjanta niż agenta federalnego – tweedowa marynarka, szare flanelowe spodnie, solidne buty, ogorzała rumiana twarz. Wszystko jak u starego, doświadczonego detektywa z Chicago, Bostonu czy Nowego Jorku. W ręku trzymał cienką teczkę, minę miał bardzo poważną.
– Nendick wciąż na nic nie reaguje – rzekł.
Nikt nie odpowiedział.
– Jego stan nie polepszył się ani nie pogorszył – ciągnął
Bannon. – Nadal się o niego martwią.
Usiadł ciężko na krześle naprzeciw Neagley, otworzył teczkę, wyjął cienki plik kolorowych zdjęć i rozdał niczym karty, po dwie dla każdego.
– Bruce Armstrong i Brian Armstrong – oznajmił. – Do
niedawna z Minnesoty i Kolorado.
Mieli przed sobą duże wydruki z drukarki atramentowej, na błyszczącym papierze, nie faksy. Oryginalne zdjęcia zostały zapewne wypożyczone od rodzin, a potem przeskanowane i przesłane e-mailem. Były to zwykłe amatorskie fotki, powiększone i przycięte tak, że zostały na nich tylko głowy i ramiona. Zapewne załatwiło to miejscowe biuro FBI. Otrzymane portrety wyglądały dość sztucznie – dwie proste szczere twarze, dwa niewinne uśmiechy, dwa ciepłe spojrzenia skierowane w stronę czegoś, co także powinno być na zdjęciu. Na dolnych marginesach ktoś starannie wypisał cienkopisem dwa nazwiska. Zapewne uczynił to sam Bannon. Bruce Armstrong. Brian Armstrong.
Tak naprawdę nie byli specjalnie podobni ani do siebie, ani do Brooka Armstronga. Nikt nawet przez moment nie mógłby ich ze sobą pomylić, nawet w ciemności czy w pośpiechu. Ot, trzech zwykłych Amerykanów, jasne włosy, niebieskie oczy, trochę po czterdziestce. To wszystko. Ale w pewnym sensie byli też bardzo podobni. Jeśli zaczynamy dzielić na grupy populację całego świata, zwykle posługujemy się kolejnymi charakterystykami. Według większości z nich byli identyczni. Mężczyzna albo kobieta. Czarny bądź biały. Wysoki lub niski, gruby, chudy, średniej budowy. Młody, stary, w średnim wieku. Jasne bądź ciemne włosy. Oczy niebieskie albo brązowe. Według wszystkich tych podziałów trzech Armstrongów wyglądało tak samo.
– I jak sądzicie? – spytał Bannon.
– Dostatecznie podobni, by dać do myślenia – odparł Reacher.
– Zgadzamy się – przytaknął Bannon. – Zostawili dwie wdowy i piątkę osieroconych dzieci. Fajnie, nie?
Nikt nie odpowiedział.
– Masz dla nas coś jeszcze? – spytał Stuyvesant.
– Cały czas pracujemy. Ponownie sprawdzamy odcisk kciuka we wszystkich bazach danych całego świata. Ale nie jesteśmy dobrej myśli. Przepytaliśmy sąsiadów Nendicka. Prawie nie miewali gości. Najczęściej wychodzili razem, zwykle do baru około piętnastu kilometrów od domu w stronę lotniska Dullesa. To bar policyjny. Najwyraźniej Nendick wykorzystywał pozycję służbową. Wciąż staramy się znaleźć kogokolwiek, z kim miał bliższy kontakt.