Opatuleni w futra i czapki ludzie stali w pobliżu kolumnady, rozmawiali albo palili. Niektóre z kobiet miały mufki i futrzane torby. Miałam wrażenie, że odbyłam podróż w czasie, a kiedy Iwan wziął mnie za rękę i powędrowaliśmy do schodów, czułam się, jakbym była swoim ojcem w młodości, w towarzystwie przystrojonych sióstr, biegnącym po schodach, by zdążyć na balet. Co on wtedy oglądał? Giselle czy Salammbo? Może nawet Jezioro łabędzie w choreografii niesławnego Gorkiego. Ojciec widział, jak tańczyła wielka Zofia Fiodorowa II, zanim zwariowała, i Anna Pawłowa, zanim wyjechała na zawsze z Rosji. Tak poruszyła go ta ostatnia, że dał mi imię na jej cześć. Przez chwilę wydawało mi się, że płynę w powietrzu i pomyślałam, że być może zdołałam dostrzec starą Rosję jego oczami, jak dziecko zaglądające do wnętrza przez pięknie ustrojoną szybę wystawową.
Za drzwiami teatru portierki w czerwonych uniformach poganiały ludzi, żeby zajmowali miejsca, jakby jedyną rzeczą, która w Moskwie rozpoczynała się punktualnie, był występ baletu Bolszoj. Poszliśmy za Wierą do szatni i natknęliśmy się tam na ponad setkę osób, a wszystkie usiłowały dopchać się do lady, żeby zostawić okrycie.
Ludzie robili tu więcej hałasu niż tłum na meczu. Oniemiałam, kiedy zobaczyłam, jak jakiś mężczyzna odpycha na bok starszą panią, aby dostać się przed nią. W odpowiedzi przyłożyła mu pięścią w plecy.
– Trzymaj Lily – powiedział do mnie Iwan. – Wezmę płaszcze. Wy, panie, tam nie wchodźcie.
– Jeśli ty tam wejdziesz, podbiją ci oko – ostrzegłam go. – Zabierzmy wszystko na widownię.
– Co? Mamy wyjść na dzikusów? – Uśmiechnął się i wskazał na Lily. – Już przemycamy więcej, niż powinniśmy, nie zapominaj o tym.
Iwan zniknął w tłumie łokci i rąk. Wyjęłam z torebki program baletu i przeczytałam wstęp. „Po rewolucji październikowej muzyka i taniec klasyczny stały się dostępne dla milionów robotników, na tej scenie stworzono najwspanialszych rewolucyjnych bohaterów wzorowanych na postaciach z historii”. Znowu propaganda.
Iwan wrócił dwadzieścia minut później, z potarganymi włosami i przekrzywionym krawatem.
– Wyglądasz jak na Tubabao. – Pogłaskałam go po głowie i po – prawiłam mu marynarkę. Wcisnął mi w dłoń lornetkę operową.
– Nie będzie potrzebna – zauważyła Wiera. – Mamy doskonałe miejsca, tuż przy scenie.
– Chciałam ją, bo to dla mnie nowość – skłamałam. Zamierzałam obserwować widownię, nie scenę.
Wiera objęła mnie ramieniem, ale nie z czułości, tylko żeby zasłonić Lily, gdy szliśmy na swoje miejsca. Portierka przy naszej loży chyba już na nas czekała. Wiera wsunęła jej coś w dłoń, a kobieta otworzyła nam drzwi, zza których dobiegało strojenie skrzypiec i rozmowy.
– Szybko! Pośpieszcie się! Do środka! – syknęła. – Żeby nikt was nie widział. Zajęłam miejsce z przodu loży i położyłam sobie Lily na kolanach. Iwan i Wiera usiedli po obu moich stronach. Portierka wyciągnęła palec. – Jeśli zapłacze, będziecie musieli wyjść – ostrzegła nas.
Wcześniej uznałam, że z zewnątrz teatr jest piękny, ale na widok sali zabrakło mi tchu w piersiach. Przechyliłam się przez balkon, lustrując czerwono – złote wnętrze. Znajdowało się tu pięć rzędów złotych balkonów, sięgały do kryształowego żyrandola, który zwisał z sufitu pokrytego bizantyjskimi malowidłami. Czuć było zapach starego drewna i aksamitu. Olbrzymia kurtyna, ozdobiona frędzlami, połyskiwała. Naszyto na nią sierpy i młoty, a także nuty oraz gwiazdy.
– Mamy tu najlepszą akustykę na świecie. – Wiera wygładziła sukienkę i uśmiechnęła się do mnie z taką dumą, jakby sama to wszystko zaprojektowała.
