PRZEZ MORZE-ZAGADKĘ
„Witeź" już tydzień płynął na wschód.
Ocean znacznie się uspokoił. Prawie cały czas dęła średniej siły bryza, nie tamująca ruchu szonera.
Pitt kilkakrotnie miał poważne rozmowy z kapitanem, który pewnego razu, gdy „Witeź" już minął wejście do Białego Morza, rozpoczął nauczanie swoich marynarzy zapomnianej obecnie sztuki żaglowej.
Oprócz samego Norwega, długo pływającego na dwumasztowej szkucie, na żaglach dokładnie znali się rybak rosyjskiego Pomorza Michał Ryba i kaszubski szyper Mikołaj Skalny.
Załoga w pocie czoła pracowała, zmieniając halzy, rozwijając i podnosząc rejowe i gaflowe żagle oraz trójkątny kliwer nad bukszprytem, manewrując nimi i znowu strychując je i okrywając brezentem.
Majtkowie byli bardzo zdziwieni tymi manewrami, lecz sztorman po pierwszej próbie zwrócił się do nich z krótką mową:
– Kapitan Olaf Nilsen zamierza odbyć kilka dalekich północnych wypraw. Powinny one wzbogacić każdego z nas. Kto więc zechce pozostać wśród załogi „Witezia", powinien się nauczyć pływania pod żaglami, bo szoner może zawinąć do takiej części Lodowatego Oceanu, gdzie nie będzie mógł zaopatrzyć się w węgiel. Zresztą każda nauka zawsze się przyda, więc radzę sztukę żaglową posiąść. W obecnej pływance uciekać się do tego sposobu żeglowania nie wypadnie, lecz w następnych – kto wie?
Załoga nie protestowała i gdy pewnego razu – mając w oddali z prawej burty niejasne, czarne zarysy wyspy Kołgujew, odcinającej się od bladego północnego nieba – rozległa się komenda z mostku:
„Stop!", a po niej następna: „Hys!" – majtkowie tak sprawnie wdrapali się na marsy masztów, rozwinęli żagle i zaczęli garować reje, nastawiając je podług wiatru, że nawet milczący Olaf Nilsen zatarł ręce i mruknął:
– Stare czasy się przypominają, gdy człek znał tylko żagle i brał wiatr z każdej strony, z której chciał!
Najbardziej starannym uczniem Olafa Nilsena był Pitt Hardful, który w ciągu dwu ryz na morzu polarnym poznał się na żaglowej pływance, umiejąc nie tylko wydawać rozkazy, lecz stawiać żagle i manewrować nimi z masztów oraz z pokładu.
Dla załogi praca nad żaglami była poniekąd rozrywką i ratunkiem od nudy i rozdrażnienia, towarzyszących północnym wyprawom.
Martwe, prawie zupełnie pustynne morze, bezbarwne niebo, mgła i nigdy nie gasnący dzień, gdyż o tej porze roku zorza zachodu przechodziła w zorzę wschodzącego słońca -wszystko to wyprowadzało ludzi z równowagi, budziło trwogę i nużyło niewymownie.
Białe noce nie przynosiły wypoczynku i ukojenia. Wpadający w stan odrętwienia ludzie co chwila się budzili i zrywali na równe nogi, gdyż podrażnione zmysły oszukiwały ich nieistniejącymi dźwiękami, słowami komendy, strzałami dochodzącymi spoza burty lub z pokładu szonera.
– Gdybym popłynął raz jeszcze po tym bladym morzu i pod jeszcze bledszym niebem, zmuszony leczyć załogę – zabrałbym z sobą całą beczkę bromu i waleriany – mówił żartobliwie felczer Walicki. – Stajemy się histerycznymi starymi pannami. Dobrze zrobiłby nam teraz spory kubek mocnej wódki, sztormanie!
Myślał o tym i Olaf Nilsen, lecz miał pewne skrupuły.
– Jutro wejdziemy do Karskiego Morza – oznajmił w biesiadni, zwracając się do załogi, spożywającej kolację. – Na wschodzie widzę już grupę Wysp Suchanina. Trzeba się mieć na baczności, bo miejsce marne, pełne raf. Chcę przejść przez Karską Cieśninę. Sądzę, że nie spotkamy tam lodu…
Wyspy Suchanina, leżące cokolwiek na północ od cieśniny, dały załodze trochę nowych rozrywek i niespodzianek.
Ujrzeli bowiem skały niby śniegiem pokryte, lecz nie mógł to być śnieg, gdyż temperatura ani razu nie spadła niżej pięciu stopni ciepła.
Majtkowie gubili się w domysłach. Nie umiał też i Pitt wytłumaczyć tego zjawiska. Lecz Olaf Nilsen kazał przynieść karabin i wystrzelił.
