Выбрать главу

Nadszedł w końcu, powoli, stopniowo, dostojnie. Fioletowa smuga stawała się coraz jaśniejsza. U podstaw poczerwieniała. Czerwień zaczęła się rozszerzać, rozlewać, aż w końcu połowę nieba ogarnęła ognista łuna. Później, trzysta kilometrów dalej, w Dakocie Południowej, pojawił się pomarańczowy blask. Ziemia obracała się ku niemu i znad horyzontu wyłonił się pierwszy skrawek słońca.

Niebo miało barwę różu. Długie, nisko wiszące chmury płonęły ognistą czerwienią. Reacher obserwował słońce. Odczekał do chwili, gdy zaczęło ranić mu oczy, po czym otworzył drzwi yukona, uruchomił silnik, podkręcił na pełną moc i włączył radio na cały regulator. Przebiegł kolejne częstotliwości, w końcu zdecydował się na stację rockandrollową, zostawiając otwarte drzwi kierowcy, tak by muzyka mogła wylać się na zewnątrz, przeganiając poranną ciszę. Potem podniósł M16, odbezpieczył, przyłożył do ramienia i wypalił jedną krótką trzy strzałową serię, celując odrobinę na południowy zachód, dokładnie ponad ukrytym tahoe. Usłyszał, jak Neagley odpowiada natychmiast trzy pociskową serią. MP5 strzelał szybciej, z charakterystycznym grzechotliwym jękiem. Neagley zajmowała pozycję w trawie, sto metrów na południe od tahoe, strzelając dokładnie na północ. Reacher wypalił ponownie, trzy pociski ze wschodu. Teraz ona, trzy z południa. Odgłosy czterech serii odbiły się echem wśród wzniesień. Mówiły wyraźnie: wiemy… że… tam… jesteście…

Zgodnie z wcześniej ustalonym planem, Reacher odczekał trzydzieści sekund. W miejscu, w którym stał tahoe, nic się nie działo. Żadnych świateł, ruchu, ognia. Ponownie uniósł karabin, wycelował w górę, nacisnął spust. WIEMY. Heckler & Koch zagrzechotał daleko po lewej. ŻE. Reacher wypalił raz jeszcze. TAM. Neagley wystrzeliła. JESTEŚCIE.

Brak reakcji. Przez sekundę zwątpił. Może w ciągu ostatniej godziny postanowili uciec? Albo zmądrzeli i przejechali przez miasto na wschód? Pomysł ze strzałem prosto w słońce nie był najmądrzejszy. Obrócił się na pięcie, lecz za plecami nie ujrzał niczego poza światłami zapalającymi się w oknach. Nie słyszał nic oprócz dudnienia w uszach

i ogłuszającego rock and rolla. Zawrócił ponownie, gotów do strzału, i ujrzał, jak tahoe wypada z trawy sto pięćdziesiąt metrów przed nim. Pierwsze promienie słońca odbiły się od złotej karoserii i chromowanego błotnika. Samochód podskoczył na wzniesieniu, na moment zawisł w powietrzu, po czym runął na ziemię i przyspieszając, popędził na zachód.

Reacher wrzucił karabin na tylne siedzenie yukona, trzasnął drzwiami, zgasił radio i przyspieszył, przecinając cmentarz. Z rozpędu uderzył w drewniany płot, wybijając w nim dziurę i wypadł na łąkę, skręcając szerokim łukiem na południe. Teren był morderczy, samochód podskakiwał i kołysał się na koleinach. Silnik zawodził, pokonując kotliny i wzniesienia. Reacher prowadził jedną ręką, drugą zapiął pas. Zaciągnął go ciasno, by nie wypaść z fotela. Ujrzał Neagley pędzącą ku niemu wśród trawy po lewej. Gwałtownie nacisnął hamulec. Neagley szarpnięciem otworzyła tylne drzwi i wskoczyła na siedzenie. Znów ruszył, a ona zatrzasnęła drzwi, przecisnęła się na fotel pasażera, również zapięła pas, hecklera & kocha wsunęła między kolana i oburącz przytrzymała się deski rozdzielczej, niczym pasażerka górskiej kolejki w lunaparku.

– Idealnie – wydyszała. Oddychała ciężko.

Reacher jechał dalej. Znowu szerokim łukiem skręcił na północ. Wkrótce dostrzegli ślad pozostawiony przez tahoe w trawie. Ustawił na nim wóz i dodał gazu. Przejażdżka okazała się gorsza niż jakakolwiek jazda kolejką górską. Jedna wielka szarpanina. Samochód podskakiwał, dygotał, na zmianę wzlatywał w powietrze i ciężko opadał na ziemię. Silnik wył potępieńczo, kierownica wyrywała się Reacherowi z rąk i szarpała tak ostro, że mało nie połamała

mu kciuków. Wyprostował palce, kierując wyłącznie za pomocą dłoni. Bał się, że lada moment złamią oś.

