Выбрать главу

– Później – odrzekł Bannon. – Niech Reacher zmarnuje nam jeszcze trochę czasu.

Rozejrzał się po sali, nie mówiąc nic więcej. Ostatecznie czekali nawet krócej niż dziesięć minut. Agent w garniturze wbiegł do środka, niosąc plik papierów. Położył je przed Bannonem. Bannon pchnął stosik w stronę Reachera, który podniósł dokumenty i zaczął przerzucać. Szesnaście kartek, część wciąż wilgotna, świeżo z drukarki. Na piętnastu widniało po sześć zdjęć, na szesnastej tylko cztery. Dziewięćdziesiąt cztery twarze. Zaczął od ostatniej kartki. Żaden z czterech wizerunków nie pasował.

Wziął piętnastą, przebiegł wzrokiem po kolejnych sześciu twarzach i odłożył kartkę. Podniósł czternasty arkusz,

sprawdził sześć zdjęć. Pracował szybko, nie musiał przyglądać się dokładnie, doskonale pamiętał rysy tamtego człowieka. Nie było go jednak na czternastej kartce ani na trzynastej.

– Jak bardzo jesteś pewien? – spytał Stuyvesant.

Dwunasta kartka. Nic.

– Jestem pewien – odparł Reacher. – To był on, gliniarz.

Miał odznakę i wyglądał jak gliniarz. Wyglądał na gliniarza, tak jak Bannon.

Jedenasty arkusz. Nic. Dziesiąty, to samo.

– Wcale nie wyglądam na gliniarza – zaprotestował

Bannon.

Dziewiąty. Nic.

– Wyglądasz dokładnie jak gliniarz – upierał się Reacher.

– Masz gliniarską kurtkę, gliniarskie spodnie, gliniarskie

buty, gliniarską twarz.

Nic na ósmej kartce.

– Zachowywał się jak gliniarz – dodał Reacher. Siódma. Nic.

– Pachniał jak gliniarz.

Na szóstej kartce nic. Na piątej także.

– Co ci powiedział? – spytał Stuyvesant.

Czwarta kartka. Nic.

– Spytał, czy kościół jest zabezpieczony. Zapytałem, co

się dzieje. Odparł, że wybuchło zamieszanie. Potem ochrzanił mnie, bo zostawiłem otwarte drzwi kościoła. Właśnie

tak, jak zrobiłby każdy gliniarz.

Trzecia kartka – nic. Druga. Uniósł pierwszy arkusik i dostrzegł natychmiast, że nie ma na nim poszukiwanej twarzy. Puścił kartkę i pokręcił głową.

– Dobra, to teraz złe wieści – oznajmił Bannon. – Posterunek policji w Bismarck nie wystawił nikogo w cywilu,

absolutnie nikogo. Uznano, że okazja jest bardzo uroczysta, toteż wszyscy mieli na sobie mundury, cała czterdziestka dwójka, a zwłaszcza oficerowie, kapitan i porucznik włożyli galowe mundury, łącznie z białymi rękawiczkami.

– To był gliniarz z Bismarck – upierał się Reacher.

– Nie – odparł Bannon. – To nie był gliniarz z Bismarck. Co najwyżej jakiś facet udający gliniarza.

Reacher nie odpowiedział.

– Ale jak widać świetnie sobie radził – dodał Bannon. -

Ciebie na przykład przekonał. Najwyraźniej umiał naśladować wygląd i zachowanie policjanta.

Nikt się nie odezwał.

– Obawiam się zatem, że nic się nie zmieniło – oświadczył Bannon. – Wciąż sprawdzamy niedawnych pracowników Secret Service. Bo kto umiałby lepiej udawać policjanta z prowincji niż weteran innej służby rządowej, który całe życie współpracował z policjantami przy takich

imprezach?

15

Gdy Reacher, Neagley i Stuyvesant wrócili do budynku Departamentu Skarbu, czekał już na nich pracownik biura badawczego. Stał w recepcji, ubrany w wełniany sweter i niebieskie spodnie, jakby wstał świeżo od stołu. Mniej więcej w wieku Reachera, wyglądałby zupełnie jak profesor uniwersytecki, gdyby nie oczy – mądre i czujne, jakby widział sporo rzeczy i słyszał o wielu innych. Nazywał się Swain. Stuyvesant przedstawił go i zniknął. Swain poprowadził Reachera i Neagley korytarzami, z których wcześniej nie korzystali, do pomieszczenia służącego niewątpliwie za bibliotekę i salę wykładową. Pośrodku stał tuzin krzeseł, zwróconych w stronę podium. Z trzech stron wzdłuż ścian ustawiono regały, pod czwartą boksy z komputerami na biurkach. Do każdego podłączono drukarkę.

