Neagley znalazła na ulicy budkę telefoniczną i przystanęła na mrozie, załatwiając krótką rozmowę. Potem wrócili do samochodu. Wyjechała z garażu i przemierzyła centrum miasta w stronę dzielnicy przemysłowej. W powietrzu pojawiła się silna woń jedzenia dla psów.
– Mają tu fabrykę – wyjaśniła Neagley.
– Poważnie? – zakpił Reacher.
Neagley skręciła w wąską uliczkę, wjechała w coś w rodzaju niewielkiego parku przemysłowego i manewrowała w labiryncie niskich metalowych baraków. Mijali hurtownie linoleum, sklepy z hamulcami, warsztaty, w których można dostać dwie pary opon zimowych za dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów, i inne, gdzie za dwadzieścia regulowano układ kierowniczy. Na rogu mieścił się długi, niski budynek, stojący samotnie pośrodku wyasfaltowanego, pełnego dziur terenu. Budynek miał zamknięte metalowe drzwi i ręcznie wymalowany szyld z napisem Warsztat mechaniczny Eddiego Browna.
– To twój facet? – spytał Reacher.
Neagley skinęła głową.
– Czego potrzebujemy?
Reacher wzruszył ramionami.
– Nie ma sensu zanadto komplikować. Czegoś długiego i czegoś krótkiego, po sztuce na głowę. Do tego amunicja. Powinno wystarczyć.
Neagley zatrzymała się przed zamkniętymi podnoszonymi drzwiami i zatrąbiła. W służbowym wejściu pojawił się mężczyzna. Ruszył w stronę samochodu i nagle zatrzymał się, dostrzegłszy, kto siedzi w środku. Był wysoki, mocno zbudowany, o masywnym karku i ramionach, miał krótkie jasne włosy i otwartą przyjazną twarz, ale też wielkie dłonie i grube przeguby. W sumie sprawiał wrażenie faceta, któremu lepiej się nie narażać. Pomachał ręką, zniknął z powrotem w środku i po chwili wielkie drzwi zaczęły się unosić. Neagley przejechała pod nimi, one zaś natychmiast znów opadły.
Wewnątrz budynek był dwa razy krótszy niż powinien, jednak wyglądał całkiem wiarygodnie: podłoga z poplamionego smarem betonu, tu i tam rozrzucone stanowiska
mechaników, wiertarki, stosy metalowych blach, pęki stalowych prętów. Lecz tylna ściana była trzy metry bliżej, niż sugerowałyby zewnętrzne proporcje. Najwyraźniej kryło się za nią dodatkowe pomieszczenie.
– To jest Eddie Brown – przedstawiła Neagley.
– Fałszywe nazwisko – dodał rosły mężczyzna.
Dostał się do ukrytego pomieszczenia, odciągając wielki stos złomu zespawanego razem i przymocowanego do metalowego panelu na ścianie. Cała konstrukcja uchyliła się bezszelestnie na doskonale naoliwionych zawiasach niczym olbrzymie trójwymiarowe drzwi. Mężczyzna o personaliach Eddie Brown ruszył pierwszy. Po chwili znaleźli się w zupełnie innym świecie.
Ukryte pomieszczenie było sterylne niczym szpital. Wzdłuż wszystkich czterech pomalowanych na biało ścian ustawiono półki i regały. Na trzech z nich znajdowała się broń – krótka w pudełkach i luzem, długa ułożona w stojakach. Karabiny, strzelby, sztucery, dubeltówki i karabiny maszynowe. Całe rzędy, wszystkie w idealnym porządku. W powietrzu wisiała ciężka woń smaru. Wzdłuż czwartej ściany, niczym książki w bibliotece, ustawiono pudła z amunicją. Reacher pociągnął nosem, poczuł zapach nowego mosiądzu, kartonu i lekkie ślady prochu.
– Imponujące – rzekł.
– Bierzcie, co chcecie – powiedział Eddie.
– Dokąd prowadzą numery seryjne?
– Do armii austriackiej – odparł Eddie. – Stamtąd donikąd.
Dziesięć minut później znów byli w drodze. Nowa kurtka Reachera wylądowała w bagażniku yukona, starannie zasłaniając dwa dziewięciomilimetrowe steyry GB, niewytłumiony pistolet maszynowy Heckler & Koch MP5 oraz
karabin M16, a także pudelka z dwustoma pociskami do każdego typu broni.
