Выбрать главу

– Tę pieśń śpiewano u nas… na wsi… w kościele… do Boga-rodzicielki… – mówił urywanym głosem. – Matula śpiewała… siostra… i jasnowłosa Aniela… córka sąsiada rybaka śpiewała… Cóż to jest? Powiedzcie, drodzy moi… Tyle lat minęło… tyle… a przecież… wypłynęło skądś, z głębiny…

Skalny łkał, i długo nie mógł się uspokoić.

Gdy nareszcie otarł łzy i spojrzał na nowych towarzyszy rozczulonym, miękkim wzrokiem, zbliżył się niego Rynka i ścisnąwszy mocno dłoń olbrzyma, szepnął:

Teraz wy nasz, Polak… Już wy do nich nie wrócicie!

Istotnie Mikołaj Skalny duszą nie wrócił już do czeladni starej załogi.

Gdy się dowiedział o przygotowywanym przez Udo Ikonena buncie, tak wykombinował, że Polacy byli uzbrojeni i w chwili uwięzienia na tylnym kasztelu wszyscy byli zebrani razem; nikt z nich nie pozostał ani na mostku przy sztorwale, ani w hali maszynowej. Przy maszynie Skalny odprawiał tego dnia warugę sam.

Nadsłuchiwał uważnie i od czasu do czasu wyglądał na pokład.

Ujrzawszy, że wszystko skończone, zatrzymał maszynę, wrzucił na palenisko kotłów węgiel, tylnymi schodkami wyszedł na rufę i otworzył drzwi od kabiny Polaków.

– Czekajcie mego sygnału – szepnął do nich – i bądźcie gotowi! Zjawił się na deku i stanął przed Ikonenem, który widząc starego towarzysza, nie zdziwił się bynajmniej.

– Skończymy z Nilsenem niebawem – mruknął Fin. – Zmusimy go tylko przedtem do gadania, bo hardy jest. Podpieczemy go trochę, a wyśpiewa wszystko…

Skalny obejrzał cały dek. Rewolwery leżały porzucone na stopniach mostku. Bosman i Christiansen już zdejmowali pokrywę rumu.

– Kto stoi przy sztorwale? – zapytał mechanik.

– Stałem ja, lecz gdy rozpoczęliście napad, zamocowałem go na martwą ryzę i zbiegiem na dół. Odchylimy się trochę od kursu, ale gdy skończymy z Nilsenem, wyrównamy później, towarzyszu!

– Pewno, że wyrównamy! – potwierdził Ikonen.

– Nie wy będziecie wyrównywali… – jakimś dziwnym śmiechem zaśmiał się Skalny. Udo Ikonen i Christiansen podnieśli głowy i patrzyli na olbrzyma.

Ten nic nie mówiąc zgarnął wszystkie rewolwery i wrzucił do morza. Mechanik myślał i działał powolnie, więc upłynęło kilka chwil, nim zbliżył się do niedawnych towarzyszy i głuchym głosem mruknął:

– Wołajcie na tamtych, którzy włażą do rumu, i co pary w nogach i rękach zwolnijcie kapitana. N-no!

– Zdrada! – wrzasnął Ikonen. – Chłopcy, do mnie! Bij!

– Zaczekam, aż wszyscy się zbierzecie do kupy – rzekł Skalny i wyprostował szerokie bary.

Wkrótce przed Kaszubem stanęło czterech majtków gotowych do walki. Mechanik nagle przybladł i mruknął:

– Odwiążcie i zwolnijcie kapitana, draby, a śpieszcie się, bo gdy się rozgniewam, łby wam pourywam i na tym się wszystko skończy, a szkoda – bo zasługujecie na coś innego… No, żywo!

Banda rzuciła się na Skalnego.

Zdawało się, że zgraja wściekłych wilków z wyciem i zgrzytem zębów opadła niedźwiedzia. Nie zdążyli nawet zadać mu jednego ciosu ani odskoczyć od niego, gdy w powietrzu mignęły mocarne ramiona Kaszuba i zmiotły wszystko, co miały przed sobą.

Padł ze strzaskanymi żebrami i złamaną ręką Udo Ikonen, leżał oddając krew ustami

Hadejnen, ugodzony pięścią w pierś. Bosman i Christiansen zmykali do czeladni, podnosząc ręce do góry i wołając o miłosierdzie.

Mikołaj Skalny nigdy nie przyjmował udziału w bójkach po szynkach, bo się upijał od razu po wyjściu na brzeg i spal jak kamień. Zresztą był usposobienia cichego, nie lubił gwałtownych ruchów i krzyku, bo to zmuszało go do czynów nie wchodzących w zakres jego obowiązków okrętowych.

Teraz czeladź „Witezia" po raz pierwszy przekonała się, czego może dokonać ten siłacz, łamiący podkowy i rozrywający blachę jak starą gazetę.

