Wzruszyła ramionami.
– Nigdy mi o nim nie opowiadał.
– I proszę – rzekł Reacher. – Wyparcie, odrzucenie.
– Tak sądzisz? Co było takiego niezwykłego w waszym ojcu?
Reacher odwrócił wzrok, zamknął oczy.
– Służył w piechocie morskiej – powiedział. – W Korei
i Wietnamie. Bardzo zorganizowany człowiek. Łagodny,
nieśmiały, uroczy, kochający, ale jednocześnie zimny morderca, twardy jak skała. W porównaniu z nim jestem miękki
jak Liberace.
– A ty się z nim porównujesz?
Reacher pokręcił głową, otworzył oczy.
– Nie ma sensu, przy nim zawsze będę wyglądał jak Liberace. Nieważne, co zrobię. W sumie dla świata to nawet nie tak źle.
– Nie lubiłeś go?
– Był w porządku. Ale był też dziwolągiem. Na świecie nie ma już miejsca dla takich ludzi.
– Joe nie powinien był wyjeżdżać do Georgii – stwierdziła.
Reacher przytaknął.
– Bez dwóch zdań – rzucił. – Absolutnie. Ale zrobił to, bo tak chciał. Powinien być rozsądniejszy.
– Ty też.
– Ja jestem rozsądny. Na przykład, nie wstąpiłem do piechoty morskiej, tylko do żandarmerii wojskowej. Na przykład, nie czuję potrzeby zaharowywać się, projektując nową studolarówkę. Trzymam się tego, co umiem.
– I sądzisz, że umiesz załatwić tych ludzi?
– Tak jak śmieciarz umie pozbyć się śmieci. To żadna
filozofia.
– Zabrzmiało to dość arogancko.
Pokręcił głową.
– Posłuchaj, nie mam ochoty dłużej się tłumaczyć. To śmieszne. Znasz swoich sąsiadów, ludzi, którzy mieszkają w pobliżu?
– Niespecjalnie – przyznała.
Reacher starł ręką mgiełkę z szyby i kciukiem wskazał jeden z domów.
– Może jest wśród nich staruszka, która robi na drutach swetry. Czy podejdziesz do niej i powiesz: o mój Boże, czy pani oszalała? Nie mogę uwierzyć, że ma pani dość odwagi, by umieć robić na drutach swetry!
– Porównujesz walkę z robieniem na drutach?
– Mówię tylko, że każdy z nas jest w czymś dobry. A tak się składa, że ja jestem dobry akurat w tym. Może tylko w tym. Nie jestem z tego dumny, ale też się nie wstydzę. To i tak niczego nie zmieni, nic nie mogę poradzić. Jestem genetycznie zaprogramowany do tego, by wygrywać. To kwestia kilku pokoleń.
– Joe miał te same geny.
– Nie. Miał tych samych rodziców, a to różnica.
– Oby twoja wiara w siebie miała jakieś podstawy.
– Owszem, ma, zwłaszcza teraz, gdy pomaga mi Neagley. Przy niej też wyglądam jak Liberace.
Froelich odwróciła wzrok, umilkła.
– O co chodzi? – spytał.
– Ona cię kocha.
– Bzdura.
Froelich popatrzyła wprost na niego.
– Skąd miałbyś wiedzieć?
– Nigdy nie była mną zainteresowana.
Froelich jedynie pokręciła głową.
– Dopiero co rozmawiałem z nią o tym – dodał. – Wczoraj. Mówiła, że nigdy nie była zainteresowana. Sama mi powiedziała, dokładnie tymi słowami.
– A ty jej uwierzyłeś?
– A nie powinienem?
Froelich milczała. Reacher uśmiechnął się powoli.
– A co? Myślisz, że jest zainteresowana? – spytał.
– Uśmiechasz się zupełnie jak Joe – odparła. – Nieco nieśmiało, nieco krzywo. To najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam.
– Nie do końca ci przeszło, prawda? – spytał. – Pewnie jak zwykle zorientowałem się ostatni i mówię rzecz oczywistą.
Froelich milczała. Po prostu wysiadła z samochodu i ruszyła naprzód. Reacher podążył za nią. Na ulicy było zimno i mokro. Wilgoć wisiała w powietrzu. Czuł zapach rzeki i benzyny. Dotarli do domu, Froelich przekręciła klucz i otworzyła drzwi. Weszli do środka.
Na środku przedpokoju leżała kartka.
