niego rozciągał się dziedziniec, dwukrotnie większy od schroniska, z trzech stron ograniczony wysokimi, ceglanymi murami. W żaden sposób nie dało się odszyfrować pierwotnego przeznaczenia budynku. Może w czasach, gdy towary z Union Station przewożono zaprzęgami konnymi, mieściły się tu stajnie. Może później, gdy minęła epoka koni, wyposażono go w nowe okna i odprawiano tu ciężarówki. Może w przeszłości urządzono tu biura. Trudno zgadnąć.
Co dzień w schronisku nocowało pięćdziesięciu bezdomnych. Personel budził ich wczesnym rankiem, podawał śniadanie i wypuszczał na ulicę. Następnie pięćdziesiąt prycz składano, chowano w magazynie, myto podłogę, w powietrzu rozpylano środki dezynfekcyjne. Miejsce łóżek zajmowały metalowe stoły i krzesła. Co dzień podawano tu lunch i obiad. Potem dokonywano drugiej zmiany i o dziewiątej wieczór jadalnia z powrotem stawała się noclegownią.
Ten dzień jednak wyglądał inaczej. Święto Dziękczynienia zawsze się wyróżnia, a w tym roku było jeszcze bardziej nietypowe. Pobudkę ogłoszono nieco wcześniej, śniadanie podano nieco szybciej. Bezdomni pół godziny wcześniej musieli opuścić schronisko. Nie byli tym zachwyceni, bo w Święto Dziękczynienia w miastach jest bardzo pusto, toteż nie da się użebrać zbyt wiele. Podłogę umyto dokładniej niż zazwyczaj, zwiększono też ilość środków odkażających. Stoły ustawiono staranniej, krzesła równiej. Przybyło też więcej niż zwykle wolontariuszy, ubranych w świeże białe bluzy z czerwonym logo darczyńców.
Pierwszymi agentami Secret Service, którzy zjawili się na miejscu, był dwuosobowy zespół obserwacyjny, wyposażony w bardzo szczegółowy plan miasta i lunetę celowniczą,
zdjętą z karabinu snajperskiego. Jeden z agentów krok po kroku odtwarzał wszystkie zaplanowane poruszenia Armstronga. W każdym miejscu zatrzymywał się, obracał i mrużąc oczy, spoglądał przez lunetę, wymieniając wszystkie okna i dachy, które widział. Bo jeśli on widział dach bądź okno, potencjalny strzelec na owym dachu bądź w oknie widział też jego. Agent z mapą identyfikował kolejne budynki, sprawdzał skalę, obliczał odległość. Wszystko poniżej siedmiuset metrów zaznaczał na czarno.
Jednak miejsce wybrano doskonale. Jedynymi dostępnymi kryjówkami dla snajperów pozostawały dachy opuszczonych pięciopiętrowych magazynów po drugiej stronie ulicy. Pod koniec na mapie widniało zaledwie pięć czarnych krzyżyków, nic więcej. Agent napisał: Sprawdzone lunetą przy dobrej pogodzie, godzina 8:45, wszystkie podejrzane miejsca zaznaczone. Obok na dole mapy zapisał datę i złożył podpis. Agent z lunetą podpisał się obok. Mapę zwinięto i położono z tyłu firmowego suburbana, czekającego na przyjazd Froelich.
Następnie na miejscu zjawił się konwój furgonetek policyjnych z pięcioma zespołami z psami. Jeden z nich sprawdził schronisko, dwa kolejne wkroczyły do magazynów. Ostatnie dwa specjalizowały się w wyszukiwaniu ładunków wybuchowych. Szybko sprawdziły otaczające schronisko ulice w promieniu czterystu metrów. Poza tą granicą labirynt ulic gęstniał, co oznaczało, że istnieje zbyt wiele potencjalnych dróg dojazdowych. Zamachowcy musieliby rozmieścić zbyt wiele bomb, a szanse powodzenia byłyby nieduże. Gdy tylko sprawdzono budynek bądź ulicę, na miejscu zjawiał się pieszy policjant. Niebo wciąż było czyste, słońce wciąż świeciło, dając iluzję ciepła. Dzięki temu ludzie niezbyt nawet narzekali.
O 9:30 schronisko stanowiło epicentrum ponad pół kilometra kwadratowego zabezpieczonego terenu. Jego granic pilnowali policjanci – piesi i w radiowozach. Ponad pięćdziesięciu krążyło wewnątrz. W sumie mieli wyraźną przewagę liczebną nad miejscowymi. W mieście wciąż panowała cisza i spokój. Niektórzy mieszkańcy schroniska kręcili się w pobliżu. Nie mieli nic lepszego do roboty i z doświadczenia wiedzieli, że lepiej być z przodu niż z tyłu kolejki. Politycy nie umieją równo dzielić porcji i po pierwszych trzydziestu minutach nie będzie już czego zbierać.
