Jednak po pewnym czasie na niskim paśmie ziemi zaczerniły się postaci ludzkie i kilka samojedzkich kajaków wypłynęło na morze.
Gdy tuziemcy przybyli na statek, zaproszono ich do biesiadni i poczęstowano sutym obiadem i herbatą. Z pomocą Samojeda mówiącego po rosyjsku objaśniono im, że „Witeź" tym razem będzie handlował z tubylcami w Zatoce Tajmyrskiej, dokąd starszyzna, koczująca w tundrze i lasach bardziej południowych obszarów, powinna skierować Samojedów, Tawga i Tunguzów. Otrzymawszy upominki, starszyzna półdzikich rybaków i hodowców reniferów odpłynęła.
Nazajutrz o świcie „Witeź" ruszył dalej na wschód, ostrożnie sunąc wśród płynących odłamków potrzaskanego lodu.
Szoner pomyślnie przebijał się przez skrzące się w słońcu lodowe przeszkody, płynąc wzdłuż Wybrzeża Lejtnanta Łaptiewa, omijając od północy wyspy Miedwiediewa, Scotta Hansena, Nansena i lawirując W labiryncie Archipelagu Nordenskjółda. Z wielką ostrożnością, ciągle sondując dno, „Witeź" wszedł do szerokiej i spokojnej Tajmyrskiej Zatoki i stanął przy północnym brzegu Wyspy Fomina.
Na jej skrajach, niskich i otoczonych wałami wyrzuconego na mielizny lodu, po raz pierwszy ujrzeli żeglarze rodzinę białych polarnych niedźwiedzi, które po kilku nieudanych do nich strzałach szybko się oddaliły.
Nilsen z Pittem, zabrawszy z sobą kilku ludzi na łódź, popłynęli wpadającą do zatoki szeroką rzeką Tajmyr, prawie wolną od lodu, który już zrywał i unosił do oceanu wezbrany wiosenny prąd. Dokonano tu starannych pomiarów, dowodzących znacznej głębokości koryta. „Witeź" tegoż dnia przed wieczorem posunął się przeciw prądowi rzeki o dwadzieścia węzłów i stanął na kotwicy. Kilkanaście dni trwały pomiary – i wolny, ostrożny bieg szonera w głąb lądu, aż pewnego wieczoru z mostku waruga ujrzała szeroką wodną płaszczyznę, na której nie można było dostrzec brzegów.
– Masz tobie! – zawołał stojący na bocianim gnieździe Rudy Szczur. – Przedziurawiliśmy na wylot Azję i znowu wypływamy na morze!
Nie było to jednak morze, lecz olbrzymie Tajmyrskie Jezioro, leżące w środkowej części rzeki. Jezioro było bardzo głębokie, o urwistych i górzystych brzegach, otaczających go z trzech stron. Były to Góry Byrranga, prawie nagie, tylko w wąskich dolinach pomiędzy szczytami przechowujące na śnieżnej płaszczyźnie czarne.plamy gajów modrzewiowych i cedrowych. W południowej części jeziora. marynarze spostrzegli wysoko podnoszącą się nad wodą czerwoną skalę, pokrytą zaroślami płaszczących się po ziemi brzóz i wykoszlawionych wierzb.
– To Czoa, czytałem opis tej wyspy! – zawołał Pitt Hardful. – Kapitanie, tu musimy oddać kotwicę! Jesteśmy u celu podróży…
– Stop! – skomenderował Nilsen do maszyny i zwracając się do stojącego przy windzie kotwicznej Mikołaja Skalnego, krzyknął:
– Rejda!
Zaturkotała maszyna i z warkotem pobiegł przez kluzę łańcuch kotwi. Miejsce było głębokie, więc opuszczono drugą kotwicę z rufy, a gdy majtkowie wydostali się na wysoki brzeg, podano im grubą, stalową trosę i kapitan rzucił nowy rozkaz:
– Wiąż na śmierć!
Ludzie zaczęli umocowywać stalową linę do wystającego cypla skalnego i grubych konarów mocnej jak kamień brzozy polarnej.
Skały obstąpiły „Witezia" ze wszystkich stron. Od północy i wschodu – nagi grzbiet Byrranga, od zachodu -góry Mgoa-Moa, od południa – wysokie urwisko wyspy Czoa, broniącej statku przed mknącą z prądem krą i wyrwanymi drzewami płynącymi z południa.
Brzegi były martwe i niezaludnione. Ogromnej płaszczyzny jeziora, zdawało się, nigdy nie cięła żadna łódź tubylcza.
– Święte miejsce! – mruknął? westchnieniem ulgi Kula Bilardowa. – Uważacie, drodzy moi – żadnego policjanta dokoła, a jaki porządek, spokój i cisza! Dobrze nam tu będzie!…
– Pewno! – odezwał się Bezimienny. – Niechby tu przybyło pięćdziesięciu wysoce cywilizowanych Europejczyków, natychmiast wybudowano by… więzienie!