Po zmroku przekroczyli granicę Wyoming, jadąc na północ autostradą 1-25. W Cheyenne skręcili w lewo w 1-80. Jechali na zachód aż do Laramie, potem znów na północ. Od miasteczka o nazwie Grace dzieliło ich wciąż pięć godzin jazdy. Mapa pokazywała, że leżało daleko za Casper, na pustkowiach między wyniosłymi górami i niekończącymi się stepami.
– Zanocujemy w Medicine Bow – powiedział Reacher. – Nazwa mi się podoba. Mamy dotrzeć do Grace jutro o świcie.
Medicine Bow w ciemności nie sprawiało wrażenia miejsca, które mogłoby się podobać. Był tam jednak motel z wolnymi pokojami. Neagley wpłaciła depozyt. Potem, półtora kilometra dalej w przeciwną stronę, znaleźli knajpkę specjalizującą się w stekach. Zjedli solidne befsztyki z polędwicy, kosztujące mniej niż drink w Waszyngtonie. Gdy właściciel zaczął zamykać, zrozumieli aluzję i wrócili do motelu. Reacher zostawił płaszcz w samochodzie, by ukryć broń przed wzrokiem ciekawskich. Pożegnali się na podwórku. Reacher pomaszerował wprost do łóżka. Słyszał Neagley krzątającą się pod prysznicem. Nuciła pod nosem. Słychać ją było nawet przez ścianę.
Obudził się rano w sobotę. Neagley znów brała prysznic, wciąż śpiewała. Kiedy ona, do diabła, sypia? – pomyślał Reacher. Wygramolił się z łóżka i ruszył do łazienki. Odkręcił ciepłą wodę, najwyraźniej zmniejszając jej ciśnienie pod prysznicem Neagley, bo po sekundzie usłyszał dobiegający zza ściany stłumiony okrzyk. Zakręcił kurek
i odczekał, aż skończy. Potem wziął prysznic, ubrał się i wyszedł do samochodu. Na dworze wciąż było ciemno i bardzo zimno. Wiatr z zachodu niósł płatki śniegu, wirujące powoli w promieniach ulicznych latarni.
– Nie znalazłam kawy – powitała go Neagley.
Na miejsce z kawą natknęli się godzinę później. Przydrożny bar, niedawno otwarty. Już z daleka dostrzegli jego światła. Stał u wylotu drogi gruntowej prowadzącej w mroku do Państwowego Lasu Medicine Bow. Sam bar, niski i długi, wzniesiony z czerwonych desek, nieodparcie kojarzył się ze stodołą, zimną na zewnątrz, ciepłą wewnątrz. Usiedli przy stole pod zasłoniętym oknem, zjedli jajka na bekonie, grzanki i popili mocną gorzką kawą.
– Dobrze, nazwijmy ich numer jeden i numer dwa – zaproponowała Neagley. – Numer jeden to gość z Bismarck.
Poznasz go. Numer dwa to facet z garażu. Może rozpoznamy go po sylwetce, ale tak naprawdę nie wiemy, jak
wygląda.
Reacher przytaknął.
– Będziemy zatem szukać faceta z Bismarck i towarzyszącego mu drugiego gościa. Nie ma sensu zanadto wszystkiego komplikować.
– Nie słyszę w twym głosie entuzjazmu.
– Powinnaś wracać do domu.
– Teraz, kiedy już cię tu przywiozłam?
– Mam złe przeczucia.
– Jesteś spięty, bo Froelich dała się zabić. To wszystko. To nie znaczy, że mnie spotka coś złego.
Milczał.
– Dwoje na dwóch – dodała Neagley. – Ty i ja przeciw dwóm bandziorom. A ty się przejmujesz?
– Niespecjalnie – przyznał.
– Może w ogóle się nie zjawią. Bannon twierdził, iż domyśla się, że to pułapka.
– Zjawią się – nie zgodził się Reacher. – Potraktują to jak wyzwanie. To kwestia testosteronu. I mają też dostatecznie narąbane w głowach.
– Jeśli nawet przyjadą, nic mi nie będzie.
– Gdyby coś ci się stało, czułbym się bardzo źle.