– Nie!
Po kolejnej próbie zdołałam w końcu usiąść i opuściłam nogi na podłogę. Czułam pulsowanie w skroniach, miałam mdłości.
Kiedy chwilowa ślepota minęła, ujrzałam kraty i pojęłam, że przebywam w więziennej celi. Drzwi były otwarte, siedziałam na ławce przyśrubowanej do ściany. W rogu znajdowała się umywalka i wiadro. Betonowe ściany pokryte były bazgrołami we wszystkich możliwych językach. Zerknęłam na swoje bose stopy. Podobnie jak ręce, były brudne i podrapane. Nagle przeszył mnie dreszcz i zorientowałam się, że siedzę w samej halce, bez bielizny. Przypomniałam sobie mężczyznę w korytarzu, jego nieobecne spojrzenie, tatuaże na rękach. Na pewno byli w zmowie. Zaczęłam płakać, rozchyliłam kolana i szukałam między nogami śladów obrażeń.
Nie znalazłam ich jednak. Po chwili przypomniałam sobie o naszyjniku i ucichłam.
Do celi wpadł młody policjant o skórze gładkiej i brązowej jak miód. Ubrany był w schludny mundur z ozdobnymi sznurami na ramionach i miał turban na głowie. Obciągnął marynarkę, zanim ukląkł i odezwał się do mnie.
– Ma pani do kogo zadzwonić? – zapytał. – Obawiam się, że panią obrabowano.
Wkrótce na posterunku pojawili się Siergiej i Dymitr. Siergiej był tak blady, że widziałam żyły pod jego skórą. Dymitr musiał go podtrzymywać.
Siergiej wręczył mi sukienkę i parę butów, które przyniósł z domu. – Mam nadzieję, że będą pasowały, Aniu – powiedział pełnym troski głosem. – Mei Lin je wybrała.
Obmyłam się w umywalce resztką kostki mydła.
– Naszyjnik matki – zaszlochałam, zabrakło mi tchu z żalu.
Chciałam umrzeć. Wejść na umywalkę i odpłynąć wraz z wodą, by nikt mnie już nigdy nie oglądał.
Dochodziła druga w nocy, kiedy zaprowadziłam policjanta, Dymitra i Siergieja do rozpadającego się budynku. W świetle księżyca wyglądał groźnie, jego popękane ściany wystrzeliwały w nocne niebo. Prostytutki i handlarze opium czekali w podwórzu na klientów, ale na nasz widok rozpierzchli się niczym karaluchy.
– O Boże. Wybacz mi, Aniu. – Siergiej objął mnie ramieniem. – Wybacz, że nie pozwalałem ci mówić o matce.
W półmroku straciłam orientację, chodziłam od drzwi do drzwi, niepewna, które są właściwe. Zamknęłam oczy i próbowałam przypomnieć sobie, jak wyglądał korytarz w popołudniowym świetle.
Odwróciłam się do drzwi za sobą. Tylko te miały kratę na dole.
Policjant i Siergiej wymienili spojrzenia.
– To te? – spytał policjant.
Słyszeliśmy, że ktoś chodzi po mieszkaniu. Zerknęłam na Dymitra, ale on patrzył gdzie indziej i zaciskał szczękę. Kilka miesięcy wcześniej ucieszyłaby mnie jego obecność, ale teraz zastanawiałam się, po co z nami poszedł.
Policjant zapukał do drzwi. Szelest w środku ucichł, jednak nikt nie otworzył. Zastukał raz jeszcze, a następnie zadudnił w drzwi pięścią. Nie były zamknięte na zamek i ustąpiły. Wewnątrz panowały półmrok i cisza. Blade smugi światła z ulicznych latarni sączyły się przez maleńkie okna.
– Jest tu kto? – spytał policjant. – Wychodzić.
Jakiś kształt ruszył przez pokój. Policjant zapalił światło. Wszyscy podskoczyliśmy na jej widok. Była przerażona niczym dzikie zwierzę. Rozpoznałam jej szalone oczy, diadem bez klejnotów wciśnięty krzywo na głowę. Kobieta zawyła głośno, jakby z bólu, i wcisnęła się w kąt pokoju, zasłaniając rękami uszy.
– Dusza duszi – powiedziała. – Dusza duszi.
Policjant skoczył i złapał ją za ramię. Staruszka zawyła.
– Nie! Proszę przestać! – krzyknęłam. – To nie ona.
Policjant puścił kobietę, która osunęła się na podłogę. Z odrazą wytarł ręce o spodnie.
– Znam ją z kawiarni – wyjaśniłam. – Jest nieszkodliwa.
– Ciii! Cii! – Stara położyła palec na ustach i pokuśtykała do mnie. – Byli tu – powiedziała. – Wrócą.
