– W porządku – rzekł Reacher. – Zostawię cię. Postaraj
się nie zasnąć, dobra?
Crosetti się uśmiechnął.
– Zwykle się staram.
– To dobrze – uznał Reacher. – Lubię to u wartowników.
Pokonał pięć pogrążonych w mroku ciągów schodów i znów znalazł się na słońcu. Przeszedł przez ulicę i uniósł głowę. Ujrzał Crosettiego przycupniętego wygodnie w zakątku dachu. Z dołu widać było jego głowę i kolana, a także lufę karabinu, sterczącą w górę na jasnym tle pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Pomachał ręką. Crosetti
odpowiedział tym samym. Reacher ruszył dalej, znalazł Stuyvesanta na dziedzińcu. Trudno go było nie dostrzec, biorąc pod uwagę kolor swetra i jasne promienie słońca.
– Na górze wszystko w porządku – oznajmił Reacher. -
Świetne miejsce do strzału, ale póki pilnują go wasi ludzie, jesteśmy tu bezpieczni.
Stuyvesant przytaknął, odwrócił się i powiódł wzrokiem po dachach. Z dziedzińca widać było wszystkie pięć magazynów, na wszystkich czekali strzelcy wyborowi. Pięć ciemnych głów, pięć luf na tle nieba.
– Froelich cię szukała – powiedział Stuyvesant.
W pobliżu budynku personel i agenci ustawiali na miejscach długie drewniane stoły. Chodziło o to, by utworzyć z nich barierę, z prawej strony opartą o ścianę schroniska, z lewej odległą o metr od ogrodzenia. Za linią stołów pozostanie dwumetrowa przestrzeń, w której zajmą miejsca Armstrong, jego żona i czterech agentów mających tuż za sobą ścianę straceń. Z bliska mur nie wyglądał nawet tak źle. Stare cegły rozgrzane słońcem sprawiały rustykalne, przyjazne wrażenie. Reacher odwrócił się na pięcie i spojrzał w górę na dachy. Crosetti pomachał mu ponownie, jakby mówił: jeszcze nie śpię.
– Reacher! – zawołała Froelich.
Spojrzał w jej stronę i ujrzał, jak wychodzi ze schroniska, kierując się ku niemu. W dłoni trzymała sztywny notatnik z przypiętym plikiem papierów. Była pobudzona, bardzo zajęta, władcza. Kontrolowała wszystko. Wyglądała świetnie. Czarny strój podkreślał szczupłą sylwetkę i sprawiał, że oczy płonęły błękitnym ogniem. Dziesiątki agentów i mnóstwo policjantów krążyło wokół niej, a ona miała każdego pod kontrolą.
– Idzie nam nieźle – oznajmiła. – Chcę więc, żebyś przespacerował się po okolicy, sprawdził wszystko. Neagley już tam jest. Wiesz, czego szukać.
– To przyjemne uczucie, prawda? – spytał.
– Co takiego?
– Gdy robi się coś jak należy, przejmuje pałeczkę.
– Sądzisz, że robię to jak należy?
– Jesteś najlepsza – rzekł. – Wszystko idzie super. Armstrong to szczęściarz.
– Mam nadzieję – odparła.
– Lepiej w to uwierz.
Froelich uśmiechnęła się szybko, nieśmiało, i ruszyła dalej, przeglądając papiery. Reacher skręcił w przeciwną stronę. Z powrotem wyszedł na ulicę, potem w prawo, planując trasę, która pozwoli mu okrążyć schronisko w promieniu paru przecznic.
Na rogu stali policjanci oraz grupka obdartych ludzi, czekających na darmowy lunch. Pięćdziesiąt metrów od schroniska na ulicy rozstawiała sprzęt ekipa telewizyjna. Uliczne maszty wystrzelały w górę, talerze satelitarne obracały się powoli, technicy rozwijali kable i dźwigali kamery. Dostrzegł Bannona wraz z szóstką mężczyzn i kobietą, zapewne grupą specjalną z FBI. Właśnie przyjechali. Bannon rozłożył na dachu samochodu mapę, jego agenci zebrali się wokół, patrząc na nią uważnie. Reacher pomachał mu, skręcił w lewo i minął wylot alejki prowadzącej na tyły magazynów. Przed sobą słyszał łoskot przejeżdżającego pociągu. Na końcu uliczki stał policjant, zrelaksowany, patrzący przed siebie. Obok parkował radiowóz, w środku siedział kolejny funkcjonariusz. Wszędzie roiło się od glin; wolał nie myśleć, ile wyniosą rachunki.
