Może nawet święci tak wyglądali, albo nawet apostołowie Chrystusa… – z trwogą i rozrzewnieniem nieraz myślał Norweg.
Majtkowie „Witezia", przyglądający się podejrzliwie nowemu sztormanowi, ujrzeli w nim wkrótce silę wrogą, a przynajmniej obcą. Nie mogli bowiem ci ciemni ludzie, nieraz w życiu dopuszczający się różnych, często krwawych zbrodni, zrozumieć wysiłku Pitta w kierunku wprowadzenia swoich nowych towarzyszy na drogę uczciwego życia, o którym tak marzył i którego pragnął.
Zaczęli go wkrótce nienawidzieć, ukrywając to w strachu przed kapitanem. Stało się to wtedy, gdy zauważyli niezawodny wpływ sztormana na Nilsena… Groziło to tym ludziom nowymi powikłaniami życiowymi. Olaf Nilsen mógł porzucić raz na zawsze dawny półkaperski, półprzemytniczy proceder, dający tak świetne zyski całej bandzie, mógł stać się zwykłym szyprem handlowego statku, a wtedy trzeba byłoby każdemu z ludzi załogi wylegitymować się, stanąć w szeregu zwykłych, prawem nie ściganych obywateli tego lub innego kraju. Tymczasem ciemna przeszłość marynarzy „Witezia" nie rokowała po temu żadnej nadziei. Dla nich na całej kuli ziemskiej nie było bardziej bezpiecznego miejsca nad dek „Witezia", na krótki czas wchodzącego do portów, a na długo znikającego w pustyni oceanu i rzadko odwiedzanych mórz.
Z powrotem Olafa Nilsena do życia „białych" szyprów byliby porzuceni na laskę losu, a prawo karne niezawodnie nałożyłoby na nich swoją surową dłoń. Majaczyły przed oczami tych wilków i panter morskich mroczne mury i kraty więzienne, a czasami w nocy ci nieznani zbrodniarze miotać się zaczynali, gdy w sennej marze wypływały przed nimi ohydne zarysy szubienicy. Rozumieli, że mogli istnieć bezkarnie pływając od dowództwem „czarnych" kapitanów, których już coraz mniej spotkać teraz można na wodach nawet dalekich północnych i południowych oceanów.
Pitt zamierzał odebrać im tę ostatnią deskę ocalenia, pragnął przekształcić Olafa Nilsena w „białego" szypra, więc nienawidzieć zaczęli nowego sztormana.
Nienawiść ich podsycała też obawa, że Nilsen, porzuciwszy dawny niebezpieczny i niewyraźny proceder półhandlarza, półpirata, zechce urządzić życie na brzegu i założyć własne gniazdo rodzinne, wprowadzając doń Elzę.
Elza!… Ciemne jak noc burzliwa serca bosmana i jego czeladzi nie znały miłości. Miotały nimi inne uczucia, dzikie instynkty i żądze. Nie rozumieli, dlaczego Olaf Nilsen, mając na pokładzie młodą i piękną kobietę, za którą nikt się ująć nie może, pozwolił jej ukrywać się pod postacią zwykłego marynarza, dlaczego oszczędzał ją i otaczał szacunkiem, niemal ubóstwieniem.
Obecność kobiety drażniła tych silnych, młodych i zdrowych jak dęby ludzi. Nieraz zrywała się żądza i chęć gwałtu, lecz wyrastała postać Olafa Nilsena, groźna w swej sile i Otoczona postrachem, odziedziczonym po przodkach Norwega – wojownikach, zwycięskich wikingach, a być może jeszcze po innych – czarownikach i krwawych najeźdźcach, których krew wlała mu w żyły matka, Mongołka z Karelii.
Pod surowym spojrzeniem czarnych, skośnych oczu kapitana odchodzili dzicy majtkowie skuleni-jak pobite psy, warcząc z cicha.
Tymczasem w kajutach obydwóch kasztelów zaszły wielkie zmiany.
Polacy, ludzie bywali i kulturalni, od razu się rozejrzeli dokładnie i zrozumieli, że mało będą mieli wspólnego z załogą „Witezia".
Michał Ryba, który na razie lgnął do nowo zaciągniętych ciurów, gdyż mógł rozmawiać z nimi w swojej ojczystej mowie, wkrótce odkrył przed Polakami swoją duszę, co zwykle czynią Rosjanie. Jednak dusza ta była mroczna, ponura, pełna dzikich porywów i żądz, więc Polacy natychmiast ujrzeli w niej przepaściste bagno, w którym się zrodził bolszewizm z jego krwawymi rządami.
Nic nie mogli mieć wspólnego z dzikim bosmanem synowie narodu, który odczuwał na sobie od wieków brzemię posłannictwa, słysząc w duszy swojej brzmiące hasło wolności i pokoju dla ludzkości całej.