– Słyszałem, co mówi FBI – oznajmił Swain.

– Wierzy pan w to? – spytał Reacher.

Swain jedynie wzruszył ramionami.

– Tak czy nie? – naciskał Reacher.

– Nie jest to niemożliwe – przyznał Swain. – Ale nie ma

powodu, by wierzyć w tę teorię. Równie dobrze mogliby to

być byli agenci FBI. Albo obecni agenci FBI. Jako agencja

jesteśmy lepsi niż oni, może próbują nas podkopać.

– Sądzi pan, że powinniśmy popracować nad tym aspektem sprawy?

– Jest pan bratem Joego Reachera, prawda?

Reacher przytaknął.

– Pracowałem z nim – oświadczył Swain. – Dawno temu.

– I?

– Zachęcał do czynienia przypadkowych uwag.

– Ja też – odparł Reacher. – Ma pan jakieś?

– Moja praca to czysto akademickie rozważania – powiedział Swain. – Rozumie pan? Jestem wyłącznie teoretykiem, naukowcem. Jestem tu po to, by analizować.

– I?

– Obecna sytuacja wygląda inaczej niż wszystkie, z jakimi zetknąłem się do tej pory. Wyraźnie widać kryjącą się w niej nienawiść. Zabójstwa dzielą się na dwie grupy: ideologiczne bądź praktyczne. Zabójstwo praktyczne to usunięcie danego człowieka ze ściśle określonych pobudek politycznych bądź ekonomicznych. Zabójca ideologiczny morduje kogoś, bo go nienawidzi. W ciągu ostatnich lat podjęto wiele podobnych prób zamachów. Nie mogę opowiedzieć wam o żadnej z nich nic prócz tego, że większość nie posunęła się zbyt daleko i że zawsze pojawiała się głęboka nienawiść, zwykle jednak starannie skrywana na poziomie spiskowca. Ci ludzie szepczą między sobą, a my widzimy wyłącznie rezultaty. Tym razem jednak nienawiść jest wyraźna, nieskrywana. Zadali sobie wiele trudu, bardzo ryzykowali, by nas o niej poinformować.

– Jakie są pana wnioski?

– Uważam, że pierwsza faza była naprawdę niezwykła. Listy? Proszę pomyśleć o ryzyku, o wysiłku wymaganym, by je zminimalizować. Zainwestowali niewiarygodnie dużo

środków we wstępną fazę planu. Muszę zatem zakładać, iż uznali, że warto.

– Ale mylili się – wtrąciła Neagley. – Armstrong nie widział na oczy żadnego z tych listów. Zmarnowali tylko czas.

– To kwestia zwykłej ignorancji. Czy pani wiedziała, że w żadnym razie nie rozmawiamy o groźbach z naszymi podopiecznymi?

– Nie – przyznała Neagley. – Zaskoczyła mnie ta informacja.

– Nikt nie wie – odparł Swain. – Każdy jest zaskoczony. Ci ludzie sądzili, że przekazujemy mu wszystko. Dlatego uważam, że to sprawa osobista, że on jest celem, nie my.

– My też tak sądzimy – wtrącił Reacher. – Ma pan jakieś konkretne powody?

– Pomyśli pan, że jestem naiwny – mruknął Swain. – Ale nie wierzę, by ktokolwiek, kto pracuje bądź pracował dla nas, zabił tamtych dwóch Armstrongów. Nie w ten sposób.

Reacher wzruszył ramionami.

– Może istotnie jest pan naiwny. Może nie. Ale to nie ma znaczenia. My i tak jesteśmy przekonani.

– A co was przekonało?

– Dywiz w drugim liście.

– Dywiz? – Swain zastanowił się chwilę. – Tak, rozumiem. To możliwe, lecz nieco poszlakowe.

– Nieważne. Zakładamy, że to sprawa osobista.

– Dobrze, ale czemu? Jedynym możliwym wyjaśnieniem jest to, że go nienawidzą, chcą z niego zadrwić, pragną go dręczyć, przerazić, sprawić, by najpierw cierpiał. Samo zabójstwo im nie wystarczy.

– Kim zatem są? Kto tak bardzo go nienawidzi?

Swain machnął ręką, jakby odsuwał na bok to pytanie.

– Najpierw coś jeszcze – rzekł. – Trochę teoretyzuję, ale myślę, że popełniliśmy błąd w obliczeniach. Ile wiadomości otrzymaliśmy?

– Sześć – odparł Reacher.

– Nie – zaprzeczył Swain. – Uważam, że było ich siedem.

– Gdzie jest siódma?