Śnieg od razu stopniał i podniósł się w powietrze w postaci białej chmury różnego ptactwa wodnego. Były to gagary, nurki i różne mewy. Inna armia ześlizgnąwszy się ze skal, okryła morze kołyszącą się płachtą na dużej przestrzeni. Nilsen dawał tym prawie pozbawionym skrzydeł stworzeniom różne nazwy. Wymieniał alki, gagarki, kajry i lodowe ptaki, wskazując ręką na morze, w które wpadały z „ptasich" gór coraz nowe stada.
Skały wysp były pokryte grubą warstwą guana, tego potężnego i drogiego naturalnego nawozu, leżącego odłogiem na wszystkich niemal wyspach i nowo odkrytych lądach arktycznej sfery.
Przejście przez Karską Cieśninę było, jak się spodziewał kapitan, wolne od lodu, nagromadzającego się tu w innej porze roku.
O wschodzie słońca przesunęły się z obu stron „Witezia" brzegi Nowej Ziemi, i morze stanęło otworem przed zuchwałym szonerem.
Jednak w kilka godzin później zjawiła się kra i temperatura nagle spadła do zera.
– Zbliżamy się do pól lodowych – mruknął Pitt.
– W każdym razie spotkamy większą ilość pływającego lodu – odpowiedział Nilsen, i jakby na potwierdzenie jego słów błysnęła na horyzoncie biała, skrząca linia.
Tafle wyżartego przez wodę lodu, całe zwały potrzaskanego, skrzepłego miału lodowego płynęły na spotkanie „Witezia", który z głuchym trzaskiem i sykiem rozbijał je i kruszył bez trudu, zręcznie wymijając większe masy lodu.
– Na wszelki wypadek zmienię kurs – rzekł Nilsen i zakomenderował Stefanowi Sanickiemu, stojącemu przy sztorwale:
– Rudel na południe! Rudel na południo-wschód! „Witeź" w ciągu kilku dni umykał przed płynącymi zbitymi i spojonymi z sobą taflami lodu, przeszedł w pobliżu półwyspu Jamał oraz wysp Białej i Wilkickiego, a w kilkanaście godzin po ominięciu czarnego spychu Wyspy Diksona zaczął ostrożnie i powoli, rzucając sondę do mierzenia głębokości, sunąć pomiędzy niskimi brzegami lądu a niezliczonymi wysepkami Kamienistego Archipelagu. Nareszcie Nilsen kazał rzucić kotwicę w głębokiej zatoce, do której wpadała rzeka Piasina, wnosząca do morza szerokie pasmo mętnej, brunatnej wody.
– Szesnaście dni zabrała nam ta pływanka! – zawołał Pitt. – Nie możemy tu długo popasać, bo ogarnęłyby nas lodowe pola, gdy zerwie się północno-wschodnia dmą!
– Popasać tu długo nie będziemy! – mruknął Nilsen. – Prędko się załatwimy…
Od brzegu, otoczonego pasem przymarzniętego lub wyrzuconego na strąd lodu, rozbijanego i łamanego przez szeleję, odpłynęło kilka łodzi.
Z burty rzucono przybywającym drabinki sznurowe i wkrótce na deku zaroiło się od tubylców. Byli to Samojedzi, koczujący na brzegach Tajmyrskiego Półwyspu i przylegającej tundry.
Tubylcy mieli radosny uśmiech, tak dziwny na ich wyniszczonych, zbiedzonych twarzach.
Jeden z Samojedów mówił łamaną rosyjską mową, objaśniając, że już od trzech lat żaden kupiec do nich nie zaglądał, a wysłani z koczowisk ludzie jeździli saniami, ciągnionymi przez psy, do osad położonych nad rzeką Jenisej.
– Żadnych towarów tam jednak nie znaleźli, chociaż dla wymiany zabrali z sobą kilka sorok futer białych i niebieskich lisów i dwa tysiące skórek najlepszych popielic – opowiadał rybak. – W osadach w najbogatszych domach panuje głód, nędza i śmierć. Co robić?! Na naszych koczowiskach od dawna nie mamy bawełnianych tkanin na koszule; nasze kobiety płaczą, bo zabrakło im igieł i nici, i znowu, jak w dawne, dawne czasy, są zmuszone posługiwać się igłami z ości rybich i nićmi z żył reniferów i fok. Biały Duch, gdy przyjdzie zima i noc, tchnie na nas śmiercią, bo rybacy nie posiadają żelaza na harpuny i haki ani sznurów na sieci; myśliwi wystrzelali już zapasy prochu i ołowiu. Ludność wyczerpała herbatę, cukier, tabakę, -zapałki. O ognistej wodzie nawet marzyć nikt nie śmie. Niech dobrzy biali ludzie dadzą biednym rybakom chociaż jedną flaszkę ognistej wody! Zapłacimy hojnie kłami morsów, skórkami białych lisów, ba, nawet czarnych.