Inni przypadkowi towarzysze byli ludźmi tegoż rodzaju co bosman, z wyjątkiem Udo Ikonena, niezawodnie wyrzutka cichego, pracowitego i wytrwałego społeczeństwa fińskiego. Był to zbrodniarz z krwi i kości, kierowany poziomymi namiętnościami, złośliwy, mściwy, drapieżny.
Inaczej było z Mikołajem Skalnym.
Olbrzym był milczący jak głaz; zdawało się, że spał i że we śnie dokonywał swych czynności, sprawny jak automat i jak maszyna bezmyślny.
Twarde życie na jałowych piachach wybrzeża najbiedniejszego w ryby Morza Bałtyckiego i ciężka ręka obcego narodu, rządząca prastarym szczepem słowiańskim, wytworzyły i ukształtowały charakter Kaszubów. W ludziach nie pokładali oni nadziei, tylko w Bogu. Toteż we wszystkim widzieli Kaszubi dopust Boży i błagali Twórcę i Syna Jego o przebaczenie, łaskę i pomoc.
Marynarze z czeladzi „Witezia" nieraz drwili sobie z olbrzymiego, ponurego mechanika okrętowego, gdy udając się na spoczynek lub czując nadchodzący szturm, korzył się przed małym obrazkiem Matki Bożej i bił się w pierś potężnymi, do miotów kowalskich podobnymi pięściami, aż dudniło w kajucie.
Mikołaj Skalny był rad Polakom. Nie znał nikogo z tych dalekich, oderwanych rodaków, lecz mowę przechował wspólną, zrozumiałą, chociaż pełną obcych zwrotów i germańskich słów. Czuł Kaszub w Wielkopolanach pobramatymczą krew, i przywiązał się do nich.
Szczególnie polubił Mariana Rynkę, bo miał dla niego szacunek zawodowy. Rozumiał bowiem mechanik-samouk, że w Rynce, którego koledzy nazywali inżynierem, spotkał bardzo uczonego człowieka. Naradzał się z nim, uczył się od niego, rozmawiał z nim przy każdej sposobności, a wpadł w zachwyt, gdy Rynka wykombinował taki prosty i dobry sposób naprawy złamanego steru. Dla prostodusznego Kaszuba, z podrzędnego ślusarza zaawansowanego na mechanika okrętowego, noszącego podwójne galony na rękawach marynarki, było to szczytem genialności.
Polacy widzieli, że długi pobyt wśród dzikich i ciemnych ludzi, stanowiących załogę szonera, oderwanie się od rodziny i ojczyzny, którą mechanik porzucił młodzieńcem, wycisnęły już swe ślady w dość pierwotnej naturze olbrzyma z piaszczystego, słowiańskiego wybrzeża Bałtyku. Ślady te nowi koledzy widzieli na każdym kroku, lecz zrozumieli od razu, że jest to zbłąkany człowiek, obcy środowisku, w które rzucił go los włóczęgi-marynarza. Nie odtrącili go więc od siebie, jak się to mimo woli stało z innym Słowianinem -Rosjaninem.
Starali się Polacy przy każdej sposobności zaciągnąć Kaszuba do swej kajuty, opowiadali mu o Polsce i o tym, co się działo obecnie we wspólnej ojczyźnie, miotającej się w wirze walki o wolność, o czym dochodziły ich jeszcze na Murmanie wieści niejasne.
Mikołaj Skalny słuchał uważnie i ważył wszystko w swojej sennej głowie. Nie znać jednak było na nim żadnego wzruszenia.
– Kamień – nie człowiek z tego Skalnego! – oburzał się nieraz niecierpliwy, bo najmłodszy Sanicki. – Słowa odskakują od niego jak groch od ściany!
– Zaczekajcie! – uspokajał go rozważny Rynka. – Obudzi się kiedyś, i to jak się obudzi! Zobaczycie!
Stało się to prędzej, niż ktokolwiek z Polaków mógł przewidzieć.
Pewnego razu w kasztelu Sanicki, posiadający silny głos, zaczął śpiewać piosenki ludowe, inni wtórowali mu, tworząc dość niedobrany chór. Skalny bardzo się ucieszył z tej nowej rozrywki, śmiał się, oczy mu błyszczały. Nareszcie Polacy odśpiewali „Boże, coś Polskę", a pieśń ta na obczyźnie, wśród spienionych fal Oceanu Lodowatego brzmiała jak modlitwa, szczera i gorąca.
Wszyscy byli przejęci tym uczuciem i nikt nie zwracał uwagi na Kaszuba. Gdy jednak po skończonych śpiewach obejrzeli się na niego – wszyscy zdumieli.
Ogromny, niby z głazu wyciosany marynarz siedział z twarzą ukrytą w dłoniach. Potworne ramiona drgały mu, a przez kurczowo zaciśnięte palce padały łzy.