Z loży mieliśmy dobry widok na widownię z przodu sali, lecz nie na górne loże ani fotele z tyłu. Mimo to nadal szukałam matki i generała wśród osób zmierzających na swoje miejsca, nigdzie jednak ich nie widziałam. Kątem oka dostrzegłam, że Wiera wpatruje się w korytarz. Usiłowałam dyskretnie podążyć wzrokiem za jej spojrzeniem i zerknęłam na lożę naprzeciwko nas. W tej samej chwili przygasły światła, ale zanim zrobiło się całkiem ciemno, zauważyłam starszego człowieka w pierwszym rzędzie. Nie był to generał, ale z jakiegoś powodu mężczyzna ten wydał mi się znajomy.
Rozległo się pokasływanie i szelesty, a po chwili orkiestra zagrała pierwszą nutę. Wiera dotknęła mojej ręki.
– Wie pani, jak to się skończy, pani Nickham? – wyszeptała.
– Czy próbuje pani zgadywać?
Wstrzymałam oddech. Jej oczy wydawały się różowe w świetle sceny, jak oczy lisa w reflektorach.
– Co?
– Szczęśliwie czy nieszczęśliwie?
Przestałam cokolwiek widzieć, dopiero po chwili oprzytomniałam. Mówiła o balecie. Jezioro łabędzie miało dwa zakończenia. W jednym książę pokonywał czar rzucony przez złego czarownika i ratował łabędzią księżniczkę, a w drugim ponosił klęskę i kochankowie mogli odnaleźć się dopiero po śmierci. Tak mocno zacisnęłam pięść, że lornetka pękła.
Kurtyna się rozsunęła i ukazało się sześciu trębaczy w czerwonych pelerynach. Przez scenę przemknęły baletnice w pięknych sukniach, z myśliwymi u boku, za nimi książę Zygfryd. Nie widziałam baletu na żywo od czasów Harbinu i na jedną krótką chwilę zapomniałam, co robię w teatrze, i dałam się porwać tancerzom i wdzięcznym ruchom ich ciał. To Rosja, powtarzałam sobie. To jest ta Rosja, którą zawsze chciałam zobaczyć.
Popatrzyłam na Lily. Jej oczy lśniły w migotliwym świetle. Moje lekcje baletu zostały przerwane po wkroczeniu Japończyków do Harbinu. Ale Lily? Była dzieckiem ze spokojnego kraju, mogła robić, cokolwiek zechciała. Nigdy jej nie zmuszą do ucieczki z domu. Kiedy będziesz starsza, Lily – powiedziałam jej wzrokiem, możesz się zająć baletem, grą na fortepianie, śpiewem, czymkolwiek, co zdoła cię uszczęśliwić. Chciałam, aby miała to, co mnie ominęło. Przede wszystkim jednak pragnęłam podarować Lily babcię.
Usłyszałam pierwsze nuty łabędziego motywu i skupiłam uwagę na scenie. Pokazały się na niej urwiska i błękitne jezioro. Książę Zygfryd tańczył, a zły czarownik, przebrany za sowę, go przedrzeźniał. Sowa wyglądała jak przerażający cień, zawsze blisko, pełna złych zamiarów, przeszkadzała księciu. Zerknęłam na mężczyznę w loży, której wcześniej przyglądała się Wiera. W błękitnym świetle wydawał się nieludzki. Krew odpłynęła mi z twarzy i zacisnęłam zęby, przez moment przekonana, że spoglądam na Tanga. Jednak gdy pojaśniało, uświadomiłam sobie, że to niemożliwe. Ten człowiek był biały.
Nawet po zakończeniu drugiej sceny, gdy przyszedł czas na przerwę, nie mogłam się pozbierać. Podałam Lily Iwanowi.
– Muszę iść do łazienki – powiedziałam mu.
– Pójdę z panią. – Wiera podniosła się z fotela. Skinęłam głową, chociaż wcale nie miałam zamiaru opróżniać pęcherza. Chciałam poszukać swojej matki.
Przepchnęłyśmy się przez zatłoczony korytarz do łazienki. Panował tam taki sam chaos jak w szatni. Nie było żadnej kolejki. Kobiety stały w gromadce i pchały się między sobą, żeby jak najszybciej dopaść zwalnianej kabiny. Wiera wcisnęła mi w dłoń chusteczkę sztywną jak karton.
– Dziękuję – powiedziałam, przypomniawszy sobie, że w publicznych toaletach moskiewskich nie ma papieru. W toaletach w Galerii Trietiakowskiej nie było nawet desek sedesowych.