MOSKWA – SZANGHAJ
Zima w Szanghaju nie była ani tak mroźna, ani tak piękna jak w Harbinie. Śnieg nie pokrywał ulic i domów, stalaktyty sopli nie zwisały z dachów niczym kryształy, brakowało pełnej spokoju ciszy. Zamiast tego mieliśmy ołowiane niebo, korowód zmarzniętych, wynędzniałych ludzi snujących się po brudnych ulicach oraz powietrze tak wilgotne i pełne deszczu ze śniegiem, że każdy wdech przyprawiał mnie o dreszcze i melancholię.
Ogród zimą był okropny. Grządki wyglądały jak zamarznięte błoto, z którego wychylały główki jedynie najodporniejsze chwasty.
Otoczyłam drzewo gardenii drucianą siatką i chochołem. Reszta zmarzniętych drzew świeciła nagością, pozbawiona liści i puchowej kołderki ze śniegu. Nocami rzucały ponure cienie na moje zasłony, niczym szkielety powstające z grobów. Wiatr hulał między gałęziami, szyby w oknach się trzęsły, a belki pod sufitem skrzypiały.
Spędziłam bezsennie wiele nocnych godzin, płacząc z tęsknoty za matką i wyobrażając sobie, że stoi gdzieś w zawierusze, głodna i drżąca z zimna.
Choć kwiaty i rośliny pozostawały w uśpieniu, moje ciało kwitło.
Najpierw wydłużyły mi się nogi, sięgały już krawędzi łóżka i zrozumiałam, że będę wysoka jak rodzice. Talia mi wysmuklała, biodra się rozrosły, a dziecięce piegi zbladły na skórze koloru kości słoniowej. Nagle, ku mojej radości, pojawiły się piersi. Obserwowałam z zaciekawieniem, jak rosną, wypychają mi sweter niczym wiosenne pąki. Wprawdzie nadal miałam jasnorude włosy, ale brwi i rzęsy mi pociemniały, a głos stał się bardziej kobiecy. Wyglądało na to, że poza włosami nie zmieniły się we mnie jedynie oczy. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że rok wcześniej mój rozwój został spowolniony, zupełnie jak rzeka zablokowana tamą; coś w Szanghaju usunęło przeszkodę i zapoczątkowało strumień zdumiewających przemian.
Godzinami siedziałam na krawędzi wanny, wpatrując się w lustro, w coraz mniej znaną mi osobę. Te zmiany jednocześnie mnie radowały i przygnębiały. Każdy krok w kierunku kobiecości zbliżał mnie do Dymitra, lecz oddalał od dziecka, którym byłam przy matce. Od małej dziewczynki, której mama śpiewała piosenki o grzybach i której pulchną dłoń posiniaczyła zbyt mocnym uściskiem. Zastanawiałam się, czy w ogóle by mnie poznała.
Dymitr dotrzymał obietnicy i odwiedzał mnie w każdą środę. Przesuwaliśmy sofy i krzesła pod ściany sali balowej i błagaliśmy Siergieja, żeby nauczył nas tańczyć. Zgodnie z przewidywaniami Dymitra Siergiej nalegał na walc wiedeński. Pod surowym wzrokiem postaci z portretów Dymitr i ja do perfekcji dopracowywaliśmy kroki i obroty. Siergiej był wymagającym nauczycielem, często nam przerywał, żeby poprawić nasze ruchy, ręce, pozycję głów. Byłam szczęśliwa do granic możliwości. Nie miało znaczenia, co tańczę i do jakiej muzyki, ale z kim. Podczas tych kilku godzin w tygodniu mogłam zapomnieć o smutku. Na początku martwiłam się, że Dymitr przychodzi do mnie tylko z litości albo z polecenia Siergieja.
Wpatrywałam się w partnera jak kot w mysz, szukając oznak zainteresowania, i je znalazłam. Zauważyłam, że nigdy się nie spóźniał na lekcje, wydawał się rozczarowany, kiedy nasz czas dobiegał końca, długo zwlekał w holu, szukając płaszcza i parasola.
