– Nigdzie nie pójdziemy, bo jeszcze nie doprowadziliśmy sprawy do końca – oświadczył prefekt i zebrani widzieli, że wymawia każde słowo z wielką przyjemnością. – Dwoje tutejszych służących, kobieta i mężczyzna, przyszli kiedyś do nas naskarżyć, jak bardzo źle baronostwo obchodzą się z dziećmi. I on, i ona zginęli potem w dziwnych wypadkach, na niego na przykład spadła belka w stodole, nie pamięta pan? A jak to było z tym chłopem, który odważył się czerpać wodę z pańskiej studni, znajdującej się na granicy z jego polem, z której to studni pan zresztą nie korzystał. Albo z urzędnikiem w ratuszu, który wykazał, że zagarnął pan więcej lasu, niż miał pan do tego prawo? I jeszcze chłopiec stajenny, którego pan omal nie zaćwiczył na śmierć dlatego, że nie chciał pozbawić życia konia. Właśnie w tym tygodniu przyszedł do mnie na skargę.
– Nie miał do tego żadnego prawa! I pan mu uwierzył? A koń przecież żyje!
– Tak, dlatego, że chłopiec go ukrył. A z tym koniem też jest problem, bo pan go sobie po prostu wziął jakiś czas temu od ojca tego chłopca…
– Naprawdę nie muszę tu siedzieć i wysłuchiwać jakichś bzdurnych oskarżeń. Miałem pełne prawo wziąć tego konia, bo wszystko, co należy do moich poddanych, jest moje.
– Głupstwa! Pański ojciec, baron Ernst, był szlachetnym człowiekiem, który dbało dobro swoich poddanych.
– Radykalne idee mojego ojca świadczyły o jego słabości.
– Nie wydaje mi się. A wracając jeszcze do tego chłopca. On się wychował z tym koniem i pragnął uratować mu życie. Czy za to należało go karać?
– Sentymentalny smarkacz!
– I dlatego dostał baty! Mamy jeszcze jedną nie wyjaśnioną sprawę.
– Nie, nie pozwalam!
Prefekt sprawiał wrażenie, że nie słyszy.
– Chodzi o pierwszego męża pańskiej drugiej żony, tej, która tu siedzi. My w Feldkirch wiemy, że spotykaliście się potajemnie za życia jej męża. I mąż zginął w wypadku, kiedy jego koń potknął się w parku na równej drodze. Ale znaleziono za drzewami ślady wskazujące, że ktoś tam w czasie wypadku leżał, znaleziono też resztki sznura przywiązanego do drzewa. Bardzo to wszystko niezdarnie zrobione, czy naprawdę był pan aż tak pewien bezkarności?
– Ależ, Albercie! – baronowa zrobiła wielkie oczy. – Tym razem to także byłeś ty? Nigdy mi nie mówiłeś.
– Zamknij się! – ryknął Albert, a potem z lodowatym spokojem zwrócił się do prefekta: – Nie ma pan żadnych dowodów, że to byłem ja. Zresztą mnie wtedy w ogóle nie było w domu, podróżowałem do Lichtensteinu, o!
– Tak jest – zgodził się prefekt. – Ale my wiemy, kto to zrobił za pana. Pański najbardziej zaufany człowiek, Claude. Byli świadkowie, którzy widzieli go tamtego wieczora w pobliżu miejsca zbrodni, ale nie łączyliśmy go z zamordowaniem człowieka, którego nie znał.
– Ale ja nie mam nic wspólnego…
– Mój Boże, to ty mnie aż tak kochałeś? – westchnęła baronowa wzruszona. – Chciałeś mnie uwolnić od tego ciężaru, jakim był dla mnie mój mąż! Pamiętam, że mówiłeś o tym, ale że zdecydowałeś się to zrobić? Żeby mnie dostać!
Baron – pułkownik rzucił się na nią z wściekłym krzykiem i próbował ją udusić. Baronowa wrzeszczała przerażona.
– No to wystarczy – zdecydował prefekt. – Żołnierze, brać ich oboje! Zabieramy też ze sobą Claude’a i mademoiselle.
Następnie prefekt uznał, że sprawa z baronem została ostatecznie zakończona, i zwrócił się do księżnej Theresy:
– Wasza Cesarska Wysokość… Moi państwo. Domyślam się, że nikt z państwa nie chciałby nocować w tym domu. Nasze małe miasteczko proponuje więc lokum w najlepszej swojej gospodzie na tę resztę nocy, jaka jeszcze nam została.
Wszyscy przyjęli jego propozycję z wdzięcznością.
Aresztanci zostali wyprowadzeni, służba księżnej pakowała to, co Rafael i Danielle chcieli ze sobą zabrać. I to wtedy Móri rzekł niepewnie:
– No, a co będzie z przyszłością tych dzieci? Nawet jeśli matka zostanie uwolniona, to i tak pewnie nie zechce się nimi zająć.
