W końcu przykucnął i przywitał się jak należy z Nerem, który bardzo się już tego domagał, poszczekując z cicha.
– Wierny stary towarzyszu – szepnął. – Jak dobrze znowu cię widzieć, och, żebyś wiedział, jak dobrze!
Bo właściwie to jest tak, że się bardzo często powtarza psu te same słowa, ale nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co one oznaczają pomyślał i o mało nie został przewrócony na plecy przez nie posiadającego się z radości zwierzaka.
Teraz Móri popatrzył na syna, Dolga. Na syna, którego nigdy do końca ~nie rozumiał, nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że było w nim coś niepojętego, nieznanego. Dolg stał przed nim niezwykle wzruszony, a jego czarne oczy były czarniejsze niż kiedykolwiek. Ojciec objął go i przytulił, obaj płakali cicho, a w końcu Móri powiedział zdławionym głosem:
– O tak wielu rzeczach musimy porozmawiać, ty i ja, kiedy nie będzie przy nas tylu ludzi. A teraz chciałbym ci tylko podziękować i wyrazić mój największy podziw.
Dolg bez słowa kiwał głową. Nie był w stanie wydusić z siebie głosu.
Tata został uratowany, wydobyty w krainy zimnych cieni i tylko ta jedna sprawa miała znaczenie.
Minęło trochę czasu, zanim mogli opuścić wieś. Tak wielu mieszkańców chciało ich ugościć, wszyscy zapraszali na posiłek i piwo, proponowano im nowy pojazd i wciąż dyskutowano o tym, co się stało, o złych obcych ludziach, którzy uprowadzili Tiril., oraz o cudownym ocaleniu Erlinga tamtego tragicznego dnia. Erling musiał wymyślić jakąś wiarygodną historię o tym, jak spadł na niewielką półkę skalną pod dużym występem i jak, czołgając się, dotarł w bezpieczne miejsce. Fakt, że nie wrócił do wsi ani nie szukał swoich przyjaciół, wyjaśnił tym, że zabłądził w ciemnym lesie i znalazł się po drugiej stronie doliny.
Ludzie patrzyli na niego w zamyśleniu, ale przyjęli opowiadanie do wiadomości.
W końcu jednak mała gromadka zebrała się, mając teraz dodatkowe trzy konie, i opuściła wieś w nadziei, że oglądają te miejsca po raz ostatni. Wypoczęte konie bardzo im się przydały, bo jeden ze służących miał poważne problemy z własnym wierzchowcem. Koń nie mógł ani chwili ustać spokojnie, rżał głośno i odskakiwał wystraszony, kiedy służący chciał go dosiąść.
Nikt jednak dotychczas nie zauważył nietoperza ukrytego pod siodłem.
Za dnia był to mały, niegroźny nietoperz… którego kardynał von Graben za pomocą sztuki magicznej wyposażył w duszę umarłego przestępcy tak, by nocą mógł się przemienić w złą ludzką postać.
W wampira.
CZĘŚĆ DRUGA. SZARY PTAK KRZYCZY O BRZASKU
Rozdział 8
Dziewczynka była bardzo mała, bardzo drobna i przestraszona.
I bardzo, bardzo samotna.
Niby księżniczka siedziała na obitym złotą skórą krześle w swojej sypialni. „Tylko żadnych plam na pięknym obiciu mebli, Danielle!” „Nie kop nóg krzesła, Danielle!” „Siedź prosto, Danielle!”
Danielle czekała na polecenie, co robić. Nie miała odwagi się poruszyć, żeby nie uczynić czegoś, czego nie powinna. Siedziała na samym brzeżku krzesła, nienaturalnie wyprostowana. Mimo to jej stopy, obute w zapinane na guziczki buciki, dyndały w powietrzu, bo taka była mała mimo swoich ośmiu lat.
Brązowe włosy zostały zaplecione tak ciasno, że bolała ją głowa, ale do tego już się przyzwyczaiła. Myślała, że tak powinno być. Nosiła na głowie biały kapelusz z szerokim rondem i wstążkami spływającymi na plecy. Przestraszona sprawdzała co chwila, czy wstążki układają się równo. Ubrana była w sukienkę batystową w drobne kwiatki, bardzo piękną. Troszkę za długą, tak że niekiedy wlokła się za nią po ziemi. Wtedy Danielle musiała słuchać ostrych wymówek.
Za oknem był wczesny, nieco mglisty, ale bardzo ciepły ranek. Gdzieś daleko wołała kukułka.
Kukułka. Szary ptak, który krzyczał żałośnie, bardzo samotny… i który budził w niej takie strasznie smutne wspomnienia.
