– Jak już mówiłam. Teraz decyzja należy do mnie. Jestem pod wielką presją, by dobrze się spisać.
Milczał.
– Zastanowisz się nad tym? – spytała Froelich.
– Niewiele wiem o Armstrongu. Praktycznie o nim nie słyszałem.
Przytaknęła.
– Nikt nie słyszał. To dość zdumiewający wybór. Młodszy senator z Dakoty Północnej. Typowy ojciec rodziny, żona, dorosła córka, opiekuje się na odległość chorą matką. Nigdy niczym się nie wyróżnił. Ale gość jest w po rządku jak na polityka. Lepszy niż większość. Jak dotąd, bardzo go lubię.
Reacher skinął głową. Nadal milczał.
– Oczywiście zapłacilibyśmy ci – powiedziała Froelich.
– To nie problem. No wiesz, rozsądne honorarium.
– Niespecjalnie interesują mnie pieniądze. Nie potrzebuję pracy.
– Mógłbyś zgłosić się na ochotnika.
– Byłem żołnierzem. Żołnierze nigdy nie zgłaszają się na ochotnika.
– Joe mówił co innego. Twierdził, że robiłeś najróżniejsze rzeczy.
– Nie lubię dla nikogo pracować.
– No jeśli chcesz to zrobić za darmo, nie będziemy protestować.
Na moment umilkł.
– Pewnie wiązałoby się to z wydatkami. Gdyby ktoś miał to zrobić jak należy.
– Oczywiście pokrylibyśmy wszystkie wydatki. Czegokolwiek potrzebowałby ów ktoś. Wszystko jak najbardziej oficjalnie, po fakcie.
Reacher przebiegł wzrokiem po blacie.
– Czego dokładnie chciałabyś od owego ktosia?
– Chcę ciebie, nie jakiegoś ktosia. Żebyś odegrał rolę zabójcy. Przyjrzał się wszystkiemu z zewnątrz, znalazł luki w ochronie i dowiódł ich istnienia, podając daty, godziny, miejsca. Jeśli chcesz, mogę ci przekazać plan jego zajęć.
– Proponujesz to każdemu zabójcy? Jeżeli zamierzasz to zrobić, to powinnaś grać jak należy, nie sądzisz?
– Dobra – mruknęła.
– Nadal uważasz, że nikt nie może się zbliżyć?
Starannie rozważyła swoją odpowiedź; zabrało to jakieś dziesięć sekund.
– Szczerze mówiąc, tak. Bardzo ciężko pracujemy. Myślę, że uwzględniliśmy wszystko.
– Zatem uważasz, że Joe się mylił?
Nie odpowiedziała.
– Czemu zerwaliście? – spytał.
Na sekundę odwróciła wzrok. Pokręciła głową.
– To sprawa prywatna.
– Ile masz lat?
– Trzydzieści pięć.
– Zatem osiem lat temu miałaś dwadzieścia siedem. Uśmiechnęła się.
– A Joe prawie trzydzieści sześć. Był starszy. Obchodziłam z nim jego urodziny. Trzydzieste siódme też.
Reacher odsunął się odrobinę i ponownie zmierzył ją wzrokiem. Joe miał dobry gust. Z bliska wyglądała dobrze, dobrze pachniała. Idealna cera, świetne oczy, długie rzęsy. Ładne kości policzkowe, mały prosty nos. Sprawiała wrażenie gibkiej i silnej. Atrakcyjna, bez dwóch zdań. Zastanawiał się, jakby to było obejmować ją, całować, iść z nią do łóżka. Wyobraził sobie Joego, jak zastanawia się nad tym samym, gdy pierwszy raz weszła do jego biura. I w końcu się dowiedział. Brawo, Joe.
– Chyba zapomniałem mu wysłać kartkę na urodziny -rzekł. – Jedne i drugie.
– Nie sądzę, by się tym przejął.
– Nie byliśmy zbyt blisko. W sumie nie rozumiem dlaczego.
– Lubił cię – powiedziała. – Często to podkreślał. Od czasu do czasu o tobie mówił. Myślę, że na swój sposób był z ciebie dumny.
Reacher nie odpowiedział.
– To co, pomożesz mi? – spytała.
– Jaki był jako szef?
– Świetny. W naszym zawodzie był supergwiazdą.
– A jako narzeczony?
– W tym też był całkiem niezły.
Zapadła długa cisza.
– Gdzie się podziewałeś, odkąd odszedłeś ze służby? – spytała Froelich. – Nie zostawiłeś zbyt wielu śladów.
– Taki miałem plan – stwierdził Reacher. – Nie lubię niczego ujawniać.
Spojrzała na niego pytająco.
– Nie martw się – dodał – nie jestem radioaktywny.
