Komik cyrkowy nie dał się długo prosić i poszedł za radą pięknego młodzieńca o twarzy surowej i drapieżnej nawet w chwili, gdy żartował i był w dobrym humorze.
Puchacz też nie czujący zbytniej sympatii do dmy i zwani morskiego, od rana melancholijnie siedział na rufie jak najbliżej burty, uczepiwszy się zwoju grubych talów, łypał okrągłymi, sowimi oczyma i ruszał malutkimi usteczkami, ukrytymi pod zwisającym, haczykowatym nosem.
– Co, bracie, smutek czujesz w dołku? – spytał przebiegając zwinny Lark.
– O-o-o! – zaskrzeczał żałośnie Puchacz.
– Trzymaj się. Puchaczu, trzymaj się ostro! – poradził mu chłopak. – Słyszałem, że na morzu będzie jeszcze weselej przed nocą…
– O-o-o… – jęknął Puchacz, a nos mu jeszcze bardziej zwisł nad ustami.
– Nie odgryź sobie nosa, stary! -krzyknął mu Lark i pobiegł w stronę luki prowadzącej do kambuzy, zręcznie skacząc przez płynące potoki wody i czepiając się want, basztaków i bardun.
Przy sztorwale stało dwóch nowych majtków: Rudy Szczur i jeszcze bardziej rudy od niego Harry Crew, wysoki jak tyka. Pitt, odbywający swój dyżur na mostku, spojrzał na tę czerwoną parę i pomyślał, uśmiechając się do siebie:
– A to się dobrali! Dwa płomienie!
– Kapitanie Hardful! – odezwał się od sztorwałowego koła Miguel. – Piękna to rzecz -droga uczciwego życia! Tylko że ta – okropnie wyboista!… Nie uważacie? Harry Crew wyjął fajkę z ust i splunąwszy mruknął:
– No matter! Nic nie znaczy!
– Wyboista, bo wyboista! – odparł ze śmiechem Pitt. – Lecz przekonacie się, przyjacielu, że jest prosta jak Piccadiliy albo aleja w Lasku Bulońskim!
– Eh, kapitanie! – zawołał Miguel. – To do ulicy nie podobne, raczej olbrzymi plac, jakiego w żadnej stolicy nie ma! Te fale wytrzęsą-z połowy moich chłopów wszystkie flaki…
– No matter – powtórzył Anglik.
– Powiedz to im, Harry, podziękują ci za te słowa pociechy porządnym knock-outem! -zaśmiał się Rudy Szczur.
Anglik wzruszył ramionami, otworzył usta, lecz Miguel uprzedził go i naśladując jego glos, wycedził przez zęby:
– No matter, tyko białooka!
Harry Crew wykrzywił twarz, co miało oznaczać wielką wesołość,. i wybałuszył oczy. Pitt parsknął głośnym śmiechem.
– Tyka, bo tyka – pomyślał, a że białooka, tego też nie można negować, bo oczki ma istotnie białe!
Przy maszynach nieśli warugi Polacy-mechanicy, i tylko jeden Walicki, którego bractwo z rufy bardzo pompatycznie tytułowało „panem doktorem", stawał do sztorwału, resztę czasu poświęcając uporządkowaniu i sortowaniu nakupionych w Londynie lekarstw, przyrządów, materiałów opatrunkowych i książek medycznych.
Kapitanowi Nilsenowi znowu udało się wejść do Karskiego Morza dawną drogą. „Witeź" płynął dwa dni nie spotykając pływającego lodu, gdy nagle wiatr się zmienił, a chociaż był posmyczny i znacznie uspokoił fale, jednak napędził olbrzymie masy kry i pola lodowe.
– Zatrze czy nie zatrze? – pytał z trwogą w głosie Nilsen, patrząc na Pina.
– Chyba zatrze – odpowiedział Hardful.
– Zgniecie nas… – niepokoił się Norweg. Rozmowę tę słyszał Rynka, który przyszedł z jakimś zapytaniem na kapitański mostek.
– Można coś obmyśleć, aby ulżyć „Witeziowi" parcie lodu… – rzekł.
– Byłoby to bardzo pożądane! – zawołali Nilsen i Pitt. Wkrótce kilku ludzi, wyciągnąwszy z rumu belki, piłowało je i ciosało pod dozorem Rynki. Przed wieczorem wzdłuż burty „Witezia" na wysokości waterlinii zostało umieszczone potężne drewniane opancerzenie, broniące kadłubu statku od bezpośredniego ciśnienia mas lodowych.
Dla zmniejszenia siły zderzenia się z płynącym lodem na belkach otaczających szoner wisiały fendery – grube kloce drzewa.