Tu i ówdzie widział zrujnowane sklepiki i warsztaty, wszystkie zamknięte z powodu święta. Między nimi dostrzegał kościoły, także zamknięte. W pobliżu torów pojawiły się warsztaty samochodowe, ciche i puste. Zgarbiony staruszek mył okno w lombardzie. Stanowił jedyny ruchomy element na całej ulicy. Jego sklep był wysoki i wąski. Tuż za wystawą ustawiono szerokie lady, uginające się pod ciężarem najprzeróżniejszych śmieci. Leżały na nich zegary, płaszcze, instrumenty muzyczne, radia z budzikiem, czapki i kapelusze, adaptery, radia samochodowe, lornetki, łańcuchy lampek choinkowych. Napisy na szybie głosiły, że w środku kupuje się każdy produkt ludzkich rąk. Jeśli tylko dany obiekt nie wyrósł sam z ziemi albo nie poruszał się samodzielnie, właściciel za niego zapłaci. Proponował też usługi. Realizował czeki, oceniał biżuterię, naprawiał zegarki. Na ladzie wystawiono całą tacę zegarków, zwykle staroświeckich, nakręcanych, ze sterczącymi szkiełkami i wielkimi świecącymi w ciemnościach cyferkami oraz wskazówkami. Reacher raz jeszcze zerknął na szyld. Naprawa zegarków. Potem ponownie przyjrzał się staruszkowi, który właśnie zanurzył ręce w mydlinach.
– Naprawia pan zegarki? – spytał.
– A co pan ma? – odparł staruszek. Mówił z wyraźnym akcentem, najpewniej rosyjskim.
– Pytanie – odparł Reacher.
– Sądziłem, że ma pan zegarek do naprawy. Z początku tym się zajmowałem, zanim weszły kwarcowe.
– Przykro mi, mój zegarek chodzi dobrze – mruknął Reacher.
Uniósł mankiet, sprawdzając godzinę. Kwadrans po jedenastej.
– Mogę zobaczyć? – poprosił staruszek.
Reacher wyciągnął rękę.
– Bulova – mruknął tamten. – Amerykański, wojskowy, sprzed wojny w Zatoce. Dobry zegarek. Kupił go pan
od żołnierza?
– Nie, sam byłem żołnierzem. Staruszek skinął głową.
– Ja też, w Armii Czerwonej. Jak brzmi pytanie?
– Słyszał pan kiedyś o skwalenie?
– To smar.
– Używa go pan?
– Od czasu do czasu. Nie naprawiam już zbyt wielu zegarków, nie od czasu gdy weszły kwarcowe.
– Skąd go pan bierze?
– Żartuje pan?
– Nie – odparł Reacher – zadaję pytanie.
– Chce pan wiedzieć, skąd biorę mój skwalen?
– Do tego właśnie służą pytania. Do zdobywania informacji.
Staruszek się uśmiechnął.
– Noszę go przy sobie.
– Gdzie?
– Patrzy pan na niego.
– Naprawdę? Staruszek przytaknął.
– A ja patrzę na pańskie.
– Moje co?
– Pańskie źródło skwalenu.
– Nie mam przy sobie skwalenu – zaprotestował Reacher.
– Otrzymuje się go z wątrób rekinów. Od bardzo dawna
nie przebywałem w pobliżu rekina.
Stary mężczyzna pokręcił głową.
– Widzi pan, system radziecki często krytykowano i proszę mi wierzyć, zawsze chętnie mówiłem o nim prawdę. Ale przynajmniej zapewnialiśmy dobrą edukację, zwłaszcza w dziedzinie nauk przyrodniczych.
– C trzydzieści, H pięćdziesiąt – oznajmił Reacher. – To węglowodór acykliczny. Po uwodornieniu zamienia się w skwalan, pisany przez „a”.
– Rozumie pan coś z tego?
– Nie – przyznał Reacher – niespecjalnie.
– Skwalen to olej – wyjaśnił staruszek. – W naturze występuje tylko w dwóch miejscach w znanej nam biosferze. Jedna to wnętrze wątroby rekina. Drugą jest łojowa wydzielina skóry otaczającej ludzki nos.
Reacher dotknął swego nosa.
– To to samo? Wątroby rekinów i ludzkie nosy?
Staruszek przytaknął.
– Identyczna struktura cząsteczkowa. Jeśli zatem potrzebuję skwalenu do nasmarowania zegarka, po prostu nabieram go czubkiem palca. O tak.
Otarł o nogawkę spodni mokrą dłoń, wyciągnął palec i zaczął nim pocierać w miejscu, gdzie nos łączy się z twarzą. Potem uniósł rękę i przyjrzał się opuszce.