– Wiem – odparła – bo sprawdziłam. Ale teraz, kiedy cię poznałam, zrobiłam się ciekawa. Wcześniej byłeś tylko nazwiskiem.
Ponownie spuścił wzrok, starając się spojrzeć na siebie obiektywnie, z zewnątrz, opisanego z drugiej ręki przez brata. Ciekawa perspektywa.
– Pomożesz mi? – powtórzyła.
W sali było ciepło, więc rozpięła płaszcz. Pod spodem miała śnieżnobiałą bluzkę. Przesunęła się nieco bliżej i na wpół odwróciła, tak by patrzeć mu prosto w twarz. Byli równie blisko, jak kochankowie w leniwe popołudnie.
– Nie wiem – rzucił.
– To będzie niebezpieczne. Muszę cię ostrzec, nikt poza mną nie będzie wiedział, że tam jesteś. Na tym polega największy problem. Jeśli ktoś cię zauważy… Może to zły pomysł, może nie powinnam prosić.
– Nikt mnie nie zauważy – wtrącił Reacher.
Uśmiechnęła się.
– Dokładnie to samo powiedział Joe osiem lat temu.
Reacher milczał.
– To bardzo ważne – dodała. – I pilne.
– Chcesz mi powiedzieć, dlaczego to ważne?
– Już mówiłam.
– Chcesz mi powiedzieć, czemu to pilne?
Nie odpowiedziała.
– Nie sądzę, by była to kwestia teoretyczna – rzekł.
Milczała.
– Myślę, że masz poważny problem.
Brak odpowiedzi.
– Myślę, że wiesz, że ktoś tam jest. Prawdziwe zagrożenie.
Odwróciła wzrok.
– Nie mogę tego skomentować.
– Byłem w wojsku – rzucił. – Często słyszałem podobne odpowiedzi.
– To tylko audyt ochrony – upierała się. – Zrobisz to dla mnie?
Przez długą chwilę Reacher milczał.
– Pod dwoma warunkami.
Odwróciła się z powrotem i spojrzała na niego.
– Jakimi?
– Po pierwsze, będę pracował w chłodnym klimacie.
– Czemu?
– Bo właśnie wydałem sto osiemdziesiąt dziewięć dolarów na ciepłe ciuchy.
Uśmiechnęła się lekko.
– Wszystkie miejsca jego listopadowych spotkań są dość chłodne.
– Dobra. – Reacher sięgnął do kieszeni, podsunął jej pudełko zapałek i wskazał wydrukowaną na nim nazwę i adres. – Jest pewna para staruszków, pracujących tydzień w tym klubie. Martwią się, że kierownik oszuka ich z wypłatą. Muzycy. Wszystko powinno być dobrze, ale muszę mieć pewność. Chcę, żebyś pogadała z miejscowymi glinami.
– Twoi przyjaciele?
– Od niedawna.
– Kiedy mają dostać wypłatę?
– W piątek wieczorem po ostatnim występie, koło północy. Muszą odebrać pieniądze, spakować rzeczy do wozu. Potem wyjadą do Nowego Jorku.
– Poproszę, by jeden z agentów co dzień sprawdzał, co się u nich dzieje. To chyba lepsze niż gliniarze. Mamy tu swoje biuro. W kasynach w Atlantic City piorą pieniądze na wielką skalę. Zatem zrobisz to?
Reacher znów umilkł. Pomyślał o swoim bracie. Wrócił i znów mnie nawiedził. Wiedziałem, że pewnego dnia to się stanie. Filiżankę miał pustą, lecz wciąż ciepłą. Uniósł ją ze spodeczka i przechylił, obserwując spływającą ku niemu resztkę kawy, powolną i brązową, niczym muł rzeczny.
– Kiedy trzeba to zrobić?
Dokładnie w tym momencie około dwustu kilometrów dalej w magazynie na tyłach portu w Baltimore odbywała się wymiana: gotówka za dwie sztuki broni i odpowiednią amunicję. Mnóstwo gotówki. Świetna broń, specjalna amunicja. Planowanie drugiej próby rozpoczęli od obiektywnej analizy swego pierwszego fiaska. Jako rozsądni zawodowcy nie chcieli przypisywać całej winy nieodpowiedniemu sprzętowi, uznali jednak, że lepsza broń zawsze się przyda. Sprawdzili zatem, czego potrzebują, i zlokalizowali sprzedawcę. Miał to, czego chcieli, cena im odpowiadała. Wynegocjowali gwarancję w typowy dla siebie sposób: poinformowali sprzedawcę, że jeśli będą mieli problemy z jego towarem, wrócą i przestrzelą mu kręgosłup, nisko, tak by do końca życia siedział w fotelu na kółkach.