– Widzisz ich już? – krzyknął.

– Jeszcze nie! – odkrzyknęła. – Mogą być nawet trzysta metrów przed nami.

– Boję się, że samochód zaraz się rozkraczy.

Dodał gazu. Robił niemal osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, potem dziewięćdziesiąt. Im bardziej przyspieszał, tym lepiej się jechało. Samochód spędzał mniej czasu na ziemi.

– Widzę ich! – krzyknęła Neagley.

Byli dwieście metrów przed nimi, na zmianę widoczni i nie, gdy wyskakiwali w górę i znikali pośród morza traw, niczym oszalały złocisty delfin, skaczący na falach. Reacher cały czas naciskał pedał, powoli zmniejszał dystans. Miał przewagę – oczyszczali mu drogę. Powoli zbliżył się na jakieś sto metrów i utrzymywał odległość. Silnik zawodził, zawieszenie jęczało i trzeszczało.

– Mogą uciekać! – krzyknął.

– Ale się nie ukryją! – uzupełniła Neagley.

Dziesięć minut później znaleźli się piętnaście kilometrów na zachód od Grace. Reacher czuł się, jakby uczestniczył w ostrej bójce. Przy każdym wzniesieniu uderzał głową w dach, ręce bolały go potwornie, ramiona miał napięte. Silnik wciąż wył. Aby stopa nie ześliznęła się z pedału gazu, musiał wciskać go do oporu. Neagley podskakiwała obok w fotelu, kołysząc się w przód i w tył. Zrezygnowała z prób oparcia się na rękach w obawie, że mogłaby połamać łokcie.

Po kolejnych piętnastu morderczych kilometrach teren nieco się zmienił. Byli na absolutnym pustkowiu. Miasteczko Grace zostało trzydzieści kilometrów za nimi, trzydzieści

kilometrów przed nimi ciągnęła się autostrada. Teren stawał się coraz bardziej pofałdowany, wzniesienia wyższe, kotliny bardziej strome. Z ziemi zaczynały sterczeć skały. Wokół wciąż rosła trawa, nadal wysoka, ale cieńsza, słabiej ukorzeniona, a ziemię pokrywał śnieg. Sztywne od szronu źdźbła trawy sterczały w górę niczym piętnastocentymetrowy biały dywan. Oba samochody, odległe o sto metrów od siebie, zwolniły. Po kolejnych paru kilometrach pościg jeszcze bardziej zwolnił do śmiesznych trzydziestu kilometrów na godzinę. Powoli wspinali się na czterdziestopięciostopniowe zbocza, aż po maskę zagłębiali w śniegu zebranym na dnie jarów, i znów wdrapywali z napędem przełączonym na cztery koła. Kotliny miały od trzech do pięciu metrów głębokości. Nieustanny wiatr z zachodu zasypał je śniegiem, odsłaniając jedynie część zboczy. W powietrzu pędziły płatki, uderzając wprost w ich szybę.

– Zaraz utkniemy! – zawołała Neagley.

– Już raz tędy przejechali – odparł Reacher. – Muszą znać drogę.

Za każdym razem, gdy tahoe zagłębiał się w kotlinie, tracili go z oczu, dostrzegali jedynie, gdy mozolnie pokonywał kolejne wzniesienie i gdy oni sami akurat docierali na szczyt fali trzy bądź cztery zagłębienia dalej. Brakowało im rytmu, koordynacji. Oba samochody wznosiły się i opadały we własnym tempie. Jeszcze zwolnili, niemal do szybkości zwykłego marszu. Reacher zablokował bieg, samochód zaczął ślizgać się po śniegu. Daleko na zachodzie szalała śnieżyca. Pogoda pogarszała się z każdą chwilą.

– Już czas – rzucił Reacher. – W jednym z takich jarów śnieg zasypie ich aż do wiosny.

– Dobra, zaczynajmy – odparła Neagley.

Nacisnęła przycisk opuszczający szybę. Do środka wraz z powiewem lodowatego wiatru wpadł tuman śniegu. Neagley chwyciła hecklera & kocha i przestawiła na ogień ciągły. Reacher ostro przyspieszył, pokonując następne dwa zagłębienia tak szybko, jak tylko pozwalała na to wytrzymałość wozu. Potem na szczycie trzeciego wzniesienia nacisnął gwałtownie hamulec i skręcił ostro w lewo. Wóz obrócił się i zatrzymał bokiem. Neagley wychyliła się z okna, czekając. Po chwili sto metrów przed nimi pojawił się złoty tahoe, a ona wypuściła długą serię, celując nisko w tylne opony i zbiornik paliwa. Tahoe zatrzymał się na ułamek sekundy, po czym przeskoczył szczyt wzniesienia i ponownie zniknął.