Выбрать главу

Secret Service. Nie aktualnych, bo aktualni wiedzieliby

o wczesnym przyjściu listu z zapowiedzią demonstracji i zorganizowaliby ją dzień wcześniej. Skupiamy się zatem na

osobach niedawno zwolnionych, które wciąż znają procedury. Ludziach, którzy wiedzieli, że nie powiecie Armstrongowi, znali panią Froelich. Znali też Nendicka, wiedzieli,

gdzie go znaleźć. Może musieli odejść ze służby i mają pretensje do Secret Service, nie do Brooka Armstronga. Bo

nasza teoria głosi, że Armstrong to tylko środek, nie cel.

Załatwią wiceprezydenta elekta po to, by wam dopiec. Dokładnie tak, jak załatwili pozostałych dwóch Armstrongów.

Odpowiedziała mu cisza.

– Jaki byłby motyw? – spytała w końcu Froelich.

Bannon się skrzywił.

– Rozgoryczeni byli pracownicy to chodzące, gadające, żyjące i oddychające motywy. Wszyscy to wiemy. Wszyscy mieliśmy z tym problemy.

– A odcisk kciuka? – wtrącił Stuyvesant. – Pobieramy odciski wszystkim naszym ludziom, zawsze to robiliśmy.

– Zakładamy, że mamy do czynienia z dwiema osobami. Według naszej oceny gość od odcisku kciuka to nieznany wspólnik kogoś, kto kiedyś tu pracował, kto nosi lateksowe rękawiczki. Mówimy zatem „oni” wyłącznie dla wygody. Nie twierdzimy, że obaj tutaj pracowali. Nie sugerujemy, że macie dwóch renegatów.

– Tylko jednego.

– Taka jest nasza teoria – przytaknął Bannon. – Lecz określanie ich słowem „oni” ma sens, bo to zespół. Musimy ich traktować jako jednostkę, bo dzielą się informacjami. Mówię zatem, że choć tylko jeden z nich tu pracował, obaj znają wasze sekrety.

– To bardzo duży departament – zauważył Stuyvesant. – Sporo ludzi się zmienia. Niektórzy odchodzą, inni zostają zwolnieni, jeszcze inni przechodzą na emeryturę. Niektórych o to prosimy.

– Już sprawdzamy – oznajmił Bannon. – Departament Stanu przekazuje nam bezpośrednio listy personelu z ostatnich pięciu lat.

– To długie listy.

– Mamy dość ludzi.

Nikt się nie odezwał.

– Naprawdę mi przykro. Nikogo nie zachwyca wieść,

że problem jest tak bliski. Ale to jedyny możliwy wniosek

i niedobrze wróży dniom takim jak dzisiejszy. Ci ludzie są już w mieście, wiedzą dokładnie, jak myślicie i co robicie. Radzę zatem odwołać imprezę. A jeśli jej nie odwołacie, to radzę bardzo, bardzo uważać. Stuyvesant powoli skinął głową.

– Będziemy uważać – rzekł. – Możesz na to liczyć.

– Moi ludzie zajmą miejsca dwie godziny przed czasem – oświadczył Bannon.

– Nasi będą na miejscu godzinę wcześniej – odparła Froelich.

Bannon uśmiechnął się lekko, z napięciem. Odsunął krzesło i wstał.

– W takim razie do zobaczenia – rzucił. Wyszedł z sali

i zamknął za sobą drzwi, stanowczo, lecz cicho.

* * *

Stuyvesant zerknął na zegarek.

– I co?

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Potem przeszli do recepcji napić się kawy. Wrócili do sali konferencyjnej i zajęli te same krzesła. Każde z nich patrzyło w miejsce zwolnione przez Bannona, jakby agent wciąż tam był.

– I co? – powtórzył Stuyvesant.

Nikt nie odpowiedział.

– To pewnie nieuniknione – podjął. – Nie mogą dowalić nam gościa od odcisków, ale ten drugi to „bez wątpienia jeden z nas”. W Budynku Hoovera mają prawdziwe

święto. Śmieją się od ucha do ucha, umierają ze śmiechu.

– Ale czy to znaczy, że się mylą? – spytała Neagley.

– Nie – odparła Froelich. – Ci ludzie wiedzieli, gdzie

mieszkam. Myślę więc, że Bannon ma rację.

Stuyvesant wzdrygnął się, jakby licytator zawołał właśnie: po raz pierwszy.

– A ty? – spytał Neagley.

