Wyciągnął trzecią. Jedno spojrzenie wystarczyło, by ją rozpoznał. Sam kupił ją Joemu dawno temu, na trzydzieste urodziny. „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego, po angielsku, lecz kupiona w Paryżu w antykwariacie. Reacher pamiętał dokładnie, ile kosztowała: niezbyt wiele. Paryski księgarz wyrzucił ją na półkę książek obcojęzycznych. Nie było to pierwsze wydanie, ani nic takiego. Po prostu ładna edycja i świetna powieść.
Otworzył na stronie tytułowej. Napisał na niej: Joe -unikaj jednego i drugiego, dobrze? Wszystkiego najlepszego, Jack. Pióro pożyczył od księgarza i atrament rozmazał się lekko. Teraz nieco wyblakł. Potem Reacher wypisał nalepkę adresową, bo księgarz zaproponował, że może wysłać
książkę. Na adres Pentagonu, jako że Joe w wieku trzydziestu lat służył jeszcze w wywiadzie wojskowym. Księgarzowi wyraźnie to zaimponowało. Pentagon, Arlington, Wirginia, USA.
Reacher obrócił kartkę i przeczytał pierwsze zdanie. „W początku lipca pod wieczór niezwykle upalnego dnia pewien młodzieniec wyszedł na ulicę ze swej izdebki, którą podnajmował od lokatorów…”*. Zaczął przeglądać dalej, szukając sceny morderstwa, gdy ze środka wyleciała złożona kartka papieru. Zapewne służyła za zakładkę, gdzieś w połowie, w miejscu gdzie Raskolnikow spiera się ze Swidrygajłowem.
Rozłożył kartkę. Wojskowy papier; poznał to natychmiast po barwie i fakturze. Kremowy, gładki. Był to początek listu, nakreślonego znajomym, starannym pismem Joego, datowanego na sześć tygodni po jego urodzinach. List brzmiał następująco:
Mój drogi Jacku, dziękuję za książkę, w końcu tu dotarła. Zawsze będę ją sobie cenił, może nawet kiedyś przeczytam, ale zapewne nieprędko, bo zaczynam mieć masę pracy. Zastanawiam się nad rzuceniem tego i przejściem do Departamentu Skarbu. Ktoś (z pewnością rozpoznałbyś jego nazwisko) zaproponował mi pracę i
To wszystko. List urywał się nagle w połowie strony. Reacher położył go obok butów. Wsadził książki do pudełka. Przez chwilę przyglądał się butom i listowi, nasłuchując wewnątrz głowy jak wieloryb, poszukujący słuchem
* przeł. Czesław Jastrzębiec-Kozłowski
innego wieloryba, odległego o tysiąc kilometrów lodowatego oceanu. Niczego jednak nie usłyszał. Nic tu nie było, absolutnie nic. Wepchnął buty z powrotem do pudełka, złożył list, cisnął na wierzch. Zamknął ponownie klapy, dźwignął pudełko i ustawił na koszu ze śmieciami. Odwrócił się w stronę łóżka. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. To była Froelich. Miała na sobie spodnie od kostiumu i marynarkę. Bez koszuli, pewnie w ogóle bez niczego pod spodem. Reacher domyślił się, że ubrała się szybko, bo wiedziała, że będzie musiała minąć czuwającego na korytarzu szeryfa.
– Wciąż nie śpisz – zauważyła.
– Wejdź – powiedział.
Weszła do pokoju i zaczekała, aż Reacher zamknie drzwi.
– Nie jestem na ciebie zła – oznajmiła. – Joe nie zginął przez ciebie. Naprawdę tak nie myślę. I nie jestem zła na Joego, że dał się zabić. To po prostu się stało.
– Ale na coś jesteś zła – zauważył.
– Jestem zła na niego za to, że mnie opuścił.
Reacher wrócił do pokoju, usiadł na końcu łóżka.
Tym razem Froelich przysiadła tuż obok niego.
– Już nic do niego nie czuję – ciągnęła. – Naprawdę,
daję słowo. Od dawna nic nie czuję. Ale wciąż nie mogę
się pogodzić z tym, że po prostu mnie rzucił.
Reacher milczał.
– I przez to jestem zła na samą siebie – dodała cicho. -Bo gdzieś w głębi duszy źle mu życzyłam. Po wszystkim chciałam, żeby spotkało go to, co najgorsze. A potem spotkało i czułam się okropnie winna. I teraz martwię się, że źle mnie osądzisz.
Reacher odczekał chwilkę.
– Nie mam co osądzać – powiedział. – I nie masz powodów, by czuć się winna. Zważywszy na sytuację, miałaś
prawo źle mu życzyć, i w żaden sposób nie wpłynęło to na
to, co go spotkało. Bo niby jak?
Milczała.
