Выбрать главу

– Bezpieczny – rzekł.

– Muszę zadzwonić w kilka miejsc – odparła.

* * *

Agent FBI Bannon pojawił się czterdzieści minut później. Przyjechał służbowym samochodem z trzema członkami swego zespołu. Stuyvesant przybył pięć minut po nim, służbowym suburbanem. Obaj zostawili niedbale swoje

wozy na ulicy, blokując inne samochody. Działające koguty zalewały najbliższe domy promieniami czerwonego, niebieskiego i białego światła. Stuyvesant przystanął nieruchomo w otwartych drzwiach.

– Podobno mieliśmy nie dostać więcej listów – przypomniał.

Bannon klęczał, przyglądając się kartce.

– To ogólniki – odparł. – Przewidywaliśmy, że nie podadzą nam żadnych więcej szczegółów. I nie podali. Słowo „wkrótce” nie ma znaczenia, nic nie mówi o czasie

i miejscu. To tylko szyderstwo. Chcieli nam zaimponować.

– Już wcześniej mi zaimponowali – odparł Stuyvesant. Bannon uniósł głowę, spojrzał na Froelich.

– Jak długo cię nie było?

– Cały dzień – odparła. – Wyjechaliśmy dziś rano o wpół

do siódmej na spotkanie z tobą.

– Wy?

– Reacher tu mieszka – wyjaśniła.

– Już nie – rzucił Bannon. – Żadne z was tu nie zostanie, to zbyt niebezpieczne. Umieścimy was w bezpiecznym lokalu.

Froelich milczała.

– Są w Waszyngtonie – ciągnął Bannon. – Prawdopodobnie gdzieś się szykują. Zapewne przyjechali z Dakoty Północnej parę godzin po was. Wiedzą, gdzie mieszkasz. A poza tym, musimy tu popracować. To miejsce przestępstwa.

– To mój dom – przypomniała Froelich.

– I miejsce przestępstwa – powtórzył Bannon. – Oni tu byli. Musimy wszystko przeczesać. Lepiej, żebyś trzymała się z daleka, póki tego nie załatwimy.

Froelich milczała.

– Nie kłóć się – poprosił Stuyvesant. – Chcę, żebyś miała ochronę. Umieścimy was w motelu. Poślę tam paru szeryfów federalnych.

– Neagley też – odezwał się Reacher.

Froelich na niego zerknęła. Stuyvesant przytaknął.

– Nie martw się – rzekł. – Wysłałem już po nią kogoś.

– Sąsiedzi? – spytał Bannon.

– Praktycznie ich nie znam – odparła.

– Mogli coś widzieć – Bannon spojrzał na zegarek – i może jeszcze nie śpią. Oby. Wywlekanie świadków z łóżek zwykle pogarsza im humor.

– Bierzcie to, czego potrzebujecie – zawołał Stuyvesant. – Zmywamy się stąd, ale już.

* * *

Reacher stanął pośrodku pokoju gościnnego Froelich. Miał przeczucie, że już tu nie wróci. Dlatego zabrał z łazienki swoje rzeczy i worek z ciuchami z Atlantic City, a także wszystkie wciąż czyste garnitury i koszule Joego. Do kieszeni wepchnął czyste skarpety i bieliznę. Wziął ubrania w jedną rękę, a w drugą kartonowe pudełko Joego. Zszedł po schodach, wyszedł na zewnątrz i nagle uświadomił sobie, że po raz pierwszy od ponad pięciu lat opuszcza jakieś miejsce, zabierając bagaż. Wsadził go do bagażnika suburbana, okrążył samochód i usiadł z tyłu, by zaczekać na Froelich. Po chwili wyłoniła się z domu; w ręku trzymała niewielką walizkę. Stuyvesant wziął ją i schował. Jednocześnie wsiedli z przodu i ruszyli w dół ulicy. Froelich nie oglądała się za siebie.

Przez chwilę jechali wprost na północ, potem skręcili na zachód, mijając wszystkie znane zabytki. Znów skręcili, by w końcu zatrzymać się przed motelem w Georgetown, jakieś dziesięć przecznic od ulicy Armstronga. Na ulicy

parkował stary crown vic i nowy town car. W tym drugim siedział kierowca, crown vic był pusty. Sam motel okazał się miłym, niewielkim budynkiem z ciemnego drewna, z dyskretnym szyldem. Otaczały go trzy ambasady, ogrodzone wysokimi płotami. Ambasady należały do nowych krajów, o których Reacher nigdy wcześniej nie słyszał, ale ogrodzenia miały solidne. W sumie było to bardzo dobrze chronione miejsce – tylko jedno wejście, stacjonujący w holu szeryf federalny wystarczył aż nadto, by go upilnować. Dodatkowy szeryf w korytarzu to już nawet przesada.

