Выбрать главу

– No, już, już – przemawiała do niego czule. – Teraz już wszystko będzie dobrze. Nigdy więcej nie wrócisz już do zamku. Cicho, cicho…

– Pozwólcie mi się zająć moim biednym dzieckiem – nieoczekiwanie prosiła baronowa, ale wystąpiła z tym jednak nieco za późno. Kiedy zbliżyła się do kanapy, Rafael cofnął się gwałtownie, jakby chciał uciekać. Krzyknął głośno i wybuchnął strasznym, rozdzierającym szlochem.

– Tak trzeba, Rafaelu – Móri pogłaskał go po głowie. – Płacz, właśnie tego ci teraz trzeba.

– Syn oficera nie płacze! – ryknął baron, po czym wszystko zagłuszył histeryczny płacz małego. Tulił się do Theresy i siedzącego przy niej Erlinga, jakby byli jego jedynym ratunkiem. Trząsł się i szlochał, rzucał się na barona Alberta i długo nie można było tego ataku histerii opanować.

– Jak ty się zachowujesz, smarkaczu? Ja cię zaraz nauczę – wrzeszczał baron.

Jego żona komentowała piskliwie:

– Co te okropne bachory zrobiły z moim posłusznym dzieckiem? One go zamordują!

– No, teraz to już naprawdę dość! – zwrócił się prefekt do gospodarzy. – Nie będę już dłużej wysłuchiwał waszych krzyków. Pozwólcie się chłopcu wypłakać, wiecie najlepiej, jakie są przyczyny jego załamania.

– Teraz wszyscy widzicie sami – zawodziła baronowa. – Sami widzicie, że on jest szalony, że kompletnie zwariował!

– Dziwne jest raczej, że do tego nie doszło – wtrącił Móri z goryczą. – Żołnierze, uciszcie tych dwoje, a ja dam chłopcu coś na uspokojenie.

Gwardziści Jego Cesarskiej Mości z wyraźną satysfakcją zajęli się małżonkami. Kiedy już ich znowu zakneblowali, Móri mógł skupić się wyłącznie na Rafaelu. Wszyscy zapewniali chłopca, że teraz jest już bezpieczny i nic złego stać mu się nie może. Danielle rozpłakała się również i nią zajęła się Taran z pomocą Erlinga.

Gdy nareszcie znów zapanował spokój, a Rafael spoczywał w ramionach Theresy, raz po raz tylko wstrząsany jeszcze szlochem, ale już uspokojony napojem, który przyrządził dla niego Móri, prefekt mógł kontynuować dochodzenie.

– Panie Etan, czy możemy nareszcie obejrzeć szkatułę?

– Chętnie. Ale proszę zachować ostrożność, ja osobiście wolałbym jej nie dotykać, znajdują się tam bowiem pułapki, które mogą sprawić, że naprawdę nigdy nie zajrzymy do środka.

Błyski w oczach barona Alberta świadczyły, że on tego właśnie życzyłby sobie najbardziej.

Bardzo delikatnie obracali w rękach płaską skrzyneczkę. Villemann, Taran i Rafael byli niesłychanie dumni, że dorośli pytają ich o radę. Nie wolno im było skrzynki dotykać, ale mogli proponować swoje rozwiązania.

Nic jednak nie wskazywało na to, by się posuwali do przodu.

Aż do chwili, gdy zastępca prefekta zauważył na jednym boku coś jakby maleńką zasuwkę.

– No to teraz się pewnie otworzy – powiedział Etan z ulgą i zdumieniem. – Tutaj, proszę to bardzo ostrożnie pociągnąć.

Wysunęła się cienka metalowa płytka, ale jeśli mieli nadzieję, że to już wystarczy, żeby skrzynkę otworzyć, to spotkało ich rozczarowanie. Całe misterium dopiero teraz się rozpoczynało.

Pod cienkim metalowym wieczkiem znajdowało się następne. Wieczko, które nie dawało się wysunąć, zresztą oni nie mieli odwagi nawet go dotknąć. Cała powierzchnia tej płyty pokryta była różnymi imionami pisanymi bez ładu i składu. Dawało się co prawda zauważyć pewną symetrię, ale wszystko razem pozbawione było sensu.

Każde imię wypisano na drewnianym pionku wmontowanym w metalową płytę. Sprawiało to wrażenie intarsji. Ponieważ całość była przykryta, drewno zachowało się bardzo dobrze i imiona pozostały czytelne, a to już przecież było coś.

– Co to za imiona? – spytał prefekt, który niezbyt dobrze widział.

– Na mnie robią one wrażenie hebrajskich, a może ormiańskich, jeśli pan woli. Ale co należy teraz zrobić? Od której strony zacząć, żeby nie popełnić błędu?