– Troska o DNA na kopertach wskazywałaby na kogoś stąd – odparła Neagley. – Ale jedna rzecz nie daje mi spokoju. Jeśli ci ludzie znają wasze procedury, to nie najlepiej zinterpretowali sytuację w Bismarck. Twierdzicie, że oczekiwali, iż policjanci ruszą w stronę podrzuconego karabinu, a Armstrong w stronę samochodów, przez co znalazłby się w polu rażenia. Ale do tego nie doszło. Armstrong czekał pod osłoną, a samochody podjechały do niego.

Froelich pokręciła głową.

– Nie, obawiam się, że ich interpretacja była właściwa.

W zwykłych okolicznościach Armstrong byłby na środku

pola, pokazywał się ludziom, w samym centrum zamieszania. Na ogół nie każemy im się kryć na uboczu. To była

zmiana wprowadzona w ostatniej chwili po to, by utrzymać go w pobliżu kościoła, pod wpływem Reachera.

W zwykłych okolicznościach w żadnym razie nie pozwoliłabym limuzynie z napędem na tylne koła wjechać na trawę. Zbyt łatwo się zakopać. To podstawowa zasada. Ale

wiedziałam, że ziemia jest sucha i twarda, praktycznie zamarznięta. Toteż improwizowałam. Ten manewr mógł całkowicie zaskoczyć kogoś z naszych. Nigdy nie oczekiwaliby czegoś podobnego. Nie wiedzieliby, jak zareagować.

Cisza.

– Zatem teoria Bannona jest bardzo prawdopodobna -

oznajmiła Neagley. – Przykro mi.

Stuyvesant powoli skinął głową. Po raz drugi.

– Reacher? – spytał.

– Nie mogę się nie zgodzić.

Po raz trzeci. Głowa Stuyvesanta opadła, jakby opuściła go ostatnia nadzieja.

– Ale w to nie wierzę – dodał Reacher.

Stuyvesant wyprostował się gwałtownie.

– Cieszę się, że badają tę sprawę – dodał Reacher. – Bo uważam, że należy ją zbadać. Musimy wyeliminować wszystkie możliwości, a oni rzucą się na to jak szaleni. Jeśli mają rację, załatwią to za nas. Nie mamy się więc czym przejmować. Ale jestem niemal pewien, że tylko marnują czas.

– Czemu? – spytała Froelich.

– Bo jestem niemal pewien, że żaden z tych gości nigdy tu nie pracował.

– Kim zatem są?

– Uważam, że to ludzie z zewnątrz. Uważam, że są od dwóch do dziesięciu lat starsi niż sam Armstrong. Obaj wychowani i wykształceni na dalekiej prowincji, na wsi, gdzie szkoły są niezłe, ale podatki niskie.

– Co takiego?

– Pomyślcie o wszystkim, co mamy, wszystkim, co wiedzieliśmy. O najmniejszych drobiazgach.

– Powiedz nam – rzuciła Froelich.

Stuyvesant ponownie spojrzał na zegarek, pokręcił głową.

– Nie teraz – rzekł. – Musimy ruszać. Opowiesz nam później. Ale czy jesteś pewien?

– To ludzie z zewnątrz – powtórzył Reacher. – Gwarantuję. To pewne jak konstytucja.

13

W każdym mieście jest takie miejsce, w którym dobre dzielnice stają się złymi. Pod tym względem Waszyngton nie różni się od innych miast. Na planie granica ta zataczała nieregularną pętlę, od czasu do czasu przesuwając się naprzód i obejmując odnowione kwartały, w innych miejscach cofając się gwałtownie. Gdzieniegdzie przecinały ją uporządkowane korytarze, w innych miejscach przejście odbywało się swobodnie, niemal niedostrzegalnie – są takie ulice, gdzie przy jednym końcu można kupić trzydzieści różnych odmian herbaty, a przy drugim zrealizować skradziony czek za trzydzieści procent jego wartości.

Schronisko wybrane na odwiedziny Armstronga znajdowało się w połowie drogi w głąb strefy niczyjej, na północ od Union Station. Od strony wschodniej teren ograniczały tory kolejowe i dworzec przetokowy, od zachodniej biegnąca podziemnym tunelem autostrada. Wokół wznosiły się niszczejące budynki, część mieszkalnych, część zwykłych magazynów. Niektóre stały opuszczone, W innych wciąż mieszkali ludzie. Samo schronisko wyglądało dokładnie tak, jak opisała Froelich: długi, niski, parterowy, ceglany budynek z oknami w metalowych ramach, rozmieszczonymi w równych odstępach. Obok