Выбрать главу

– A dwa tygodnie temu? – spytał Stuyvesant. – Kiedy porwali mu żonę? Wówczas musiało się coś dziać.

Bannon pokręcił głową.

– Nawet w dzień na ulicy jest zawsze sporo ludzi. Matki, gospodynie domowe i tak dalej. Ale to dziura, nikt niczego nie pamięta. Oczywiście mogli załatwić to w nocy.

– Nie, sądzę, że Nendick sam ją gdzieś zawiózł – wtrącił Reacher. – Myślę, że go zmusili, w ramach dodatkowej tortury, by podkreślić, że jest odpowiedzialny, jeszcze zwiększyć strach.

– Możliwe – przyznał Bannon. – Niewątpliwie się boi, to pewne.

Reacher skinął głową.

– Myślę, że ci ludzie świetnie sobie radzą z okrutnymi

niuansami psychologicznymi. To dlatego część listów przy

chodziła bezpośrednio tutaj. Dla Armstronga nie byłoby

nic gorszego, niż dowiedzieć się od ludzi, którym płacą za

to, by go chronić, że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo.

– Tyle że się nie dowiedział – wtrąciła Neagley.

Bannon nie skomentował jej słów.

Stuyvesant milczał przez sekundę.

– Coś jeszcze? – spytał.

– Doszliśmy do wniosku, że więcej listów nie będzie -oznajmił Bannon. – Uderzą w wybranym przez siebie czasie i miejscu i – co chyba oczywiste – nie poinformują was gdzie i kiedy. Z drugiej strony, jeśli spróbują i im się nie uda, nie będą chcieli, abyście wiedzieli o tym z góry, bo wówczas wydałoby się, że są nieskuteczni.

– Podejrzewacie, gdzie i kiedy mogą spróbować?

– Pomówimy o tym jutro rano. W tej chwili opracowujemy pewną teorię. Zakładam, że będziecie tu jutro rano?

– Czemu miałoby nas nie być?

– To Święto Dziękczynienia.

– Armstrong pracuje, czyli my też.

– Co robi?

– Rozdaje obiady w schronisku dla bezdomnych.

– To rozsądne?

Stuyvesant wzruszył ramionami.

– Nie mamy wyboru – wyjaśniła Froelich. – Konstytucja nakazuje, by politycy podawali w Święto Dziękczynienia indyka w najgorszych dzielnicach miasta.

– Cóż, zaczekajcie do jutra rana – powiedział Bannon.

– Może spróbujecie go przekonać albo poprawić konstytucję.

To rzekłszy, wstał, okrążył stół i zebrał zdjęcia, jakby zależało mu na nich osobiście.

* * *

Froelich podrzuciła Neagley do hotelu, po czym zabrała Reachera do domu. Całą drogę milczała, podejrzanie, agresywnie. Znosił to aż do mostu nad rzeką, po czym się poddał.

– Co się stało? – spytał.

– Nic – odparła.

– Coś musiało się stać.

Nie odpowiedziała, jechała naprzód. Zaparkowała możliwie najbliżej domu, czyli dwie ulice dalej. W okolicy panował spokój. Był późny wieczór przed dniem świątecznym, ludzie siedzieli w domach, odpoczywali. Froelich zgasiła silnik, ale nie wysiadła. Siedziała bez ruchu, patrząc wprost przed siebie. Milczała.

– Co się stało? – spytał ponownie.

– Chyba tego nie wytrzymam.

– Czego?

– Dasz się zabić – oznajmiła. – Zginiesz, tak jak przez ciebie zginął Joe.

– Słucham?

– Słyszałeś.

– Joe nie zginął przeze mnie.

– Nie nadawał się do takich zadań, ale pojechał tam, bo zawsze się z tobą porównywał. Musiał.

– Kto go zmusił? Ja?

– A kto inny? Był twoim bratem, śledził twoją karierę. Reacher nie odpowiedział.

– Czemu musicie być tacy, czemu?

– My? – spytał. – Jacy my?

– Wy, mężczyźni – odparła. – Wojskowi. Cały czas ładujecie się w coś głupiego.

– To właśnie robię?

– Wiesz, że tak.

– Nie ja przysiągłem, że dam się zastrzelić w ochronie bezwartościowego polityka.

– Ja też nie. To tylko takie powiedzenie. I nie wszyscy politycy są nic niewarci.

– A zatem osłoniłabyś go przed kulą czy nie? Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem.