Froelich zjawiła się na miejscu dokładnie o dziesiątej. Przyjechała suburbanem wraz z Reacherem i Neagley. Tuż za nimi identycznym wozem nadjechał Stuyvesant. Za nim podążały cztery furgonetki, wiozące pięciu strzelców wyborowych i piętnastu agentów. Froelich zaparkowała tuż pod ścianą magazynu. W zwykłych okolicznościach zablokowałaby ulicę za wejściem do schroniska, ale nie chciała zdradzać przechodniom, z której strony przyjedzie Armstrong. W istocie miał przyjechać z południa, lecz sama ta informacja i dziesięć minut przy mapie wystarczyłoby, by przewidzieć całą drogę jego konwoju z Georgetown.
Froelich zebrała swych ludzi na dziedzińcu, wysłała strzelców, by zabezpieczyli dachy. Oznaczało to, że znajdą się na dachach trzy godziny przed rozpoczęciem całej imprezy, ale dla nich było to zupełnie normalne. Zwykle zjawiali się pierwsi i odjeżdżali ostatni. Stuyvesant odciągnął na bok Reachera i poprosił, by poszedł z nimi na górę.
– Potem mnie znajdziesz – rzekł. – Chcę dostać raport z pierwszej ręki. Chcę wiedzieć, jak jest źle.
Toteż Reacher przeszedł przez ulicę z agentem nazwiskiem Crosetti. Ominęli policjanta i znaleźli się w wilgotnym
holu, pełnym śmieci i szczurzych bobków. Przed sobą widzieli schody wiodące na górę. Crosetti miał na sobie kew-larową kamizelkę, niósł też karabin w sztywnym futerale. Był bardzo wysportowany – na górze wyprzedzał już Reachera o kilkanaście stopni.
Schody kończyły się wewnątrz nadbudówki. Drewniane drzwi prowadziły wprost na zalany promieniami słońca płaski, wyłożony papą dach. Tu i ówdzie, między brudnymi świetlikami ze wzmocnionego drutem szkła i małymi metalowymi wieżyczkami osłaniającymi przewody wentylacyjne, leżały truchła gołębi. Dach okalał niski murek, zwieńczony zniszczonymi ozdobnymi kamieniami. Crosetti podszedł do krawędzi po lewej, potem po prawej, nawiązując kontakt wzrokowy z kolegami po obu stronach. Potem przeszedł na przód, sprawdzając widok. Reacher już tam stał.
Widok był jednocześnie dobry i zły. Dobry w typowym znaczeniu tego słowa, bo świeciło słońce, a oni znajdowali się pięć pięter nad nisko zabudowaną częścią miasta. Zły, ponieważ tuż pod nimi rozciągał się dziedziniec schroniska. Zupełnie jakby zaglądali do pudełka na buty z wysokości metra i metr po przekątnej. Dokładnie naprzeciwko widniał mur, pod którym miał stać Armstrong. Wzniesiony ze starych cegieł, przypominał ściany, pod którymi w zagranicznych więzieniach dokonuje się egzekucji. Trafienie stąd człowieka było łatwiejsze niż zastrzelenie ryby w beczce.
– Odległość? – spytał Reacher.
– Na ile ją oceniasz? – odpowiedział pytaniem Crosetti. Reacher oparł kolana o krawędź dachu, spojrzał przed siebie i w dół.
– Dziewięćdziesiąt metrów.
Crosetti odpiął kieszeń kamizelki i wyjął dalmierz.
– Laserowy – mruknął. Włączył go, ustawił. – Dziewięćdziesiąt dwa do muru – rzekł. – Dziewięćdziesiąt jeden do jego głowy. Niezła ocena.
– Wiatr?
– Lekki prąd wznoszący z betonu pod nami – ocenił Crosetti. – I chyba nic więcej. Bułka z masłem.
– Praktycznie jakbyś stał obok niego – zauważył Reacher.
– Nie martw się – pocieszył Crosetti. – Póki ja tu będę, nikt inny nie przejdzie. Taką dziś mamy pracę. Jesteśmy wartownikami, nie strzelcami.
– Gdzie chcesz zająć pozycję? – spytał Reacher.
Crosetti rozejrzał się po swej niewielkiej posiadłości i wskazał ręką.
– Chyba tam – zdecydował. – W najdalszym narożniku. Twarzą równolegle do muru. Lekki zwrot w lewo i widzę dziedziniec, lekki zwrot w prawo i mam przed sobą klatkę schodową.
– Dobry plan – pochwalił Reacher. – Potrzebujesz czegoś?
Crosetti pokręcił głową.