Stuyvesant zarezerwował trzy pokoje. Neagley była już na miejscu, znaleźli ją w holu. Kupowała colę z automatu i rozmawiała z potężnym mężczyzną w tanim czarnym garniturze i policyjnych butach, niewątpliwie szeryfem federalnym, kierowcą crown vica. Ich budżet samochodowy musi być mniejszy niż Secret Service, pomyślał Reacher. Podobnie reprezentacyjny.

Stuyvesant załatwił wszystko w recepcji i wrócił, niosąc trzy karty. Wręczył im je, wyraźnie zakłopotany. Wymienił trzy numery pokojów obok siebie. Następnie pogrzebał w kieszeni, wyciągnął kluczyki do suburbana, oddał je Froelich.

– Wrócę z agentami, którzy przywieźli Neagley – oznajmił. – Widzimy się jutro o siódmej rano w biurze na spotkaniu z Bannonem.

To rzekłszy, odwrócił się i wyszedł. Neagley ruszyła pierwsza, żonglując kartą, puszką coli i torbą z ciuchami. Froelich i Reacher podążyli za nią, każde z nich trzymało własną kartę. Na końcu korytarza czekał drugi szeryf. Siedział na niewygodnym, twardym krześle oparty o ścianę. Reacher przecisnął się obok niego i przystanął przy własnych

drzwiach. Froelich otwierała pokój po drugiej stronie. Nie patrzyła na niego.

Wszedł do środka i ujrzał kompaktową wersję tego, co oglądał już wcześniej tysiące razy – jedno łóżko, jedno krzesło, stół, zwykły telefon, niewielki telewizor. Reszta wyglądała jak spod sztancy. Zaciągnięte zasłony w kwiatowy wzór, taka sama kapa wykrochmalona do sztywności. Bezbarwna bambusowa plecionka na ścianach. Nad łóżkiem tania reprodukcja, udająca odręczny architektoniczny szkic przedstawiający część starożytnej greckiej świątyni. Reacher schował swój bagaż, na półce nad umywalką ustawił przybory toaletowe. Zerknął na zegarek, minęła już północ. Nadeszło Święto Dziękczynienia. Zdjął marynarkę Joego, ułożył na stole. Poluzował krawat i ziewnął. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Otworzył i ujrzał stojącą w progu Froelich.

– Wejdź – rzekł.

– Tylko na chwilkę – odparła.

Reacher cofnął się, usiadł na końcu łóżka, zostawiając jej krzesło. Włosy miała potargane, jakby dopiero co przeczesała je palcami. Wyglądała z tym świetnie, młodziej, bardziej krucho.

– Naprawdę już go nie kocham – powiedziała.

– W porządku – rzucił.

– Ale rozumiem, czemu sądzisz inaczej.

– W porządku – powtórzył.

– Toteż myślę, że dzisiejszą noc powinniśmy spędzić osobno. Nie chciałabym, żebyś martwił się, dlaczego tu jestem, gdybym tu była.

– Jak chcesz – powiedział.

– Po prostu jesteś taki do niego podobny. Nic na to nie poradzę, że mi go przypominasz. Rozumiesz to, prawda? Ale nigdy nie byłeś namiastką. Musisz to wiedzieć.

– Nadal sądzisz, że zginął przeze mnie?

Odwróciła wzrok.

– Zginął przez coś – odparła. – Coś, co nie dawało mu

spokoju. Coś, co sprawiło, iż sądził, że potrafi pokonać

kogoś, z kim nie mógł wygrać. Coś, co sprawiło, że uważał, iż nic mu nie będzie, a było. To samo może spotkać

ciebie. Jeśli tego nie widzisz, jesteś głupcem.

Reacher skinął głową, nie odpowiedział. Froelich wstała, przeszła obok niego. Przez moment czuł woń perfum.

– Zadzwoń, jeśli będę ci potrzebny – rzekł.

Nie odpowiedziała. On nie wstał.

* * *

Pół godziny później rozległo się kolejne pukanie do drzwi. Otworzył, oczekując Froelich, ale to była Neagley – wciąż ubrana, nieco zmęczona, lecz spokojna.