Выбрать главу

– Zaczynajmy – powiedział Stuyvesant. – Mamy dziś ważny dzień.

– Po pierwsze – zaczął Bannon – FBI oficjalnie zaleca odwołanie dzisiejszej imprezy. Wiemy, że przeciwnicy są w mieście. Należy zatem założyć, że mogą podjąć próbę zamachu.

– Odwołanie nie wchodzi w grę – odparł Stuyvesant. -Darmowy indyk w schronisku dla bezdomnych może wydawać się czymś trywialnym, ale to miasto żyje symbolami. Gdyby Armstrong się wycofał, szkody polityczne byłyby ogromne.

– Dobrze, zatem będziemy tam z wami – zapowiedział Bannon. – Nie żeby was dublować, nie zamierzamy wchodzić wam w drogę, jeśli chodzi o osobistą ochronę Armstronga. Jeżeli jednak coś się wydarzy, im bliżej będziemy, tym lepiej.

– Macie jakieś dokładniejsze informacje? – spytała Froelich.

Bannon pokręcił głową.

– Nie – rzekł. – Tylko przeczucie, ale nalegam, abyście potraktowali je bardzo poważnie.

– Ja wszystko traktuję bardzo poważnie – oznajmiła Froelich. – Szczerze mówiąc, zmieniam cały plan dnia. Przenoszę wszystko na zewnątrz.

– Na zewnątrz? – spytał Bannon. – To chyba gorzej?

– Nie – wyjaśniła Froelich. – To lepiej. Wszystko miało się odbyć w jednej długiej, wąskiej sali z kuchnią na tyłach. W środku byłoby bardzo tłoczno. Praktycznie nie mamy szans użycia wykrywaczy metalu przy drzwiach. Jest koniec listopada, większość tych ludzi ma na sobie pięć warstw ubrań i ukrywa w nich najróżniejsze metalowe przedmioty. Nie możemy ich zrewidować, trwałoby to wieki i Bóg jeden wie, ile paskudnych choróbsk złapaliby moi ludzie. Nie możemy nałożyć rękawiczek, ponieważ uznano by to za obraźliwe. Musimy zatem pogodzić się z faktem, iż istnieje spora szansa, że przeciwnicy mogliby wmieszać się w tłum i zbliżyć do celu. A my w żaden sposób nie zdołalibyśmy ich powstrzymać.

– W czym pomoże przeniesienie wszystkiego na zewnątrz?

– Obok budynku jest dziedziniec. Ustawimy stoły w długiej linii pod kątem prostym do ścian budynku. Jedzenie będzie podawane przez kuchenne okno. Za stołem ciągnie się mur. Ustawimy Armstronga, jego żonę i czterech agentów w rzędzie za stołem, plecami do muru. Goście będą podchodzić z lewej, kolejno, pomiędzy agentami. Dostaną jedzenie i ruszą do środka, żeby móc usiąść. Ludziom z telewizji bardziej się to spodoba, zdecydowanie wolą kręcić na dworze. I wszystko będzie odbywać się szybko i sprawnie. Ruch od lewej do prawej, wzdłuż stołu. Indyk od Armstronga, nadzienie od pani Armstrong, a potem dalej, by usiąść i zjeść. Łatwiej to ogarnąć wzrokowo.

– Zalety? – spytał Stuyvesant.

– Liczne – odparła Froelich. – Znacznie lepsza kontrola tłumu. Nikt nie zdoła wyciągnąć broni przed zbliżeniem się do Armstronga, bo cały czas ludzie będą przechodzić między agentami. Jeśli zaś zamachowiec zaczeka, aż znajdzie się dokładnie naprzeciw niego, obezwładni go czwórka agentów.

– Wady?

– Ograniczone. Z trzech stron będziemy osłonięci murem. Ale z przodu dziedziniec jest otwarty. Dokładnie naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy mamy szereg pięciopiętrowych budynków. Stare magazyny. Okna zabite deskami, to plus. Ale będziemy musieli rozmieścić agentów na każdym dachu. Możemy się pożegnać z budżetem.

Stuyvesant skinął głową.

– Możemy to zrobić. Świetny plan.

– Pogoda już raz nam pomogła – przypomniała Froelich.

– Czy to typowy plan? – chciał wiedzieć Bannon. – Zwykłe postępowanie Secret Service?

– Wolałabym tego nie komentować – odpowiedziała Froelich. – Secret Service nie ujawnia swoich procedur.

