– Jakim cudem odciągnęli Crosettiego? – spytał Stuyvesant. – To był dobry agent.
– Owszem – potwierdził Reacher. – Podobał mi się.
Bannon ponownie wzruszył ramionami.
– Zawsze jest jakiś sposób.
Potem rozejrzał się po sali, jak wtedy gdy chciał, by słuchacze zrozumieli, że w jego słowach kryje się coś więcej. Nikt nie odpowiedział.
– Sprawdziliście pociągi? – spytał Reacher.
Bannon skinął głową.
– Bardzo dokładnie. Było sporo ludzi, wyjeżdżali na rodzinne kolacje. Ale sprawdziliśmy wszystko gruntownie.
– Znaleźliście karabin?
Bannon jedynie pokręcił głową. Reacher patrzył na niego ze zdumieniem.
– Uciekli wam, mając przy sobie karabin?
Nikt się nie odezwał. Bannon popatrzył na Reachera.
– Widziałeś strzelca – rzekł.
Reacher przytaknął.
– Najwyżej przez ćwierć sekundy, samą sylwetkę, właśnie się oddalał.
– I twierdzisz, że widziałeś go już wcześniej.
– Ale nie wiem gdzie.
– Super – mruknął Bannon.
– Było coś znajomego w jego sposobie poruszania się, postawie, może ubraniu. Nie mogę tego określić. Mam na końcu języka, jak refren znanej piosenki.
– Czy to ten gość z taśmy w garażu?
– Nie.
Bannon przytaknął.
– To zresztą nie ma znaczenia. Całkiem logiczne, że już go widziałeś. Byłeś przecież w tym samym miejscu o tej samej porze w Bismarck, może jeszcze gdzie indziej. Wiemy przecież, że oni cię widzieli, bo zadzwonili. Miło jednak byłoby poznać twarz i nazwisko.
– Dam wam znać – obiecał Reacher.
– Podtrzymujecie swoją teorię? – spytał Stuyvesant.
– Tak – odparł Bannon. – Nadal szukamy byłych pracowników Secret Service. Dzisiejsze wydarzenia jeszcze
potwierdzają to założenie. Bo uważamy, że to dlatego Cro-
setti zszedł ze stanowiska. Zobaczył kogoś, kogo znał i ko
mu ufał.
Pojechali niecały kilometr na zachód Pennsylvania Avenue, zaparkowali w garażu i windą wjechali do sali konferencyjnej Secret Service. Reacher przez całą drogę boleśnie odczuwał nieobecność Froelich.
– Paskudna sprawa – powiedział Stuyvesant. – Nigdy wcześniej nie straciłem agenta. Dwadzieścia pięć lat służby. A teraz w ciągu jednego dnia dwoje. Bardzo chcę dorwać tych drani.
– Oni już nie żyją – odparł Reacher.
– Wszystkie dowody świadczą przeciw nam – przypomniał Stuyvesant.
– Co zatem twierdzisz? Nie chcesz ich dopaść, jeśli to wasi ludzie?
– Nie chcę, żeby to byli nasi ludzie.
– Nie sądzę, by nimi byli – odrzekł Reacher. – Ale tak czy inaczej, już nie żyją. Wyjaśnijmy to sobie od razu. Przekroczyli tyle granic, że nie chce mi się już nawet liczyć.
– Nie chcę, by to byli nasi – powtórzył Stuyvesant. – Ale obawiam się, że Bannon może mieć rację.
– Albo, albo – powiedział Reacher. – To wszystko. Albo ma rację, albo się myli. Jeśli ma rację, wkrótce się dowiemy, bo wypruje sobie żyły, żeby nam pokazać. Problem w tym, że nie dopuszcza do siebie myśli, iż mógłby się mylić. Za bardzo mu zależy, by mieć rację.
– Powiedz mi, że się myli.
– Tak uważam. A jeśli nawet ja nie mam racji, nic nie szkodzi, bo Bannon sprawdzi wszystko, tego możemy być pewni. Nie potrzebuje naszej pomocy. Nam pozostaje sprawdzenie tego, czego on nie dostrzega. A uważam, że i tak od tego właśnie powinniśmy zacząć.
– Po prostu powiedz mi, że się myli.
– Cała jego teoria przypomina wielką odwróconą piramidę, ustawioną na czubku. Imponująca, póki się nie zawali. Całe rozumowanie oparł na fakcie, że nie poinformowaliście Armstronga. Ale brak w tym logiki. Może tym ludziom chodzi właśnie o Armstronga, może po prostu nie wiedzieli, że mu nie powiecie.
