– Nie, jest w porządku – odparł Reacher.
Prowadzący przeszedł do wyników pierwszej rundy rozgrywek futbolowych. Oficer dyżurny ściszył dźwięk i odszedł. Reacher ponownie zamknął oczy. Pomyślał o Joem, potem o Froelich, o nich razem. Znów wrócił myślami na miejsce zbrodni. Spojrzał w górę. Obłok krwi Froelich w powietrzu, opadający łukiem. Krzywizna, krzywizna ramienia strzelca uciekającego, odskakującego, odbiegającego. Płaszcz oddalał się wraz z nim. Płaszcz. Ponownie odtworzył całą scenę, tak jak stacja telewizyjna taśmę. Zatrzymał obraz na płaszczu i już wiedział. Szeroko otworzył oczy.
– Wymyśliłaś już jak? – spytał.
– Nie potrafię odrzucić teorii Bannona – odparła Neagley.
– Powiedz to głośno.
– Crosetti zobaczył kogoś, kogo znał i komu ufał.
– Mężczyznę czy kobietę?
– Według ciebie mężczyznę.
– W porządku, powiedz to jeszcze raz.
Neagley wzruszyła ramionami.
– Crosetti zobaczył jakiegoś mężczyznę, którego znał
i któremu ufał.
Reacher pokręcił głową.
– O jedno słowo za mało. Crosetti zobaczył jakiś typ mężczyzny, którego znał i któremu ufał.
– Kogo? – spytała.
– Kto może bez budzenia podejrzeń wchodzić do dowolnego miejsca i stamtąd wychodzić?
Neagley spojrzała na niego.
– Uprawnione służby.
Reacher skinął głową.
– Płaszcz był długi, rdzawobrązowy, z niewyraźnym
wzorem. Zbyt cienki jak na płaszcz zimowy, zbyt gruby
jak na prochowiec. Rozpięty. Łopotał podczas biegu.
– A kto biegł?
– Ten gliniarz z Bismarck. Porucznik, czy kim tam był. Podbiegł do mnie, gdy wyszedłem z kościoła. To on był na dachu.
– To był policjant?
– To bardzo poważne oskarżenie – powiedział Bannon.
– Oparte jedynie na ćwierćsekundowej obserwacji z odległości dziewięćdziesięciu metrów podczas potwornego za
mieszania.
Znowu siedzieli w sali konferencyjnej FBI. Stuyvesant nie zdążył jej nawet opuścić. Nadal miał na sobie różowy sweter. Sala wciąż wyglądała imponująco.
– To był on – upierał się Reacher. – Bez cienia wątpliwości.
– Wszystkim policjantom pobiera się odciski palców -przypomniał Bannon. – To warunek zatrudnienia.
– Zatem jego wspólnik nie jest gliniarzem – stwierdził Reacher. – Ten z taśmy w garażu.
Nikt nie odpowiedział.
– To był on – powtórzył Reacher.
– Jak długo widziałeś go w Bismarck? – spytał Bannon.
– Jakieś dziesięć sekund – odrzekł Reacher. – Biegł w stronę kościoła. Może zobaczył mnie w środku, odskoczył, a widząc, że wychodzę, zawrócił, żeby dostać się tam ponownie.
– W sumie dziesięć i jedna czwarta sekundy – oznajmił Bannon. – Za każdym razem w sytuacji bliskiej paniki. Obrona zżarłaby cię żywcem.
– To ma sens – wtrącił Stuyvesant. – Bismarck to rodzinne miasto Armstronga. W rodzinnych miastach najłatwiej znaleźć wrogów.
Bannon się skrzywił.
– Opis?
– Wysoki – rzucił Reacher. – Jasne, siwiejące włosy, podłużna twarz, szczupłe ciało. Długi płaszcz, ciężki materiał, rdzawobrązowy, rozpięty. Tweedowa marynarka, biała koszula, krawat, szare flanelowe spodnie. Duże, stare buty.
– Wiek?
– Czterdzieści pięć do pięćdziesięciu lat.
– Stopień?
– Pokazał mi odznakę, ale stał kilka metrów ode mnie. Nie zdołałem jej odczytać. Sprawiał wrażenie oficera, może przełożonego detektywów, może nawet kapitana.
– Mówił coś?
– Krzyczał z odległości kilku metrów, w sumie kilka słów.
– To z nim rozmawiałeś przez telefon?
– Nie.