– Proszę o odrobinę współpracy – rzucił Bannon. – Wszyscy jedziemy na jednym wózku.

– Możesz mu powiedzieć – dodał Stuyvesant. – I tak tkwimy w tym już po uszy.

Froelich wzruszyła ramionami.

– W porządku – rzekła. – Tak, to dość typowy plan. W takich miejscach nie mamy zbyt dużego wyboru. A czemu pytasz?

– Bo sporo nad tym pracowaliśmy – wyjaśnił Bannon. – I dużo myśleliśmy.

– I? – naciskał Stuyvesant.

– Musimy uwzględnić cztery ważne czynniki. Po pierwsze, wszystko zaczęło się siedemnaście dni temu. Zgadza

się?

Stuyvesant przytaknął.

– I komu zaszkodziło? – spytał Bannon. – To pierwsze pytanie. Po drugie, przypomnijcie sobie ową demonstrację, zabójstwa w Minnesocie i Kolorado. Jak was o nich powiadomiono? Oto drugie pytanie. Po trzecie, jakiej użyto broni? I po czwarte, jakim cudem ostatni list trafił na środek przedpokoju pani Froelich?

– Co chcesz powiedzieć?

– Chcę powiedzieć, że wszystkie odpowiedzi wskazują w jednym kierunku.

– Jakim?

– Jaki jest cel tych listów?

– To groźby – odparła Froelich.

– Pod czyim adresem?

– Armstronga oczywiście.

– Czyżby? Niektóre adresowano do was, niektóre do niego. Ale czy on w ogóle je widział? Nawet te adresowane wprost do niego? Czy w ogóle ma pojęcie o ich istnieniu?

– Nigdy nie mówimy osobom chronionym, to nasza polityka. Zawsze taka była.

– Zatem Armstrong się nie boi, prawda? Kto się boi?

– My.

– Czy zatem listy tak naprawdę miały zaszkodzić Armstrongowi, czy też służbom specjalnym Stanów Zjednoczonych? W prawdziwym, nie teoretycznym sensie tego

słowa?

Froelich nie odpowiedziała.

– Dobra – mruknął Bannon. – A teraz zastanówcie się

nad Minnesotą i Kolorado. Niesamowita demonstracja, nie

łatwa do zorganizowania. Kimkolwiek są ci ludzie, strzelanie do człowieka wymaga nerwów, umiejętności, staranności i dokładnego przygotowania. To niełatwe, trzeba się

do tego przygotować, podjąć rozważną decyzję. Oni ją

podjęli, bo chcieli wam coś przekazać. A potem co zrobili? Jak was powiadomili? Czy powiedzieli, gdzie macie

szukać?

– Nie.

– Właśnie – rzucił Bannon. – Zadali sobie tyle trudu,

tak bardzo zaryzykowali, a potem nic nie zrobili. Po prostu czekali. Jasne, miejscowa policja przesłała raporty do

NCIK, a komputery FBI przeczesały bazę danych, tak jak

im każe program. Wyłapały słowo „Armstrong”, tak jak

im każe program. A my wysłaliśmy wam dobre wieści.

– I co z tego?

– I co? Powiedzcie, jak wielu Johnów Smithów wie, że coś takiego się wydarzy? Jak wielu zwykłych Johnów

Smithów czekałoby bezczynnie, ryzykując, że ich pokazówka pozostanie niedostrzeżona, póki nie przeczytacie o niej w gazetach?

– Co chcesz przez to powiedzieć? Kim oni są?

– Jakiej broni użyli?

– H &K MP5 SD6 i vaime Mk2 – odparł Reacher.

– To bardzo rzadka broń – przypomniał Bannon. – Nie da się jej kupić legalnie, bo jest wytłumiona. Mogą ją nabyć wyłącznie agencje rządowe, a tylko jedna agencja kupuje oba modele.

– My – powiedział cicho Stuyvesant.

– Tak, wy – przytaknął Bannon. – I wreszcie szukałem nazwiska pani Froelich w książce telefonicznej. I wiecie co? Nie ma jej tam. Numer zastrzeżony. Z pewnością też nie powiesiła nigdzie tabliczki: jestem szefową Secret Service i tu właśnie mieszkam. Skąd zatem ci ludzie wiedzieli, gdzie dostarczyć ostatni list?

W sali zapadła cisza.

– Znają mnie – powiedziała cicho Froelich.

Bannon przytaknął.

– Przykro mi, ale od tej pory FBI sprawdza pracowników