Stuyvesant przytaknął.
– Mógłbym to kupić – rzekł. – Bóg jeden wie, jak bardzo bym chciał. Ale pozostaje jeszcze NCIK. Bannon miał tu rację. Gdyby byli spoza naszego kręgu, powiadomiliby nas o Minnesocie i Kolorado. Musimy się z tym pogodzić.
– Broń także wygląda przekonująco – wtrąciła Neagley. – I adres Froelich.
Reacher skinął głową.
– Prawdę mówiąc odcisk kciuka też. Jeśli naprawdę mamy ochotę się zdołować, powinniśmy uwzględnić teorię, że może ci ludzie wiedzieli, że nie znajdziemy go w bazach danych. Może sami sprawdzili to wcześniej.
– Świetnie – westchnął Stuyvesant.
– Ale nadal w to nie wierzę – dodał Reacher.
– Czemu nie?
– Przynieś ich listy i przyjrzyj im się dokładnie.
Stuyvesant odczekał sekundę, potem powoli wstał i wyszedł z sali. Wrócił trzy minuty później, w dłoni niósł teczkę. Otworzył ją i ułożył pośrodku stołu w równym rzędzie
sześć oficjalnych fotografii FBI. Wciąż miał na sobie różowy sweter, jaskrawa plama koloru odbijała się w błyszczących powierzchniach zdjęć. Neagley obeszła stół. Cała trójka usiadła obok siebie, by móc bez trudu odczytać kolejne wiadomości.
– W porządku – polecił Reacher. – Przyjrzyjcie im się,
absolutnie wszystkiemu. I pamiętajcie, czemu to robicie.
Dla Froelich.
Rząd zdjęć miał ponad metr długości, musieli wstać i przesunąć się na lewo, by obejrzeć wszystkie.
Czeka cię śmierć.
Wice-prezydenta elekta Armstronga czeka śmierć.
Dzień, w którym umrze Armstrong, zbliża się niechybnie.
Jutro zostanie przeprowadzona demonstracja waszej nieskuteczności.
Podobała się wam nasza demonstracja?
To zdarzy się już wkrótce.
– I co? – spytał Stuyvesant.
– Przyjrzyjcie się trzeciej wiadomości – powiedział Reacher. – „Niechybnie” napisali prawidłowo.
– I co?
– To trudne słowo. Mnóstwo ludzi napisałoby je źle, ale
nie oni. Na końcu każdego zdania jest też kropka albo znak
zapytania.
– I co?
– To zdradza pewne wykształcenie.
– Zgoda.
– Teraz spójrzcie na trzeci list.
– Co z nim?
– Neagley? – spytał Reacher.
– Jest nieco wydumany – odparła. – Brzmi staroświecko, to „zbliża się niechybnie”.
– Zgadza się – przytaknął Reacher. – Wygląda nieco archaicznie.
– Ale czego to wszystko dowodzi? – chciał wiedzieć Stuyvesant.
– Tak naprawdę niczego – stwierdził Reacher. – Ale sporo sugeruje. Czytałeś kiedyś konstytucję?
– Czego? Stanów Zjednoczonych?
– Jasne.
– Chyba tak, dawno, dawno temu.
– Ja też – dodał Reacher. – Jedna ze szkół, do których chodziłem, podarowała nam po egzemplarzu. To była cienka książeczka w grubej, kartonowej oprawie. Po zamknięciu bardzo wąska, krawędzie miała twarde. Tłukliśmy się nimi po zajęciach, cholernie bolało.
– I co z tego?
– To dokument prawniczy. Oczywiście również historyczny, jasne, ale przede wszystkim prawniczy. Gdy zatem ktoś ją drukuje, nie może niczego zmieniać, musi odtworzyć wszystko słowo po słowie. W przeciwnym razie jego wersja będzie nieważna. Nie może unowocześnić języka, niczego poprawić.
– Oczywiście.
– Pierwsze części pochodzą z tysiąc siedemset osiemdziesiątego siódmego. Ostatnia poprawka w moim egzemplarzu to dwudziesta szósta z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego, obniżająca minimalny wiek wyborczy do osiemnastu lat. Przestrzeń stu osiemdziesięciu czterech lat. A wszystko odtworzone dokładnie tak, jak to kiedyś zapisano.