Skalny obejrzał się, czy nie ma jeszcze jakiego przeciwnika, i gwizdnął. Z rufy wybiegli Polacy z bronią w ręku.

– Towarzysze! – rzekł Kaszub. – Wyciągnijcie za łby z forkasztelu Rybę i Christiansena, zwiążcie im ręce i przyprowadźcie tu…

Polacy kopnęli się ku czeladni, tylko Walicki pozostał i zaczął oglądać leżącego na pokładzie Pitta.

– O psiakrew! – zawołał. – Przedziurawili ci bandyci sztormanowi pierś i zranili lewe udo… Ciężka rana, bo płuco przebite…

Tymczasem od dzioba „Witezia" rozległy się krzyki, przekleństwa bosmana i Christiansena, a po nich drwiący głos Ludy:

– Oj, cicho, owieczki, bo wpakuję kulkę za ucho! Nie wyskrobiecie jej potem, juchy! No, tak. Dobrze! I po co tyle hałasu z powodu takiego drobiazgu? Teraz marsz, naprzód!

– Wszyscy znowu jesteśmy w kupie! – zaśmiał się Sanicki, podprowadzając związanych jeńców.

Olaf Nilsen, zwolniony przez Skalnego, siedział na zwiniętej cumie, blady i ponury.

– Podług obyczaju morskiego na pokładzie swego okrętu jestem sędzią, mającym prawo kary śmierci – rzekł głuchym głosem. – Ikonen oskarżał mnie o to, że byłem piratem, a więc dobrze! Kapitanów-rozbójników morskich nazywano „death-masterami". Będę nim, jeżeli zajdzie potrzeba. Teraz zaś zamierzam sądzić. Związać podsądnych Udo Ikonena i Hadejnena i postawić ich przede mną razem z innymi buntownikami.

Gdy czterech majtków starej załogi stanęło przed groźnym obliczem kapitana, Nilsen uważnie przyjrzał się każdemu z osobna i spytał:

– A gdzie jest ten żółty wąż – Tun-Lee? Nikt go jednak nie widział. Nie znaleziono go ani w kambuzie, ani przy kotłach.

– Nie ucieknie! – mruknął zdumiony kapitan. – Znajdziemy go później! Odetchnął ciężko i ocierając pot z czoła, rzekł:

– Czy macie mi jeszcze co innego do zarzucenia oprócz tego, com wysłuchał od was po zdradzieckiej, tchórzliwej salwie do mnie i sztormana?

Związani marynarze milczeli.

– Rozumiem tedy, że wypowiedzieliście wszystko, ja zaś. zarzuciłem kłam waszym oskarżeniom. Przyczyny dla buntu nie było. Usprawiedliwienia dla was nie ma. Brońcie się, jeżeli możecie. Słucham was!

– Kapitanie! – jąkając się i drżąc zaczął mówić bosman. – Ja nie myślałem o buncie. To Ikonen nas podburzał, a przedtem z nim razem Mito… Mito, którego zmyła fala…

– Nie fala, lecz ja go wrzuciłem do morza! – poprawił Nilsen.

– Ikonen rozpoczął bunt, on strzelił trzy razy do was, kapitanie, i do sztormana. My strzelaliśmy w powietrze… My rozlewu krwi nie chcieliśmy… – mówił żałosnym głosem

Ryba.

– Lecz do buntu przymknęliście? – spytał kapitan, marszcząc brwi.

– Przymknęliśmy! – odparli, spuszczając głowy.

– Co powiesz ty. Udo Ikonen? – rzucił Nilsen pytanie, nie patrząc na Fina. Ikonen stał, zacisnąwszy zęby.

– Przyznajesz się do winy? – padło nowe pytanie.

– Żałuję, że kula tylko zadrasnęła ciebie, Olafie Nilsen, a nie ugrzęzła ci pośrodku czoła! -warknął.

– Tak! – zawołał krotochwilny Luda. – Nieodżałowana pomyłka, która z pewnością drogo będzie kosztowała zacnego pana Ikonena. Ha, trudno! Nie można być nieomylnym. Niech to pana pocieszy…

– Stawiam pytania obecnym! – przerwał mu Nilsen. – Pierwsze: czy fakt buntu został dowiedziony?

– Tak! – odezwali się marynarze.

– Drugie pytanie: czy Ikonen był hersztem tej bandy?

– Był! – odpowiedzieli Polacy i Kaszub Skalny.

– Ogłaszam wyrok! – rzekł podnosząc się Olaf Nilsen. Bunt na okręcie, szczególnie podczas ciężkiej pływanki i wszczęty w celach wyłącznie rabunkowych, zna tylko jedną karę – śmierć przez powieszenie. Skazuję na śmierć Udo Ikonena, Michała Rybę, Alena Hadejnena, Hugo Christiansena i Chińczyka Tun-Lee.

– Kapitanie! Kapitanie! – zawołał padając na kolana bosman. – Miłosierdzia!