– Fiu! – gwizdnął Miguel. – A od czegóż cywilizacja, przyjacielu?!
POSZUKIWACZE ZŁOTA
Do późnej nocy naradzali się Olaf Nilsen z Pittem Hardfulem. Już wybito sygnały drugiej warugi nocnej, a w kajucie kapitana wciąż trwały obrady. Nareszcie Nilsen podniósł się i oznajmił:
– Wiem, kapitanie Siwir, że obmyśliliście wszystko poważnie tego się nie obawiam. Jednak mam wątpliwości, czy nie będziemy mieli zatargu z rządem rosyjskim, gdyby się w jakiś sposób dowiedział, że wydobywamy z tych gór złoto?
– Nie myślę, żebyśmy mieli jakieś trudności – odparł Pitt. – Nikt tu nigdy nie zagląda, bo dróg nie ma i nie ma ludności. Zresztą wcale nie zamierzam samowolnie wywozić złota z Rosji. Podczas pierwszej wyprawy naszej do zatoki Piasiny zrobiłem umowy z prawnymi posiadaczami tych obszarów – Samojedami, a umowy tesą opatrzone w znaki rodowe książąt i starszyzny, stanowiącej radę rządzącą krajem. Część złota mamy składać na ręce starszyzny. Oprócz tego, żeby być zupełnie w porządku, po powrocie do Vardo prześlemy najbliższemu konsulowi rosyjskiemu ustaloną prawem część naszych zysków. Jeżeli zaś jacyś urzędnicy przyjadą wcześniej, zapłacimy należność na miejscu. W inny sposób nie możemy załatwić tej sprawy, bo gdzież mamy poszukiwać urzędników?
– Jeżeli tak, to wszystko jest all right! – zakończył Nilsen. – Więc od jutra do nowej pracy?
– Od jutra! – ściskając mu rękę odpowiedział Pitt i poszedł do siebie.
W kilka godzin później Hardful Zebrawszy dokoła siebie całą załogę, oznajmił, że „Witeź" przybył tu na poszukiwanie i wydobywanie złota w górach Mgoa-Moa.
– Złota?! – wykrzyknęli Puchacz i Bezimienny, klaszcząc w dłonie.
– Co się wam przydarzyło? – spytał zdziwiony Nilsen. – Ależ, kapitanie! – zawołał wzruszonym głosem Puchacz. – Myślałem, że już nigdy w życiu nie będę wyrywał ziemi żółtego metalu, a tu nagle słyszę – złoto! Toż my z Bezimiennym dziesięć lat łaziliśmy po Kalifornii, a później w górach Kiniey, na południe od Jukonu!
– Ładny szmat życia strawiliśmy przy złocie! – odezwał się Bezimienny, kurcząc i prostując długie, drapieżne palce. – Byliśmy bogaczami i nędzarzami, później znowu mieliśmy dolarów po samo gardło, a potem…
– Nie przypominaj dawnych czasów, kolego! – szepnął Puchacz, spuszczając głowę i zaciskając ręce z przerażeniem. – Nie mów już nic! Przeszło wszystko, minęło…
Dowiedziawszy się o wykryciu byłych poszukiwaczy złota wśród ludzi załogi, Olaf Nilsen, ucieszony tą szczęśliwą okolicznością, zawołał:
– Mamy na „Witeziu" cale muzeum typów! Gdybyśmy potrzebowali króla lub biskupa, to z pewnością znaleźliby się i tacy pomiędzy przyjaciółmi Rudego Szczura!
– Żarty na stronę – odezwał się Pitt. – Słusznie zauważyliście, kapitanie! Julian Miguel od dawna przebywa na dnie życia, dokąd spływają, niby do kloak miejskich, wszelkie odpadki społeczeństwa. Widzieliście z pewnością, jak po wielkich miastach najbardziej upadli nędzarze grzebią w kanałach i na śmietniskach? Znajdują tam dużo potrzebnych, zdatnych do użytku, czasem nawet bardzo drogich rzeczy, jak zgubione pierścionki, zegarki, brylantowe spinki. Tak się też dzieje i na śmietnisku ludzkim, bo jest ono drugim biegunem społeczeństwa. Na jednym znajduje się elita, na przeciwległym – te same typy o pewnej tylko odmianie charakteru…
Po naradzie z Puchaczem i Bezimiennym postanowiono czekać, aż stopnieje śnieg w górach i odsłoni ukrytą w łożyskach potoków i dopływów Tajmyru tajemnicę żółtego metalu.
Przed rozpoczęciem robót czekała jednak przybyłych na Tajmyr śmiałków ciężka praca. Dwudziestu ludzi pod komendą Bezimiennego, uzbroiwszy się w siekiery i piły, przeprawiło się łodziami na brzeg i pobmęło ku górom, co chwila zapadając w głęboki śnieg.