12
Był to znajomy biały papier listowy. Leżał starannie ułożony wzdłuż dębowych klepek, na geometrycznym środku przedpokoju, w pobliżu schodów, dokładnie w miejscu, gdzie Reacher dwie noce wcześniej zostawił swój worek z rzeczami. Na kartce wydrukowano jedno proste zdanie znajomą czcionką komputerową Times New Roman, czternastką, wytłuszczoną. Pięć słów, podzielonych na dwa wiersze pośrodku kartki: To zdarzy się już wkrótce. Trzy słowa to zdarzy się tworzyły pierwszy wiersz, już wkrótce – drugi. Układ ten przywodził na myśl poezję albo tekst piosenki, jakby podzielono go dla podkreślenia znaczenia słów. Jakby między wierszami miała nastąpić przerwa, zawieszenie głosu, werble, fanfara. To zdarzy się… ta da!… już wkrótce. Reacher wpatrywał się w kartkę jak zahipnotyzowany. Już wkrótce. Już wkrótce.
– Nie dotykaj tego – rzuciła Froelich.
– Nie miałem takiego zamiaru – odparł.
Wystawił głowę za drzwi i rozejrzał się po ulicy. Wszystkie pobliskie samochody były puste, wszystkie pobliskie okna zamknięte i zasłonięte. Ani śladu przechodniów, nikt nie krył się w ciemnościach. Cisza i spokój. Wrócił do środka i powoli, ostrożnie zamknął drzwi, by nagły przeciąg nie poruszył listu.
– Jak się tu dostali? – spytała Froelich.
– Przez drzwi – odparł Reacher. – Pewnie te z tyłu.
Froelich wyciągnęła z kabury sig-sauera. Razem przeszli przez salon do kuchni. Drzwi prowadzące na podwórko były zamknięte, ale nie na klucz. Reacher uchylił je, przebiegł wzrokiem okolicę, niczego nie zobaczył. Powoli pociągnął drzwi do siebie, otwierając je tak, by światło ze środka padło na obudowę zamka. Pochylił się i obejrzał ją uważnie.
– Ślady – rzekł. – Bardzo drobne. Są nieźli.
– Są tutaj, w Waszyngtonie – odparła. – W tej chwili. Nie w barze na środkowym zachodzie.
Patrzyła za siebie w głąb salonu.
– Telefon – rzuciła.
Był przestawiony na stolik obok kominka.
– Skorzystali z mojego telefonu – dodała.
– Pewnie, żeby do mnie zadzwonić – odparł Reacher.
– Odciski? Pokręcił głową.
– Rękawiczki.
– Byli w moim domu – westchnęła. Odsunęła się od drzwi, przystanęła koło blatu. Spojrzała na coś i szarpnięciem otworzyła szufladę.
– Zabrali mój pistolet – oznajmiła. – Miałam tu zapasowy pistolet.
– Wiem – odparł Reacher. – Starą berettę.
Froelich otworzyła sąsiednią szufladę.
– Magazynki też zniknęły. Trzymałam tu amunicję.
– Wiem – powtórzył Reacher. – Pod rękawicą kuchenną.
– Skąd wiesz?
– Sprawdziłem w poniedziałek wieczorem.
– Czemu?
– Nawyk – wyjaśnił. – Nie bierz tego do siebie.
Przez chwilę patrzyła na niego, potem otworzyła szafkę, w której trzymała pieniądze. Widział, jak sprawdza kamionkowy słój. Nic nie powiedziała, założył zatem, że pieniądze wciąż tam są. Zarejestrował to w zawodowym zakątku umysłu. Potwierdzenie od dawna żywionych podejrzeń: ludzie nie lubią szukać nad głowami.
Nagle Froelich zesztywniała. Nowa myśl.
– Nadal mogą być w domu – powiedziała cicho.
Ale się nie ruszyła. Pierwszy raz dostrzegł u niej jakąkolwiek oznakę strachu.
– Sprawdzę – odparł. – Chyba że to niezdrowa reakcja
na rzucone wyzwanie.
Bez słowa wręczyła mu pistolet. Zgasił światło kuchenne, by nie stać się łatwym celem na schodach do piwnicy i powoli ruszył w dół. Słuchał uważnie potrzaskiwań, westchnień i szmerów domu, pomruku ogrzewania. Stojąc nieruchomo w ciemnościach, czekał, aż oczy przywykną do mroku. Nikogo tam nie było. Na górze też nie. Nikt nie czaił się w kącie. Czekających ludzi otaczają ludzkie wibracje, cichy szmer, drżenie, a on niczego nie czuł. Dom był pusty, niewzruszony, nietknięty, jeśli nie liczyć przesuniętego telefonu, brakującej beretty i listu na podłodze w przedpokoju. Reacher wrócił do kuchni i oddał jej siga kolbą naprzód.