Erling siedział na kanapie ze śmiertelnie zmęczonym Rafaelem w objęciach, drugą ręką tulił do siebie Danielle.
– Baronowa nie zostanie uwolniona – wtrącił prefekt. Móri poszedł przynieść więcej ubrań dla dzieci, a Theresa stała zamyślona w salonie.
– Erlingu – powiedziała po chwili drżącym głosem. – Ja się właściwie przez cały czas zastanawiałam nad losem dzieci. I pomyślałam, żeby… wziąć je do siebie.
– Ja też bym je chętnie wziął – powiedział prawie bez tchu. – Czy moglibyśmy…, zrobić to wspólnie? Jeśli one by nas chciały. Czy moglibyśmy?
W oczach księżnej ukazały się łzy radości.
– Tak, mój przyjacielu. Jak najchętniej.
A więc wskazała mu drogę, teraz mógł już zapytać:
– Czy wyszłabyś za mnie, Thereso? Wiem, że stoję o wiele niżej od ciebie, ale…
Szeroki uśmiech rozpromienił jej twarz. Mój Boże, jakie znaczenie mają te głupie przesądy? A poza tym została przecież po części „odrzucona”. I Aurora wyszła za człowieka, który nie jest szlachcicem, a sądząc z jej listów, jest bardzo szczęśliwa. Dlaczego więc Theresa nie miałaby się odważyć?
– Z wielką radością, Erlingu!
Ich dłonie spotkały się w serdecznym i bardzo czułym uścisku.
Erling spojrzał na dwoje malców.
– Czy chcielibyście zamieszkać z księżną Theresą i ze mną? – zapytał przyjaźnie. – Zostać z nami już na zawsze, być naszymi dziećmi? Będziecie, oczywiście, mogli mieszkać z dziećmi Móriego, Dolgiem, Villemannem i Taran.
Blady uśmiech pojawił się na ślicznej twarzyczce Rafaela.
– Tak, ja chcę, bardzo dziękuję. A jak ty, Danielle?
– I ja też – szepnęła jego siostra. – Tak, dziękuję bardzo, ja też chcę.
Theresa i Erling uśmiechnęli się do siebie, po czym każde wzięło na ręce swoje na pół śpiące dziecko.
Następnego ranka w eleganckiej gospodzie w Feldkirch księżna przeżywała ciężką rozterkę i wyrzuty sumienia. Wszystkich pytała o radę.
– Co ja mam robić? Z całego serca chciałabym towarzyszyć tym malcom do Theresenhof, żeby być z nimi w ciągu pierwszych dni w nowym domu. A z drugiej strony serce mi się wyrywa, żeby jechać na ratunek mojej jedynej córce, którą w dzieciństwie tak bardzo skrzywdziłam. Nie chcę nikogo zawieść, a cokolwiek postanowię, to i tak będę miała wyrzuty sumienia.
Rozumieli ją bardzo dobrze. Zresztą Erling przeżywał mniej więcej to samo.
I wreszcie z pomocą księżnej przyszła Edith, pokojówka.
– Wasza wysokość może na mnie polegać, zawiozę dzieci do Theresenhof i poinformuję całą służbę, przez co te maleństwa przeszły. Zadbam, żeby zostały otoczone miłością i życzliwością, której tak im potrzeba. Wszyscy będą je kochać, wiem o tym. Proszę mi więc pozwolić wrócić z nimi do domu.
Całkiem nieoczekiwanie pomoc zaoferowały także dzieci. Wszyscy niemal widzieli aureolę świętego nad głową Villemanna, kiedy mówił:
– Taran i ja podjęliśmy decyzję. Wracamy do Theresenhof razem z Rafaelem i Danielle.
Taran kiwała głową z miną anioła.
– Bogu dzięki – mruknął Móri, a Erling musiał się uśmiechnąć widząc, jak wielką ulgę sprawiła przyjacielowi ta wiadomość.
– Świetnie! – cieszyła się Theresa. – Dziękuję wam wszystkim. Jestem pewna, że zgotujecie dzieciom naprawdę serdeczne powitanie. Ale musisz mieć męską eskortę, Edith. Siegbert z tobą pojedzie.
– Bernd – szepnęła nieśmiało Edith.
– Siegbert – upierała się Theresa niespokojna o opinię dziewczyny.
Służący odchrząknął i wystąpił krok naprzód:
– Gdyby wolno mi było się odważyć, wasza wysokość… Czy mógłbym pojechać do domu? Nie najlepiej się czuję na koniu, a mam dwa pistolety i na pewno potrafię obronić Edith i dzieci.