– Zatem znamy już obu – podsumował Stuyvesant. -
Niski, przysadzisty mężczyzna w prążkowanym płaszczu
z taśmy w garażu i wysoki, szczupły policjant z Bismarck.
Przysadzisty gość rozmawiał przez telefon, to jego odcisk
kciuka. Był też w Kolorado, z pistoletem maszynowym, bo
policjant to ich snajper. Dlatego kierował się w stronę kościoła. Chciał strzelić z dzwonnicy.
Bannon otworzył teczkę, wyciągnął kartkę papieru. Przyjrzał się jej uważnie.
– Nasze biuro w Bismarck podało nam nazwiska wszystkich miejscowych ochraniających imprezę – powiedział. – W sumie było tam czterdziestu dwóch miejscowych policjantów. Nikt powyżej stopnia sierżanta, oprócz dwóch: dowódcy całego zespołu, kapitana, i jego zastępcy, porucznika.
– To mógł być każdy z nich – powiedział Reacher.
Bannon westchnął.
– To nas stawia w trudnym położeniu.
Stuyvesant patrzył na niego z dziwną miną.
– Nie chcecie niepokoić policji w Bismarck? Nas zaniepokoiliście bardzo chętnie.
– Nie o to chodzi – odparł Bannon. – Zastanawiam się nad kwestiami taktycznymi. Gdyby to był zwykły szeregowiec, mógłbym zadzwonić do kapitana bądź porucznika i poprosić, by zbadał sprawę. W drugą stronę to nie działa. I zapomnijcie o alibi. Oficerowie mają dziś wolne, jest święto.
– Zadzwoń od razu – podsunęła Neagley. – Dowiedz
się, kto jest w mieście, z pewnością jeszcze nie wrócili.
Obserwujecie lotniska.
Bannon pokręcił głową.
– Ludzi nie ma dziś w domu z najróżniejszych przyczyn.
Odwiedzają rodzinę i tak dalej. A poza tym, gość mógł już
zdążyć wrócić. Mógł z łatwością przedostać się przez lotnisko. W tym cały problem, prawda? Przy takim zamieszaniu najróżniejsze agencje sprawdzają wszystkich, nikt
nikogo nie zna. Wystarczy tylko, żeby ruszył naprzód, unosząc odznakę, i przejdzie gładko. Niewątpliwie tak właśnie dotarli na miejsce wydarzeń. I wydostali się. Cóż bardziej naturalnego w takich okolicznościach niż gliniarz biegnący z uniesioną odznaką?
W sali zapadła cisza.
– Akta personalne – podsunął Stuyvesant. – Powinniśmy zażądać, by posterunek w Bismarck przysłał nam swoje akta. Niech Reacher obejrzy zdjęcia.
– To potrwałoby kilka dni – zaprotestował Bannon. – I kogo miałbym o to prosić? Mógłbym rozmawiać akurat ze sprawcą.
– Pomów zatem z waszym biurem w Bismarck – zaproponowała Neagley. – Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby miejscowe FBI dysponowało nielegalnymi informacjami na temat całego personelu posterunku, łącznie ze zdjęciami.
Bannon się uśmiechnął.
– Nie powinniście wiedzieć takich rzeczy.
Potem wstał powoli i poszedł do swego biura, by zadzwonić.
– Zatem Armstrong wydał oświadczenie – powiedział
Stuyvesant. – Widzieliście? To będzie go kosztowało
sporo punktów politycznych, bo nie pozwolę mu tam jechać.
– Potrzebuję przynęty, to wszystko – odparł Reacher. -
Dla mnie to lepiej, jeśli się nie zjawi. A polityka jest w tej
chwili ostatnią rzeczą, jaka mnie obchodzi.
Stuyvesant nie odpowiedział. Wszyscy milczeli. Po piętnastu minutach Bannon powrócił. Jego twarz miała nieprzenikniony wyraz.
– Mam dobre i złe wieści – oznajmił. – Dobra wiadomość jest taka, że Bismarck to nie największe miasto świata. Posterunek policji zatrudnia sto trzydzieści osiem osób, z których trzydzieści dwie to pracownicy cywilni. Zostaje stu sześciu funkcjonariuszy, dwunastu z nich to kobiety. Mamy zatem dziewięćdziesięciu czterech kandydatów. A dzięki cudom nielegalnego gromadzenia danych i współczesnej technologii za dziesięć minut będziemy już tu mieli przysłane e-mailem i przeskanowane zdjęcia całej dziewięćdziesiątki czwórki.
– Jakie są złe wieści? – spytał Stuyvesant.