Drzwi otworzył od wewnątrz jeden z osobistych ochroniarzy Armstronga. Wciąż miał na sobie kamizelkę kuloodporną i okulary przeciwsłoneczne, choć pokój pozbawiony był okien. Oświetlały go wyłącznie wbudowane w sufit mocne jarzeniówki. Armstrong i jego żona siedzieli razem przy stole pośrodku pomieszczenia. Pozostali dwaj agenci opierali się o ściany. W pokoju panowała cisza. Żona Armstronga niedawno płakała. Na jej twarzy pozostały ślady łez. Na policzku Armstronga widać było smugę krwi Froelich. Mężczyzna sprawiał wrażenie zdruzgotanego, jakby przygoda z Białym Domem nagle straciła dla niego cały urok.
– Jak wygląda sytuacja? – spytał.
– Dwie ofiary śmiertelne – odparł cicho Stuyvesant. -Wartownik na dachu magazynu i sama M.E. Oboje zginęli na miejscu.
Żona Armstronga odwróciła głowę, jakby ktoś wymierzył jej policzek.
– Złapaliście ludzi, którzy to zrobili? – zapytał Armstrong.
– FBI kieruje poszukiwaniami. To tylko kwestia czasu.
– Chcę pomóc – rzucił Armstrong.
– Pomoże pan – wtrącił Reacher.
– Co mogę zrobić?
– Może pan wydać oficjalne oświadczenie – oznajmił Reacher. – Natychmiast. Tak by sieci telewizyjne zdążyły je umieścić w wieczornych dziennikach.
– Co mam powiedzieć?
– Ma pan powiedzieć, że z szacunku dla pamięci dwojga nieżyjących agentów odwołuje pan wakacje w Dakocie Północnej. Ma pan powiedzieć, że zaszyje się pan w swym domu w Georgetown i pozostanie tam aż do dnia pogrzebu szefowej ochrony w jej rodzinnym mieście w stanie Wyoming, w niedzielę rano. Proszę dowiedzieć się, jak się nazywa miasto i wymienić tę nazwę, głośno i wyraźnie.
Armstrong ponownie skinął głową.
– W porządku – rzekł. – Chyba mogę to zrobić. Ale czemu?
– Bo nie spróbują więcej w Waszyngtonie. Nie przy ochronie, jaką będzie pan miał u siebie w domu. Wrócą do swej nory i zaczną czekać. Będę miał czas do niedzieli, by ich odnaleźć.
– Pan? A FBI ich dzisiaj nie znajdzie?
– Jeśli znajdzie, super. Wówczas będę mógł odejść.
– A jeśli nie?
– Wtedy sam ich znajdę.
– A jeżeli się panu nie uda?
– Nie przewiduję takiej możliwości. Ale gdyby jednak,
zjawią się w Wyoming, by spróbować ponownie, na pogrzebie Froelich. A ja będę na nich czekał.
– Nie – wtrącił Stuyvesant – nie mogę na to pozwolić. Oszalałeś? Nie możemy zabezpieczyć takiej imprezy, dysponując zaledwie siedemdziesięcioma dwiema godzinami. I nie mogę użyć osoby chronionej jako przynęty.
– Nie będzie musiał tam jechać – odparł Reacher. – Prawdopodobnie w ogóle nie dojdzie do pogrzebu. Wystarczy,
żeby to powiedział.
Armstrong pokręcił głową.
– Nie mogę zapowiedzieć czegoś takiego, jeśli nie będzie
pogrzebu. A jeśli pogrzeb się odbędzie, nie mogę powiedzieć,
że wezmę w nim udział, a potem się tam nie zjawić.
– Jeśli chce pan pomóc, to właśnie musi pan zrobić.
Armstrong nie odpowiedział.
Zostawili Armstrongów w piwnicy zachodniego skrzydła i pod eskortą wrócili do suburbana. Słońce wciąż świeciło, niebo nadal było czyste i niebieskie, budynki białe i złociste. Piękny pogodny dzień.
– Zawieź nas z powrotem do motelu – poprosił Reacher. – Chcę wziąć prysznic, a potem muszę się spotkać z Bannonem.
– Czemu? – spytał Stuyvesant.
– Bo jestem świadkiem – odparł Reacher. – Widziałem strzelca na dachu. Kawałek pleców, gdy się odsuwał.
– Masz opis?
– Niedokładnie – odparł Reacher. – Widziałem go tylko przez moment. Nie potrafiłbym go opisać, ale coś w jego sposobie poruszania się mnie uderzyło. Widziałem go już wcześniej.
