– Rzeczywiście, masz rację – potwierdził Erling.
– Jak tylko wrócimy do domu, zaraz zajmę się tymi płytami – postanowił Móri. – Może da się to jakoś załatwić, żeby się pozbyć reszty tych śpiących nędzników. Myślisz, Dolg, że moglibyśmy w tej sprawie współpracować?
Chłopiec objął mocniej woreczek z szafirem. Tego skarbu nigdy się nie wyrzeknie. Zwłaszcza po tym, jak wysłany przez kardynała puk próbował mu go ukraść.
– Na pewno dobrze nam się ułoży – uśmiechnął się do ojca.
Potem Móri dał się namówić na opowiadanie o swojej wędrówce do krainy cieni.
– Chętnie wam o tym opowiem – stwierdził. – Bo zauważyłem, że w miarę upływu czasu moje przeżycia bledną jak dogasający ogień, a przecież nie powinny. Mam do przekazania najzupełniej unikalne sprawy, myślę, że to będzie ważne dla moich następców. próbujcie więc zapamiętać jak najwięcej, bo później to wy będziecie musieli dopowiadać szczegóły. Ale co się tutaj dzieje? Czy wy czujecie to samo co ja…?
– Że nie jesteśmy tu sami? – podsunął Erling. – Właśnie się nad tym zastanawiałem, ale przyszło mi do głowy, ze to może twoi niewidzialni towarzysze.
– Nie – rzekł Móri z wolna. – Moi towarzysze z pewnością tutaj są, ale to nie oni budzą ów niepokój. To coś całkiem innego. Coś… niebezpiecznego. Spójrz na Nera! On nie reaguje na obecność duchów, są przecież jego przyjaciółmi, jeśli je w ogóle zauważa. A popatrz na niego teraz! Wytrzeszcza oczy, warczy i poszczekuje.
– Pewnie jestem głupi – zaczął jeden ze służących – ale zdaje mi się, że widziałem w powozie czyjąś twarz. Przyciśniętą do okienka. Co prawda szybki są dosyć mętne, ale widziałem wyraźnie.
Mówili teraz jeden przez drugiego, opowiadając Móriemu o czarach, jakie kardynał rzucił na nich, kiedy wyjechali z Theresenhof. O musze i o puku, które Dolg zdołał unieszkodliwić.
Czy to możliwe, żeby było coś jeszcze?
– Oczywiście, że możliwe – stwierdził Móri. Wstał i podszedł do powozu. Zajrzał przez okno do środka, ale zobaczył tylko stos uprzęży i niepotrzebnych derek.
Wrócił do ogniska.
– Uważam, że powinniśmy w nocy wystawiać wartę – powiedział spokojnie. – Niczego nie widziałem, ale nigdy nic nie wiadomo.
Potem usiadł i opowiedział im o krainie zimnych cieni, oni zaś słuchali z powaga, a niekiedy z niedowierzaniem. Kiedy jednak skończył, nikt nie traktował jego słów sceptycznie.
– Historia o Wielkim Świetle wydaje mi się bardzo piękna – rzekł jeden z ludzi dworskich.
– Bo Wielkie Światło jest piękne! Jeśli kiedykolwiek odczuwałem lęk przed śmiercią, to teraz już nie.
Drugi służący rzekł niepewnie:
– Ale ja jestem dobrym chrześcijaninem i wierzę w Boga.
Móri popatrzył na niego.
– I nadal powinieneś wierzyć. Nikt przecież nie wie, jak Bóg wygląda. Nie jest nie do pomyślenia, że on się ukrywa właśnie w Wielkim Świetle, a może jest samym Światłem. Dobrym, kochającym Bogiem. Ale tego Boga, który karze ludzi tylko za to, że w niego nie wierzą, tego, który uderza na ślepo, na przykład zabiera ludziom jedyne dziecko, tego Boga ja nie uznaję.
– Ani ja – zgodził się służący. – Na przykład nigdy nie mogłem zrozumieć, jak Pan może pozwalać na to, by mój ojciec bił i maltretował matkę, kiedy byłem mały. A mama była taka dobra dla nas, dzieci, i tyle wciąż musiała płakać. W końcu ojciec zatłukł ją na śmierć. A sam żył sobie bardzo dobrze, zarabiał sporo pieniędzy na nielegalnym handlu, okradał ludzi i oszukiwał jak się dało. We wszystkim mu się wiodło, nawet ksiądz go poważał, i dożył dziewięćdziesięciu dwóch lat. Jak można mówić o sprawiedliwości?
Móri patrzył na niego poważnie.
– Rzeczywiście, nie ma w tym sprawiedliwości. Ale Dolg już chyba zaraz zaśnie. Myślę,, że wszyscy powinniśmy się położyć.
