Выбрать главу

Danielle została ubrana w czarny płaszczyk, musiała być w żałobie. Białe wstążki kapelusza nie chciały pięknie leżeć na czarnej wełnie płaszczyka i mademoiselle była zła, ale musiała opanować gniew, żeby baron niczego nie zauważył. Dziewczynka bardzo się starała ułożyć wstążki, ale nie jest łatwo patrzeć na własne plecy. Kiedy wsiadała do powozu, sukienka nieco się uniosła i mademoiselle gniewnym ruchem ją obciągnęła. Danielle przestraszyła się, że sukienka zostanie rozdarta, za co ona dostanie lanie.

Czekając w powozie na przyjście ojca, spoglądała w stronę lasu.

Szary ptak milczał. Był on niemal jedynym łącznikiem Danielle ze wszystkim, co dobre, miłe i nieskończenie piękne. To on strzegł pamięci o czasach, które już nigdy nie wrócą, chociaż strzegł też pamięci o dniach pełnych przerażenia i psychicznych załamań, które wprost trudno zrozumieć.

Szara kukułka wołała zawsze o brzasku. Potem milkła.

Jakiś robotnik gracował nieprawdopodobnie długie, wysypane żwirem alejki. Danielle nie odważyła się nawet spojrzeć w jego stronę. Miała surowy zakaz pozdrawiania służby dworskiej. To ich obowiązek kłaniać się pokornie, ona nie powinna nawet na nich spoglądać.

Uważała, że to smutne. Wobec tego, by nie okazać się nieuprzejma, kiedy ktoś ją pozdrawiał, starała się w ogóle nie patrzeć na służących, wtedy oni nie musieli się kłaniać.

Unik. Ale to najlepsze wyjście.

Ogród. Wielka miłość maman. Chciała mieć taki ogród, jaki kiedyś widziała we Francji. Starannie przystrzyżone krzewy i w ogóle wszystko pod sznurek.

Przyszedł ojciec. Danielle głęboko wciągnęła powietrze i starała się zachowywać grzecznie. Ale koścista twarz ojca wyrażała tylko jego własne zmartwienia.

Podróż przebiegała w milczeniu. Danielle wiedziała, że nie wolno jej się odzywać, jeśli jej nie pytają A nie byłaby w stanie przypomnieć sobie, kiedy ojciec po raz ostatni coś do niej powiedział. Zachowywał się tak, jakby jej w ogóle nie widział. I tak też chyba przeważnie było, w każdym razie nigdy nie patrzył na nią wprost. Dziewczynka wiedziała, dlaczego. Ona była tylko Danielle.

Natomiast ojciec wielokrotnie spoglądał na mademoiselle, która siedziała w powozie naprzeciw niego. Zapytał swoim ostrym głosem, jak się dziewczynka zachowuje. Dyskutowali o niej ponad jej głową, mówili, jaka jest leniwa, jeśli chodzi o pracę szkolna, na przykład do tej pory nie nauczyła się francuskich przyimków, zawsze zapomina umieszczać je w zdaniach, mówili, jaka jest wybredna, jeśli chodzi o jedzenie. Tego ostatniego Danielle nie pojmowała, bo przecież zjadała zawsze wszystko bez skrzywienia, choć tak okropnie nie lubiła kalafiorów i ryby w galarecie.

Mademoiselle miała rumieńce na twarzy, kiedy rozmawiała z ojcem, a takiego słodkiego głosu Danielle nigdy u niej nie słyszała. Dziewczynka wzdychała cichutko. Chciałaby, żeby guwernantka zawsze była taka, słuchanie jej miłego głosu było niemal taką przyjemnością jak jedzenie słodkiego deseru.

Dotarli do kościoła, gdzie czekało kilkoro krewnych ojca. Danielle musiała się z nimi witać, podając rękę i kłaniając się głęboko, a mademoiselle mówiła, jak zwykłe przy takich okazjach, mnóstwo bardzo pięknych słów o Danielle, o tym, jakie to ważne, że dziewczynka ma wokół siebie zdolnych i mądrych ludzi, którzy znają się na wychowaniu dzieci, i o tym, jak łatwo jej się uczyć języka metodą mademoiselle, oraz o tym, że właściwie nie jest łatwo kierować takim dzieckiem, ale mademoiselle nauczyła się tego w najlepszych rodzinach…

Wśród przybyłych było też kilka dziewcząt, ale starszych od Danielle, i musiała przecież rozumieć, że nie będą rozmawiać z kimś tak małym jak ona. Trzymała się więc na uboczu i miała, jak zawsze, tę wielką bolesną pustkę w piersiach.

