Gdy stawał przed Lowem, zaczynały pałać gorącym ogniem czarne jego oczy. Lowe patrzał na groźnego kapitana jasnym, tęsknym wzrokiem kobiety, umęczonej przez życie, takiej samotnej, że wołała ukryć się przed samą sobą i ludźmi zmieszawszy się w przebraniu z tłumem mężczyzn, którzy mają ten przywilej, że sami sobie tworzą byt i jego formy.
Olaf Nilsen szukał wtedy w głębi jasnych, szeroko otwartych źrenic Elzy chociażby iskry uczucia i przyjaźni dla siebie, lecz kobieta wyczuwała miotające tym silnym mężczyzną myśli i pozostawała spokojną, zimną chwilami nawet, przygotowaną do zaciekłej, rozpaczliwej walki.
Kapitan spuszczał wtedy oczy, mocno zaciskał usta i rzucając Lowemu jakiś zwykły rozkaz, odchodził zawstydzony, zgnębiony, na nowe męki i zmagania się z samym sobą.
Jakieś błyski nadziei spostrzegał nieraz w mroku tak ciężko układającego się dla niego życia, lecz i ta słaba pociecha została mu odebrana. Usłyszał z ust nieprzytomnej Elzy słowa uwielbienia i miłości dla innego człowieka, nie dla siebie. Dzika wściekłość ogarnęła go.
– Zabić tego uczonego, tak zawsze spokojnego i obojętnego sztormana, w burzliwą noc pchnąć go za burtę – i koniec! – doradzały złe głosy – Nikt nie spostrzeże, a wszystko pójdzie inaczej!
W tej chwili stawała przed Nilsenem Elza i Norweg widział wyraźnie jej jasne oczy.
Miotał się, szamotał ze swymi myślami, lecz przyszły nowe wypadki. Sztorman wyrwał śmierci Elzę, uratował kapitanowi życie, uprzedziwszy o buncie i uniemożliwiwszy wybuch w jego kajucie, został niebezpiecznie ranny w obronie kapitana i okrętu.
Może Pitt Hardful umrze… – mignęła Nilsenowi myśl.
Serce zaczęło bić gwałtownie w piersi kapitana. Norweg podniósł głowę i już skądś z daleka miała nadpłynąć radosna nadzieja, gdy nagle oczy Nilsena zgasły, głowa opadła na pierś i smutek napełnił duszę.
– Dlaczego pragniesz śmierci sztormana? – szepnęło sumienie. – Uczciwie bronił ciebie, jak przyjaciel, nauczył cię być białym szyprem, wskazał ci drogę ku bogactwu, poszanowaniu u ludzi! Niczym przed tobą nie zawinił… Na Elzę patrzy jak na zwykłego marynarza z czeladzi okrętowej… Cóż on ci złego uczynił? Odpowiedz, Olafie Nilsen!
Kapitan odpowiedział nie słowami, lecz czynem: posłał Ottona Lowego, aby doglądał rannego sztormana, i obiecał felczerowi hojną nagrodę za uratowanie chorego. Więcej nic już nie mógł uczynić Olaf Nilsen.
Myślał teraz nad tym, że wszystko tak nagle się zmieniło w jego życiu. Ludzie ciągle zagrażający jego wymarzonemu szczęściu z Elzą zniknęli na zawsze lub wkrótce opuszczą statek. Nowa załoga, złożona z całkiem innych osobników, nie była groźna dla Norwega, bo rozumiał, że inaczej patrzą na kobiety, niż zdziczała w portowych spelunkach i podczas niebezpiecznych pływanek dawna załoga „Witezia". Pozostawał wprawdzie Pitt Hardful. Olaf Nilsen miał jednak nadzieję, że sztorman nie stanie mu na drodze.
Elza, zdaje się, kocha Pitta, lecz on nie spostrzega jej zupełnie. Jest on obcym dla nas człowiekiem z nie znanego nam świata. Jakieś wypadki, jemu tylko jednemu wiadome zamiary i myśli przyprowadziły go na dek „Witezia". Ale dusza sztormana pozostaje daleka dla nas i niedościgniona. Jasny to człowiek i poprowadził nas wszystkich bez trudu i walki na inne drogi. Kto wie? Gdyby nie Udo Ikonen, być może życie nasze zmieniłoby się zupełnie… Czym jest dla Pitta Elza? Prostaczką, żoną rybaka z Lofotów, bezdomną kobietą. Czym potrafi zmusić Pitta, aby spojrzał na nią uważnie? Czym mogłaby przywiązać jego serce do siebie? Nie! Nie! Tego nie będzie! Tego być nie może! Wszystko jest więc bardzo dobrze… bardzo…
A tymczasem nie odczuwał Olaf Nilsen radości w sercu. Przeciwnie – cichy smutek coraz bardziej ogarniał go. Nadzieja już nigdy nie opromieniała duszy kapitana, ale uciszyły się też i zapadły w jakąś otchłań wszelkie trwogi, wybuchy nienawiści i zazdrości, burze miotające duszą i sercem marynarza. Zmienił się do niepoznania, co też Polacy-majtkowie od razu spostrzegli i gubili się w domysłach, patrząc na łagodną, wychudłą twarz kapitana i jego tęskne oczy.