14
Reacher ściągnął ubranie, sztywne, zimne i lepkie od krwi. Rzucił je na dno szafy. Wszedł do łazienki, odkręcił prysznic. Brodzik pod jego stopami zabarwił się czerwienią, potem różem, w końcu płynęła już tylko czysta woda. Dwukrotnie umył włosy, ogolił się starannie. Włożył kolejną koszulę Joego i jego garnitur. Aby uczcić Froelich, dołożył wojskowy krawat, który mu kupiła. Potem wyszedł z pokoju.
Neagley czekała już w holu, ona także się przebrała. Nałożyła czarny kostium. Stara wojskowa zasada: w razie wątpliwości ubierać się oficjalnie. Nalała mu kawy. Rozmawiała z jednym z szeryfów. Byli nowi, zapewne dzienna zmiana.
– Stuyvesant właśnie wraca – poinformowała go. – Potem pojedziemy na spotkanie.
Reacher skinął głową. Szeryfowie w jego obecności milczeli, niemal z szacunkiem – nie wiedział, czy do niego, czy do Froelich.
– Paskudna sprawa – mruknął jeden z nich.
Reacher odwrócił wzrok.
– Tak, chyba tak – odparł. Potem spojrzał wprost na rozmówcę. – Ale cóż, tak to już bywa.
Neagley uśmiechnęła się przelotnie. Stara wojskowa zasada: w razie wątpliwości udawaj, że nic się nie stało.
Stuyvesant zjawił się godzinę później. Zawiózł ich do Budynku Hoovera. Równowaga sił uległa zmianie. Zabójstwo agentów rządowych to przestępstwo federalne, toteż FBI przejęło sprawę. Teraz chodziło już tylko o pościg. Bannon wyszedł po nich do głównego holu i windą zawiózł do sali konferencyjnej. Wyglądała lepiej niż ta w Departamencie Skarbu – miała drewnianą boazerię i okna. Pośrodku ustawiono długi stół, a na nim szklanki i butelki wody mineralnej. Bannon zachowywał się podejrzanie demokratycznie, unikając miejsca u szczytu stołu. Bez słowa usiadł ciężko z boku. Neagley zajęła miejsce po tej samej stronie, dwa krzesła dalej. Reacher siadł naprzeciw niej, Stuyvesant trzy krzesła od Reachera. Bez pytania nalał sobie szklankę wody.
– Paskudny dzień – zaczął Bannon. – Moja agencja chciałaby przekazać waszej agencji najserdeczniejsze kondolencje.
– Nie znaleźliście ich – powiedział Stuyvesant.
– Mamy informacje od patologa – oznajmił Bannon. -Crosetti został zabity strzałem w głowę natowskim pociskiem 7,62. Zginął natychmiast. Froelich: postrzał z tyłu, w kark, z tej samej broni. Kula rozerwała jej tętnicę szyjną, ale pewnie już o tym wiecie.
– Nie znaleźliście ich – powtórzył Stuyvesant.
Bannon pokręcił głową.
– Jest Święto Dziękczynienia – rzekł. – Ma to plusy i minusy. Główny minus jest taki, że brak nam personelu. Wam
także. I policji, i wszystkim innym. Główny plus: w mieście także było pusto. W sumie z nawiązką równoważyło
to nasze braki w ludziach. W ciągu pięciu minut zyskaliśmy przewagę w całym mieście.
– Ale ich nie znaleźliście.
Bannon ponownie pokręcił głową.
– Nie – przyznał – nie znaleźliśmy. Oczywiście wciąż
szukamy, ale bądźmy realistami. Musimy zakładać, że są
już poza Dystryktem Columbii.
– Super – mruknął Stuyvesant.
Bannon się skrzywił.
– Też nie skaczemy z radości, ale ochrzanienie nas niczego nie zmieni. Ponieważ odpowiemy tym samym. Ktoś przedostał się przez kordon – wasz kordon. Ktoś zmylił waszego człowieka na dachu. – Mówiąc to, patrzył wprost na Stuyvesanta.
– Zapłaciliśmy za to – odrzekł Stuyvesant. – Z nawiązką.
– Jak to się stało? – spytała Neagley. – Jak się tam dostali?
– Nie od frontu – odparł Bannon. – Front obserwowało całe mnóstwo gliniarzy. Niczego nie widzieli, a z pewnością nie zasnęli jednocześnie wszyscy w krytycznej chwili. Z tyłu też nie. Ulicy po obu stronach pilnowało po dwóch policjantów, pieszo i w radiowozie. Cała czwórka twierdzi, że nikogo nie widziała, i wierzymy im. Uważamy zatem, że sprawcy dostali się do budynku przecznicę dalej. Przeszli przez budynki, tylnymi drzwiami w alejkę, przebiegli trzy metry, weszli z tyłu magazynu i wspięli się po schodach. Bez wątpienia wydostali się tą samą drogą. Ale wtedy pewnie już biegli.