Villemann i Rafael wołali jeden przez drugiego:

– Duchy Tablicy! Czy są tam ich imiona?

Etan, który nauczył Villemanna tekstu tablic, pochylił się i sprawdzał.

– Owszem, jedno poznaję. Beal. Ale wśród całkiem mi nie znanych, naprawdę nie widzę w tym sensu.

Villemann, który uwielbiał zagadki, chciał się pochwalić swoją zdolnością do wyciągania wniosków.

– No dobrze, a gdyby ktoś przypadkowy chciał otworzyć skrzynkę, to co on by najpierw zrobił?

– Próbowałby jakoś poruszyć system. Naciskałby na poszczególne klawisze, czy jak to nazwać.

– No właśnie. A wtedy szkatułka się zamknie, być może na zawsze. Ale Rafael i ja…

– I ja – wtrąciła Taran. – Prawie.

– I ja – dodał Etan. – Bo to ja cię wszystkiego nauczyłem, Villemann.

– Wszystko dobrze – zgodził się Móri. – Tylko skąd będziecie wiedzieli, od czego zacząć? Pański syn opowiedział kiedyś, czego nauczył go dziadek?

Etan uśmiechnął się krzywo, jego mefistofelesowa twarz przybrała bardziej demoniczny wygląd niż zwykłe.

– Ja jednak umiem trochę więcej. Mój ojciec był ekscentrycznym człowiekiem, który studiował magię, a poza tym jego matka pochodziła z żydowskiego rodu. To od niej nauczył się też magii żydowskiej. Te wszystkie sprawy ja poznawałem w okresie dorastania. Kiedy więc mój mały synek mówił mi o Osiemnastej i o Pierwszej tablicy, natychmiast wiedziałem, jak one wyglądają, co mówi tekst i do czego ta tablica służy, to znaczy co może spowodować.

– Ale znaki, które pan rysował dzieciom, były strasznie kulfoniaste. Nie udało mi się odczytać tych bazgrołów.

– I wcale też nie było moim zamiarem, żeby ktoś to odczytywał, bo ich tutaj na skrzyneczce nie ma. Rzeczywiście bazgrałem, muszę to przyznać, ale miałem bardzo mało czasu. Chciałem tylko zaimponować pańskim czarującym dzieciom. Ale przerwaliśmy Villemannowi.

Chłopiec z przejęcia miał wypieki.

– Tak – powiedział. – Skoro my trzej znamy tekst, och, przepraszam, Taran, jest nas troje i pół, spróbujmy ustawić znajome imiona we właściwej kolejności…

– Świetnie, Villemann – pochwalił go Etan. – Ale co zrobimy potem? Będziemy naciskać wszystkie, czy też…?

– Nie, no teraz, to ja już nie mogę dłużej milczeć – wtrąciła Taran. – Jaki miałby być sens zatrzaskiwania szkatułki na zawsze? To by przecież była korzyść dla największego drania w tym dramacie. Nikt by się nigdy nie dowiedział, że to syn wuja Etana miał odziedziczyć cały majątek!

Patrzyli na nią ze zdziwieniem i uznaniem. Długo.

– Taran, jesteś małym geniuszem – rzekła Theresa. Z naciskiem na „mały”. – Masz oczywiście rację. Tu musi być coś więcej. Coś całkiem innego.

– Naturalnie, że dziewczynka ma rację – potwierdził Etan. – Gdzie my podzieliśmy rozumy?

Wciąż słychać było zdławiony bełkot zakneblowanego barona, który najwyraźniej miał już wszystkiego dość. Zebrani tłumaczyli sobie ten jego bełkot następująco: „Teraz zamknę tę skrzynkę na zawsze, bo to dla mnie najważniejsze”.

Etan krzyknął:

– Stop! Zrozumiałem, co zamierza…

Ale było za późno. Palce barona von Virneburg sięgnęły szkatułki i naciskały, gdzie się da.

Z przedniej części szkatułki wyleciało pióro i błyskawicznie wbiło się w udo barona niczym strzała. Zamiarem konstruktora było chyba, by trafiło wyżej i przez to dużo bardziej niebezpiecznie młodego Alberta. Tylko że teraz był on już dorosłym mężczyzną.

Rozpętał się prawdziwy chaos. Albert wył z bólu, baronowa wyła ze współczucia, a Móri i Etan próbowali pomóc rannemu. Bandaż, którym był zakneblowany, został znowu usunięty, nie wiadomo już który to raz, a Villemann miał zamiar usiąść na skrzyneczce, żeby jej ktoś nie ukradł, na szczęście Dolg w porę temu zapobiegł. Obaj chłopcy poprosili gwardzistów, by jej pilnowali, dopóki zamieszanie się nie skończy.