Dzielny, wspaniały szyper „Witezia" sam tego nie rozumiejąc wyczuwał zbliżanie się ważnych wypadków, które mogły albo opromienić jego życie, albo pogrążyć go na zawsze w rozpaczy.
– Oby tylko jak najprędzej dopłynąć do Londynu! – mówił w kajucie do towarzyszy Rynka. – Tam się może wszystko wyjaśnić, no i my coś z sobą zrobimy nareszcie.
– Porzucicie „Witezia", inżynierze? – pytali go Polacy. Rynka się zamyślił i cichym głosem odpowiedział:
– Nie wiem jeszcze, co z sobą uczynię… Będzie to zależało od tego, co tu zajdzie na statku… Gdyby wszystko- szło zwykłym trybem, pozostałbym na szonerze, bo cóż my, biedacy, zrobimy w naszym kraju? Ludzi tam dużo, a pracy – tymczasem mało. Tacy żebracy, jak my, spadniemy na karki krewnym i znajomym, będziemy poszukiwali zarobku, a nie znajdując go, zaczniemy pić gorycz niepowodzenia, uskarżać się, zazdrościć i nienawidzieć wszystkich i wszystko! Tymczasem tu po kilku ryzach zrobimy duże oszczędności i powróciwszy z nimi do ojczyzny, weźmiemy się do pracy…
– No, to i chwała Bogu! – zawołał Luda. – My też postanowiliśmy podpisać nowy akord z kapitanem. Skoro wy nie odejdziecie – raźniej nam będzie!… Gdyby tak jeszcze sztorman się wylizał z ran – święte mielibyśmy życie na „Witeziu"! Przy tych słowach wszystkie oczy zwróciły się ku Walickiemu. Wesoły zwykle felczer siedział jednak milczący i smutny.
– Nic jeszcze nie wiem! – mruknął. – Zrobiłem wszystko, jak umiałem i potrafiłem najlepiej, lecz sztorman wciąż gorączkuje, ciągle traci przytomność…
Marynarze z niepokojem wpatrywali się w mówiącego.
– A jak myślisz?… – szepnął Sanicki. Felczer nagle się rozgniewał:
– Cóż ja, nieszczęsny felczerek, mogę myśleć? Zrobiłem co mogłem, a co zrobiła kula w płucach sztormana tego nie wiem, bo na to potrzebny jest doświadczony lekarz! Nic nie wiem! Czekam, co dalej będzie…
Zapanowało milczenie. Słychać było tylko plusk ocierających się o burtę fal.
Tymczasem w kajucie sztormana działy się też rzeczy, o których nikt nie wiedział i których się nie domyślał. Na tapczanie leżał na wznak starannie obandażowany Pitt Hardful.
Blada, wychudła twarz nabrała przezroczystej, niebieskiej barwy, pod oczami czaiły się czarne cienie. Rozpalone gorączką wargi poruszały się co chwila, wyrzucając urywany, rzężący oddech i krótkie słowa, wymawiane bezładnie. Chwilami chory usiłował robić wysiłek, aby się podnieść, rękoma chwytał powietrze i poruszał głową, a wtedy z ciemnego kąta kajuty wynurzała się wiotka postać Ottona Lowego, schylając się nad nim. Gdy miotał się w malignie, uspokajała go łagodnie silnymi ramionami, wlewała do ust lekarstwo lub orzeźwiający napój, robiła okłady, gdy chory leżał nieruchomy i cichy, opuszczała się na kolana i drżącymi ustami lekko muskała blade dłonie sztormana lub w niemej rozpaczy, drżąc od zdławionych łkań, przyciskała głowę do jego stóp, jak skrzywdzone dziecko.
Słysząc równy, spokojny oddech rannego Otto Lowe odchodził, siadał w swoim kącie i snuł przerwaną nić wspomnień i myśli.
W takiej chwili nie był to już Otto Lowe, marynarz szonera, lecz dawna Elza.
Widziała siebie małą dziewczynką o długich, jasnych warkoczach i oczach jak morze groźnego fiordu w pogodny dzień słoneczny.
Biegła z domu rodziców na koniec wioski, gdzie mieszkała stara Lilit, siwa jak północna sowa wdowa po zaginionym w morzu żeglarzu. Nikt nie wiedział, jak dawno żyje sędziwa kobieta w chacie tuż nad urwiskiem wiszącym nad fiordem.