Tak strasznie tęskniła za tym, którego imienia nie wolno jej było wypowiadać.

Już samo to, że nie można było o nim mówić, sprawiało ból.

Wkrótce wyprawa dobiegła końca i trzeba było wracać do domu.

Po tej dość żałosnej prezentacji w świecie Danielle została znowu odesłana do swojego pokoju, zdana wyłącznie na własne towarzystwo aż do chwili, gdy trzeba będzie „mebel” przesunąć do jadalni. Tu dziewczynka zawsze musiała siedzieć w milczeniu, podczas gdy równie milcząca służba obsługiwała nie mówiących ani słowa rodziców, a na końcu także ją.

Ojciec i maman w obecności Danielle nie rozmawiali ze sobą. Właściwie to rozmawiali ze sobą tylko przy gościach. Wtedy maman rozkwitała, była czarująca i niezwykłe piękna.

Jakie to szczęście, że maman nigdy nie dostawała migreny, kiedy spodziewano się gości! Danielle bardzo się w jej imieniu cieszyła.

Ale każdego ranka dziewczynka wymykała się z łóżka i siadała przy oknie.

Wtedy słyszała głos szarej kukułki i wtedy pozwalała płynąć łzom.

Bo tak strasznie tęskniła za swoim jedynym towarzyszem zabaw.

„Towarzysz zabaw” to chyba zbyt dużo powiedziane. Oboje musieli być tak samo cisi, tak samo spokojni, tak samo dobrze wychowani. Ale mimo wszystko mieli siebie nawzajem!

A teraz Danielle była sama w wielkim dworze otoczonym ponurymi lasami.

Rozdział 9

Móri był tak bezgranicznie wdzięczny, czuł się wyzwolony i niewypowiedzianie szczęśliwy.

Mieszkańcy wsi proponowali im nocleg, bo było już po południu, ale oni podziękowali za tę uprzejmą propozycję, a uczynili to z dwóch powodów. Po pierwsze, chcieli jak najprędzej wrócić do domu i następnie podjąć poszukiwania Tiril, a po drugie, stanowczo pragnęli wszyscy jak najszybciej oddalić się od ruin Graben i od skał, w których kryło się wiele tak dla nich bolesnych wspomnień.

Dlatego postanowili wyruszyć niezwłocznie i jechać aż do zapadnięcia zmroku.

Gdy zbliżał się wieczór, byli już w głębokim lesie i tam też postanowili rozbić obóz.

Mieli ze sobą powóz na wypadek, gdyby Móri źle się czuł i nie mógł jechać w siodle. Na szczęście okazało się to niepotrzebne. Móri zapewniał, że szafir wyleczył go z wszystkich niedomagań. W tej sytuacji złożyli w powozie bagaże, żeby ulżyć wierzchowym koniom.

Siedzieli przy ognisku i zajadali prowiant, w jaki zaopatrzyły ich gospodynie we wsi, kiedy zaczęły się dziać dziwne rzeczy.

Rozkulbaczyli konie i uprząż złożyli w powozie. Dziwiło wszystkich, że ten przez całą drogę niespokojny wierzchowiec po zdjęciu siodła zachowuje się zupełnie normalnie.

– Trzeba przejrzeć jego uprząż, jak się rozwidni – powiedział Erling. – Może coś go uwierało?

Inni kiwali głowami, że tak mogło być. Wszyscy porozkładali na ziemi derki i koce, robiąc sobie posłania, ale chętnie siedzieli jeszcze przy ognisku i rozmawiali.

Jeden ze służących z Theresenhof odłożył swój stary i zniszczony koc do powozu, a przyniósł sobie końską derkę. Cisza panowała wokół, ogień trzaskał przyjemnie, ale ludzie nie czuli się dobrze w tym miejscu. Las zdawał się niebywale ciemny i ponury. Nieprzyjemny dreszcz przebiegał czasem po plecach, choć nikt nie byłby w stanie powiedzieć dlaczego. Raz po raz któryś spoglądał ukradkiem przez ramię, ale niczego szczególnego nie dostrzegał.

Zrobiło się późno. Móri chciał się dowiedzieć czegoś więcej o niebezpiecznej wyprawie Dolga na wielkie bagna, o błędnych ognikach oraz o „śpiących wielkich mistrzach”, którzy go tropili, i o tym, jak Cień ich unicestwił.

– Tak, tak, słyszałem o tym w krainie zimnych cieni – powiedział w końcu. – Wy ich naprawdę unicestwiliście, wiesz o tym, Dolg? Oni rzeczywiście już nie istnieją. Nigdzie! Ani na tym, ani na tamtym świecie.

– O, niewielka strata – mruknął jeden ze służących.