– A ja w nic się nie ładuję.

– Owszem, ładujesz. Rzucono ci wyzwanie i niech Bóg broni, byś zachował spokój i po prostu odszedł.

– Chcesz, żebym odszedł, czy też chcesz, żebym załatwił sprawę?

– Nie zrobisz tego, stając do walki jak jeleń na rykowisku.

– Czemu nie? Wcześniej czy później wszystko sprowadza się do jednego: my albo oni. Tak to wygląda. Zawsze tak wygląda. Czemu udawać, że jest inaczej?

– A czemu sam szukasz kłopotów?

– Nie szukam. Nie uważam ich za kłopoty.

– A czym niby są?

– Nie wiem.

– Nie wiesz? Milczał przez chwilę.

– Znasz jakichś prawników? – spytał w końcu.

– Kogo?

– Słyszałaś.

– Prawników? Żartujesz? W tym mieście? Tu się roi od prawników.

– No dobra. Wyobraź sobie prawnika. Dwadzieścia lat po studiach, mnóstwo doświadczenia. Ktoś go pyta: czy mógłby pan przygotować mi skomplikowany testament? Co odpowie prawnik? Co zrobi? Zacznie dygotać ze strachu? Uzna to za wyzwanie? Zagra w nim testosteron? Nie, po prostu odpowie: jasne, mogę to zrobić. A potem to zrobi, bo taką ma pracę. Po prostu.

– To nie twoja praca, Reacher.

– Owszem, w gruncie rzeczy to właśnie moja praca. Wujek Sam przez trzynaście lat płacił mi dolarami z twoich podatków dokładnie za takie zadania. I z całą pewnością nie oczekiwał, że w najważniejszej chwili zacznę uciekać i przeżywać konflikty psychologiczne.

Froelich cały czas patrzyła przed siebie. Szyba zachodziła mgiełką od ich oddechów.

– W innych oddziałach Secret Service pracują setki ludzi

– powiedziała w końcu. – W wydziale przestępstw finansowych setki. Nie wiem dokładnie ilu, ale całe mnóstwo. To

dobrzy ludzie. My nie zajmujemy się dochodzeniami, oni

tak. To ich żywioł. Po to właśnie są. Joe mógł wyznaczyć

dziesięciu z nich i wysłać do Georgii, mógł wysłać nawet

pięćdziesięciu. Ale nie zrobił tego, musiał jechać tam sam,

osobiście, bo ktoś rzucił mu wyzwanie. Nie umiał się wycofać, bo zawsze się z tobą porównywał – powtórzyła.

– Zgadzam się, nie powinien tego robić – przyznał

Reacher. – Tak jak lekarz nie powinien spisywać testamentu

ani prawnik przeprowadzać operacji.

– Ale ty go zmusiłeś.

Pokręcił głową.

– Nie, nie zmusiłem go – rzekł.

Milczała.

– Dwie sprawy, Froelich. Po pierwsze, ludzie nie powinni wybierać sobie pracy pod kątem tego, co może pomyśleć o tym ich brat. A po drugie, gdy ostatni raz mieliśmy ze sobą bliższy kontakt, ja byłem szesnastolatkiem, a on osiemnastolatkiem. Właśnie wyjeżdżał do West Point. Byłem dzieckiem, nawet nie przyszłoby mu do głowy mnie naśladować. Oszalałaś? A potem tak naprawdę nigdy nie rozmawialiśmy, widywaliśmy się tylko na pogrzebach. Bo cokolwiek myślisz o mnie jako o bracie, on wcale nie był lepszy. Nie interesował się mną, przez całe lata się nie odzywał.

– Ale śledził przebieg twojej służby. Wasza matka przysyłała mu różne rzeczy. Wciąż się z tobą porównywał.

– Nasza matka zmarła siedem lat przed nim. Wtedy praktycznie zaczynałem służbę.

– Na samym początku w Bejrucie odznaczono cię Srebrną Gwiazdą.

– Bomba o mało mnie nie zabiła – wyjaśnił. – A potem dali mi medal, bo nie wiedzieli, co innego mogliby zrobić. Tak właśnie działa armia. Joe o tym wiedział.

– Wciąż się z tobą porównywał – upierała się.

Reacher przesunął się lekko, patrzył, jak obłoczki pary osiadają na szybie.

– Może – przyznał. – Ale nie ze mną.

– To z kim?

– Może z naszym ojcem.