– Wszedł na obcy grunt, to wszystko – kontynuował
Reacher. – Zaryzykował i nie udało się. Ty tego nie sprawiłaś, ja też nie. Po prostu się stało.
– Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu.
Pokręcił głową.
– Nieprawda. Wcale nie. Po prostu się dzieje. To nie była twoja wina. Nie jesteś odpowiedzialna.
– Tak myślisz?
– Nie jesteś odpowiedzialna – powtórzył. – Nikt nie jest. Poza facetem, który pociągnął za spust.
– Źle mu życzyłam. Chcę, żebyś mi wybaczył.
– Nie mam co wybaczać.
– Chcę, żebyś to powiedział.
– Nie mogę – odparł Reacher. – I nie zrobię tego. Nie potrzebujesz wybaczenia. To nie była twoja wina i nie moja. Ani nawet Joego. Tak po prostu wyszło. Bywa.
Przez długą chwilę Froelich milczała. W końcu lekko skinęła głową i przysunęła się odrobinę bliżej.
– Dobrze – szepnęła.
– Masz coś pod tym kostiumem? – spytał.
– Wiedziałeś, że w kuchni trzymam pistolet?
– Owszem.
– Czemu przeszukałeś mój dom?
– Bo mam gen, którego brakowało Joemu. Mnie nic się nie przytrafia. Nie miewam pecha. Teraz jesteś uzbrojona?
– Nie jestem.
Cisza.
– I nie mam nic pod spodem – dodała.
– Sam muszę to sprawdzić – oznajmił. – To kwestia wrodzonej ostrożności, rozumiesz.
Rozpiął pierwszy guzik jej żakietu, potem drugi. Wsunął do środka dłoń. Skórę miała ciepłą i gładką.
O szóstej rano zadzwonił telefon z recepcji. Stuyvesant musiał wczoraj zamówić budzenie, pomyślał Reacher. Szkoda, że nie zapomniał. Froelich poruszyła się u jego boku, potem gwałtownie otworzyła oczy i usiadła, całkowicie rozbudzona.
– Szczęśliwego Święta Dziękczynienia – rzekł.
– Oby było szczęśliwe – odparła. – Mam dziwne przeczucie. Myślę, że dziś wygramy albo przegramy.
– Lubię takie dni.
– Tak?
– Jasne – rzucił. – Przegrana nie wchodzi w grę, co oznacza, że dziś wygramy.
Froelich odrzuciła kołdrę. Pokój ze zbyt zimnego stał się w nocy za ciepły.
– Ubierz się nieoficjalnie – powiedziała. – Garnitury nie
pasują do święta w schronisku. Uprzedzisz Neagley?
– Sama to zrób. Przejdziesz obok jej pokoju. Nie ugryzie.
– Nie?
– Nie – zapewnił.
Froelich włożyła z powrotem kostium i zniknęła. Reacher podbiegł do szafy, wyciągnął worek z ciuchami z Atlantic City. Wysypał je na łóżko i postarał się przygładzić wymięty strój. Potem wziął prysznic, nie golił się. Chciała, żebym nie wyglądał oficjalnie, pomyślał. Neagley czekała już w holu. Miała na sobie dżinsy, bluzę i sfatygowaną kurtkę skórzaną. W kącie ustawiono stół z kawą
i babeczkami. Szeryfowie zdążyli już pochłonąć większość.
– Ucałowaliście się na zgodę? – spytała Neagley.
– Tak jakby – odparł.
Wziął kubek, napełnił kawą. Wybrał babeczkę z rodzynkami. W tym momencie zjawiła się Froelich, świeża i wykąpana, ubrana w czarne dżinsy, czarną koszulkę polo i czarną nylonową kurtkę. Zjedli wszystko, co zostawili szeryfowie i razem wsiedli do suburbana Stuyvesanta. Było przed siódmą rano w Święto Dziękczynienia. Miasto sprawiało wrażenie całkowicie wyludnionego. Wszędzie panowała cisza. Było zimno, lecz przyjemnie i bezwietrznie. Świeciło już słońce, niebo miało barwę bladego błękitu, jasne promienie powlekały złotem kamienne fasady. Ulice były kompletnie puste, toteż błyskawicznie dotarli do biura. Stuyvesant czekał na nich w sali konferencyjnej. Na jego wersję nieoficjalnego stroju składały się odprasowane szare spodnie i różowy sweter pod jaskrawoniebieską kurtką golfową. Reacher domyślał się, że na wszystkich metkach widnieje napis Brooks Brothers i że pani Stuyvesant jak zwykle w czwartek pojechała do szpitala w Baltimore, nie przejmując się świętem. Naprzeciw Stuyvesanta siedział Bannon, jak zawsze w tweedach i flanelach. Niezależnie od dnia zawsze wyglądał na policjanta. Wątpliwe, by dysponował różnorodnymi strojami.