– Dobre to poduszki, chociaż twarde! – żartował Rudy Szczur, przyglądający się, jak wielkie bryły skrzepłego lodu uderzały o ruchome fendery, ślizgały się na nich, dotykały drewnianej przegrody i przepływały, „sycząc i wirując.
W nocy jednak lód otoczył statek ze wszystkich stron. Dokoła „Witezia", jak tylko można było sięgnąć wzrokiem, rozpostarła się nieprzerwana, z lekka fosforyzująca, biała płaszczyzna.
Na mostku zadrgał sygnałowy dzwonek telefonu prowadzącego do maszyny. Nilsen wziął słuchawkę.
– Poruszamy się bardzo wolno, myślę, że trzeba zastopować maszynę – rozległ się głos Rynki.
– Stop maszyna! – skomenderował kapitan.
– Stop maszyna! – powtórzył mechanik i wkrótce zjawił się na mostku.
– Nie warto spalać węgla! – rzekł. – Przebić się przez lód nie możemy. Musimy czekać. Tymczasem Pitt robił pomiary, określając sytuację statku i szybkość płynącego lodu,
otaczającego „Witezia".
– Płyniemy z szybkością trzech węzłów na godzinę. Pędzi nas na SE! – zawołał. Poszedł do sztorwałowej budki i zaczął orientować się na mapie.
– Halza dobra, aby tylko nie wparło nas na jaki zdziar… – rzekł po chwili.
– Dobra nasza! – zawołał Nilsen. – Do lądu daleko, zresztą wpadające duże rzeki, Ob i Jenisej, powinny odnieść lód bardziej na północ. Mielizny nie spotkamy. Mechaniku, trzymajcie maszynę pod parą, w pogotowiu… Nie będziemy się przebijali, lecz postaramy się lawirować…
Istotnie wkrótce dały się wyczuć jakieś silne prądy, bo lodowe pola kruszyły się i chwilami rozstępowały, tworząc wolne przejścia, w które natychmiast wślizgiwał się zwinny „Witeź". Był to trudny i niebezpieczny manewr, wymagający ciągłej baczności i szybkiej decyzji, gdyż ruchome, potężne płaszczyzny lodowe mogły uszkodzić lub zdruzgotać drobny statek.
– Nie bójcie się! – uspokajał na jucie swoich towarzyszy znacznie już weselszy Kula Bilardowa. – Nie utoniemy! Ocean nie taki głupi, jak myślicie! Oho! Wie on dobrze, że jeżeli takie dwie czerwone ryby, jak Rudy Szczur i Harry Crew dadzą nura, natychmiast zacznie kipieć i wyparuje. A może poradzimy kapitanom, aby wyrzucili na pól godziny tych ognistych drabów za burtę, to wtedy ten podły lód roztopi się od razu i będziemy wolni?
Wszyscy się śmiali, a Miguel mszcząc się na dworującym z nich towarzyszu, rzekł poważnym głosem:
– I bez tego nie utoniemy, bo będziemy się trzymali twojej łysej mózgownicy niby kuli korkowej, które rzucają tonącym.
– Śliska ta łysina, nie utrzymamy się na niej! – zauważył Crew.
– No matter, tyko! – wybuchając śmiechem pisnął Kula Bilardowa. O świcie zerwał się wiatr – szybko przechodzący w szturm;
huczał, wył, gwizdał wśród lin i stalowych tros, a wkrótce wtórować mu zaczął ogłuszający trzask łamanego przez fale lodu.
Od pól lodowych odrywały się z hukiem całe połacie białej, zamarzniętej płaszczyzny, pękały drobniejsze tafle, wpadały jedna na drugą, tworząc zwały i tonąc pod ciężarem nowych odłamków, wyrzucanych przez wzburzony ocean. Co chwila otwierało się tu i ówdzie wolne przejście, którym natychmiast sunął „Witeź", pchany siłą maszyny. Naprzeciw ujścia Jeniseju lód zaczęło odnosić na północ, lecz były to luźne odłamki, mniejsze płaszczyzny, które nie mogły już wstrzymać biegu szonera.
Gdy z mostku „Witezia" Pitt dojrzał wolną od lodu zatokę Piasiny, ostrożnie skierowano „Witezia" do brzegu, i wkrótce doniosła się komenda Nilsena:
– Stop maszyna! Rychtuj kotwicę! Rejda! Po chwili rozdarły ciszę gwizdki bosmanów na dziobie i rufie i ich okrzyki:
– Porwą! Wszyscy – porwą!!!
Ludzie zaczęli otwierać rum, wynosić paki z towarami, wzmacniać belkowe opancerzenie burty, obciągać liny i spuszczać trep.
Syrena „Witezia" długo i uporczywie huczała i jęczała, posyłając sygnały na pustynny, jałowy brzeg, z wbiegającą nań leniwą, zimną szeleją.