Wziął swego dzielnego syna na ręce, położył go i otulił dokładnie kocem. Delikatnie pogłaskał go po policzku. Przytomny Dolg pewnie by na to nie pozwolił, ale teraz był taki zmęczony, taki zmęczony, że nie reagował na nic.
Wokół dogasającego ogniska noc zrobiła się ciemna. pierwszy miał pełnić wartę jeden ze służących, ale był tak przerażony tym czymś nie znanym, co się koło nich kręciło, że kolega zdecydował się dotrzymać mu towarzystwa. Móri i Erling układali się powoli na spoczynek.
Dolg miał sen.
Śniło mu się, że drzwi powozu otworzyły się powoli – po tamtej stronie, żeby nikt przy ognisku nie zobaczył. Dolg jednak widział, bo akurat we śnie człowiek sam decyduje, co widzi.
Leżał między ojcem i Erlingiem otulony w swoją derkę.
Coś wysunęło się z powozu. Podskakiwało wolno, tak że wielkie czarne skrzydła, czy co to było, podnosiły się i opadały w jakiś makabryczny sposób. To coś, co musiało chyba być człowiekiem, przemknęło dokoła powozu w ten sam osobliwy, powolny sposób, tak że cała sylwetka kiwała się w przód i w tył.
Tato, chciał wołać Dolg, ale z jego gardła nie wydobywał się żaden dźwięk. Tato, tato, ratunku!
To straszne, że otwiera się usta do krzyku, a mimo to pozostaje się kompletnie niemym.
Dziwna postać przystanęła w cieniu pod drzewami. We śnie Dolg nie widział tych dwóch ludzi, którzy mieli czuwać przy ognisku. Jeden drzemał, a drugi siedział tyłem i niczego nie dostrzegał, ale we śnie chłopca i tak ich nie było. We śnie był on w lesie sam z powozem rysującym się ostro na tle nocnego nieba i tym czymś w cieniu pod drzewami.
Tato!
Niczego nie było słychać, niezależnie od tego, jak głośno starał się Dolg krzyczeć.
To był prawdziwy koszmar z rodzaju tych, z których człowiek nie może się wyrwać.
Ojcze!
Krzyczał jeszcze głośniej, bo teraz ta ohydna istota była oraz bliżej. Niebo pociemniało, powóz znalazł się w mroku, stwór pochylał się nad Dolgiem…
Móri ocknął się, bo jeden z wartowników przyczołgał się do niego i lekko dotknął jego ramienia.
Oczy służącego były wielkie jak talerzyki, wyglądało na to, że się śmiertelnie boi. Bez słowa wskazywał coś drżącą ręką.
Móri zrozumiał, że nie powinien wykonywać gwałtownych ruchów. Skierował wzrok tam, gdzie pokazywał służący, i oniemiał z przerażenia.
Duża czarna postać klęczała pochylona nad Dolgiem tak, że widać było tylko zgarbione plecy pod ciemnym okryciem. Zdawało się, że głowa napastnika znajduje się tuż przy gardle Dolga.
Móri najpierw był jak sparaliżowany, nie wiedział, co to jest ani co on sam powinien zrobić. Erling miał pistolet, Móri wiedział o tym, ale Erling spał po drugiej stronie Dolga. A poza tym pistolet? Czy tutaj by się na coś przydał?
– Nauczycielu – prosił w duchu. – Pomóż mi, powiedz, co to jest i co mam robić?
Odpowiedź natychmiast zabrzmiała w jego głowie. – Wampir. Czarna magia kardynała.
– Ale co robić?
– Obudź Dolga. Szafir.
Tak, Dolg miał szafirową kulę, ale jego koc zsunął się razem z woreczkiem i teraz szafir leżał po tamtej stronie chłopca. Móri nie zdoła do niego sięgnąć. A poza tym trzymał Nera, który jeszcze niczego nie zauważył.
– Dolg! Kula! – krzyknął. – Szybko!
Erling zerwał się z jękiem. Dolg obudził się dokładnie w tym momencie, gdy wampir zwrócił swoją makabryczną gębę w stronę Móriego i wściekłe parsknął. Móri zobaczył w mroku dwoje gorejących oczu i ogromne kły w twarzy, która do złudzenia przypominała pyszczek nietoperza.
Dolg szlochał ze strachu, ale Erling działał błyskawicznie. Chwycił woreczek z szafirem, wyjął z niego kulę i włożył ją w ręce chłopca, wszystko niemal jednym ruchem. Nero pomagał jak mógł oszalałym szczekaniem.
Kiedy Dolg poczuł w dłoni piękny, wypolerowany kamień, wstąpiła w niego odwaga. Chociaż może nie odwaga, raczej wola czynu.