Danielle czuła, że łzy dławią ją w gardle, i pośpiesznie zaczęła myśleć o czym innym. Płacz zawsze najbardziej denerwował dorosłych. I za to zawsze najbardziej krzyczeli.
Gdzieś w pobliżu znowu trzasnęły drzwi i Danielle zamarła. Bała się tak bardzo, że musiała z całych sił zaciskać nogi, żeby nie zrobić siusiu w majtki.
Drzwi do sypialni otwarły się z trzaskiem i w drzwiach stanęła mademoiselle.
– Siedzisz tu jak skamieniała i nic nie robisz? Dlaczego nie zeszłaś na śniadanie? Powóz już zajechał, a ty sobie siedzisz!
Głos był skrzekliwy i gniewny. Danielle wstała i ruszyła ku wyjściu. Nie odważyła się biec, bo za to mogła otrzymać policzek. Przeszła obok mademoiselle, nie patrząc na nią, sztywna ze strachu.
Kiedy ostatnim razem wyjeżdżała z domu, zbyt wcześnie zeszła do jadalni, wtedy mademoiselle uderzyła ją za to, że zrobiła to bez pozwolenia.
Tak trudno było się zorientować, czego dorośli od niej oczekują.
Claude, służący, przyjął ją z lodowato zimną miną. Prawie nigdy się do Danielle nie odzywał, ale jego oczy i cała twarz wyrażała pełną rezygnacji niechęć. Claude wziął kiedyś miedzianą rurkę i wymierzył jej pięć ciosów tylko dlatego, że mówiła o kimś, kogo w tym domu nie wolno było wspominać.
Danielle nie odważyła się zapytać, czy mama pojedzie dzisiaj z nimi. Czy raczej „maman”, jak kazano jej nazywać matkę. Po francusku, bo tak było z jakiegoś powodu ładniej niż po niemiecku.
Ale mama z pewnością nie pojedzie. Mama znowu ma dzisiaj migrenę. Zawsze miała migrenę, kiedy działo się coś smutnego.
Biedna mama!
Danielle z trudem przełykała owsiankę. Nienawidziła tej obrzydliwej zimnej brei, ale przecież nie mogła tego powiedzieć. Bała się, że kolejnej łyżki nie przełknie, że zwymiotuje.
– Zjadaj wszystko, dziewczyno! – upominała mademoiselle. – Stangret nie będzie w nieskończoność czekał na rozkapryszoną pannę. Nie można sobie wyobrażać, że jest się kimś tylko dlatego, że się urodziło jako von Virneburg. Nie jest się przez to panem świata!
Mademoiselle mówiła wyłącznie po francusku, żeby Danielle się uczyła. Mama Danielle uważała, że francuski jest bardzo pięknym językiem, no i, naturalnie, bardzo modnym.
Danielle wmusiła w siebie ostatnią łyżkę owsianki – „Nigdy nie zostawiaj niczego na talerzu” – i z poczuciem winy zsunęła się z krzesła. Kiedy człowiek nieustannie słyszy napomnienia, łatwo o chroniczne niezadowolenie z siebie.
Mademoiselle wiedziała o tym bardzo dobrze.
Mademoiselle była stosunkowo młodą osobą o najlepszych referencjach. Wychowała już wiele dzieci ze szlacheckich domów, odbierając im przy tym całą odwagę i wiarę w siebie. Małżonkowie Virneburg uważali, że jest znakomitą guwernantką i najodpowiedniejszą opiekunką tej trudnej do prowadzenia Danielle.
Mieliby trochę kłopotów z wyjaśnieniem, dlaczego to Danielle jest trudna, więc też nigdy tego nikomu nie tłumaczyli. Ale wciąż stała im na drodze. Była niczym poruszający się mebel, który domagał się uwagi z ich strony. Jak dobrze było mieć tę godną zaufania damę, która rozwiązywała wszystkie problemy!
Słońce oślepiło Danielle, kiedy wyszła z domu. W ogóle to nie przywykła do przebywania na dworze. Nikt nie miał czasu z nią spacerować, a sama przecież wychodzić nie mogła, bo to okropne i po prostu nie wypada.
Powóz już czekał. Stangret siedział wyprostowany i uroczysty w czarnym ubraniu, ponieważ tego dnia wybierano się na cmentarz, by odwiedzić grób starego barona, dziadka Danielle, którego ona nigdy nie widziała, ale którego pamięć otaczano w rodzinie wielkim szacunkiem. To znaczy maman zawsze, kiedy trzeba było jechać na cmentarz, miała migrenę, więc jeździł tylko ojciec i Danielle z guwernantką. A także kamerdyner ojca, rzecz jasna, ale on korzystał z własnego powozu.