– Kto? – spytałam.
Obnażyła w uśmiechu żółte, spróchniałe zęby.
– Przychodzą, kiedy mnie nie ma – wyjaśniła. – Przychodzą i zostawiają mi rzeczy.
Siergiej podszedł do niej i pomógł usiąść na krześle.
Madame, proszę powiedzieć, kto był w pani mieszkaniu – zwrócił się do niej. – Popełniono tu przestępstwo.
Car i caryca. – Podniosła ze stolika jedną z filiżanek i pokazała mu ją. – Widzisz przecież.
– Obawiam się, że nie znajdziemy pani naszyjnika – powiedział policjant, otwierając przed nami drzwi samochodu. – Złodzieje zapewne już wydłubali kamienie i je upłynnili. Śledzili panią i tę staruszkę z kawiarni. Przez pewien czas nie powrócą do tej części miasta.
Siergiej włożył rulon banknotów do kieszeni funkcjonariusza.
– Postarajcie się, a czeka was jeszcze wyższa nagroda – stwierdził.
Policjant skinął głową i poklepał się po kieszeni.
– Zobaczę, co się da zrobić.
Następnego ranka otworzyłam oczy i ujrzałam, jak wpadające między zasłonami promienie słońca tańczą na mojej pościeli. Na stoliku obok łóżka stała misa kwiatów gardenii. Przypomniałam sobie, że włożyłam je tam kilka dni wcześniej. Wpatrując się w kwiaty, poczułam przypływ optymizmu: może wszystko mi się przyśniło i żadna z tych rzeczy wcale się nie wydarzyła. Przez chwilę wierzyłam, że jeśli wyśliznę się z łóżka i otworzę górną szufladę toaletki, znajdę naszyjnik w pudełeczku, w którym spoczywał od mojego przyjazdu. Wtedy jednak zauważyłam swoją nogę wystającą spod kołdry. Fioletowe zadrapania krzyżowały się na niej niczym pęknięcia na porcelanowym wazonie. Ten widok sprowadził mnie na ziemię. Przycisnęłam pięści do oczu, usiłując wymazać obrazy, które zaczęły mnie prześladować: radziecki żołnierz, opuszczone mieszkanie śmierdzące pleśnią i kurzem, naszyjnik w rękach wróżki, chwilę przedtem zanim go utraciłam.
Mei Lin przyszła rozsunąć zasłony. Kazałam jej zostawić zaciągnięte. Nie widziałam sensu we wstawaniu i mierzeniu się z rzeczywistością. Nie mogłam sobie wyobrazić zajęć w szkole ani nagich, bladych twarzy zakonnic, pytających, dlaczego nie pojawiłam się na wczorajszych lekcjach.
Mei Lin postawiła na stoliku tacę ze śniadaniem. Uniosła pokrywę i uciekła niczym złodziejka. Nie miałam apetytu, rozbolał mnie żołądek. Przez okno odległe dźwięki arii Un bel di’ z Madame Butterfly płynęły na kółku opiumowego dymu. Świadomość, że Siergiej zaczął dziś od rana, nie poprawiła mi nastroju. To była moja wina. W nocy przyszedł do mnie. W ciemnościach, ze ściągniętym czołem i zatroskanym wzrokiem wyglądał jak udręczony święty.
– Jesteś zbyt rozpalona – powiedział, kładąc mi dłoń na czole. – Boję się, że narkotyk, który podała ci ta stara wiedźma, zmienia się w truciznę.
Jego koszmar znowu ożył. Siergiej bał się, że mogę znienacka umrzeć. Jego pierwsza żona, Marina, zachorowała na tyfus podczas epidemii w 1914 roku. W najgorszym stadium choroby Siergiej dniem i nocą czuwał u wezgłowia żony. Jej skóra była rozpalona jak ogień, puls nierówny, a bystre oczy stały się mętne i nieprzytomne.
Wzywał najlepszych lekarzy, a oni ordynowali jej przymusowe posiłki, zimne kąpiele, kroplówkę i tajemnicze lekarstwa. Udało im się zwalczyć pierwotną infekcję, ale Marina zmarła dwa tygodnie później na skutek rozległego krwotoku wewnętrznego. Właśnie tej jednej jedynej nocy Siergieja zabrakło przy jej łożu: zostawił ją tylko dlatego, że lekarze i służba zapewnili go, że zdrowieje i że on może wreszcie odpocząć we własnym łóżku.
Siergiej chciał posłać po lekarza, by mnie przebadał, ale złapałam jego drżącą dłoń i przycisnęłam do policzka. Opadł na kolana, oparł brodę i łokcie na brzegu łóżka. Ten olbrzymi, niedźwiedziowaty mężczyzna, klęcząc, wyglądał jak dziecko zatopione w modlitwie.