Kiedy myślał, że nie patrzę, rzucał mi ukradkowe spojrzenia. Szybko się odwracałam, a on udawał, że coś tam go zainteresowało.
Kiedy żonkile wychyliły główki z ziemi, a do ogrodu powróciły ptaki, pojawił się mój pierwszy okres. Poprosiłam Lubę o przekazanie Siergiejowi, żeby mnie zabrał do Moskwy – Szanghaju. Stałam się kobietą. Odpowiedź przyszła na srebrnej wizytówce z przylepioną gałązką jaśminu. „Po piętnastych urodzinach. Potrzebujesz dłuższej praktyki w byciu kobietą”.
W zamian Siergiej oznajmił Dymitrowi, że nauczy nas tańczyć bolero. Marzyłam o tangu i, jako że nigdy wcześniej nie słyszałam o bolerze, czułam się rozczarowana.
– Nie, ten taniec jest o wiele bardziej symboliczny – zapewnił mnie Dymitr. – Siergiej i Marina tańczyli bolero w dniu swojego ślubu. Nie uczyłby nas, gdyby nie uważał, że jesteśmy wystarczająco poważni.
W następnym tygodniu Siergiej przyciemnił światła w sali balowej. Nastawił płytę, po czym kazał nam stanąć naprzeciwko siebie. Stanęłam trochę z prawej, tak blisko, że guziki koszuli Dymitra wpijały mi się w ciało. Czułam puls swojego partnera i bicie jego serca. W bursztynowym świetle twarz Siergieja wyglądała demonicznie, a nasze cienie dziwacznie wyginały się na ścianach. Muzyka grała w rytm surowego marsza i uderzeń bębnów. Melodię wprowadził flet, hipnotyczny niczym fujarka zaklinacza węży. Wkrótce dołączyły żywe, brawurowe trąbki i rożki pełne pasji. Siergiej zaczął tańczyć, bez słów ucząc nas kroków. Dymitr i ja ruszyliśmy w jego ślady, do brzęku cymbałów, który nasilał się i cichł, stąpaliśmy do przodu i powoli się cofaliśmy, rozkołysani wypychaliśmy biodra w przeciwną stronę do stawianych stóp. Muzyka mnie oczarowała i przeniosła w inny świat. Przez jedną krótką chwilę byliśmy królewską parą w Hiszpanii, z własnym dworem, w następnej, jechaliśmy konno przez równiny w towarzystwie Don Kichota. W następnej staliśmy się rzymskim cesarzem i cesarzową paradującymi w rydwanie przed poddanymi. Ten taniec był fantazją, najbardziej erotycznym doświadczeniem, jakie mnie kiedykolwiek spotkało.
Siergiej lekko wymachiwał rękami, lecz pewnie stawiał kroki; Dymitr i ja niemal się dotykaliśmy, zamierając na moment, a następnie odsuwając się od siebie. Słyszeliśmy wciąż tę samą melodię, która popychała nas ku sobie i oddzielała, uwodziła i do – prowadzała do rozkoszy.
Kiedy Siergiej znieruchomiał, Dymitrowi i mnie brakowało tchu.
Drżąc, przywarliśmy do siebie. Siergiej był prawdziwym czarownikiem, zabrał nas do podziemi i ponownie wyprowadził na powierzchnię. Płonęłam od gorączki, ale nie mogłam zmusić nóg, by przeszły przez pokój ku sofie.
Igła zeskoczyła z gramofonu i Siergiej zapalił światła. Z niepokojem dostrzegłam Amelię, z papierosem w dłoni. Czarne włosy, gładkie niczym skóra norki, okalały jej bladą twarz. Na widok tej kobiety wstrząsnął mną dreszcz. Wypuściła kółko papierosowego dymu, wpatrując się we mnie jak generał oceniający siły i charakter wroga. Zapragnęłam, aby odwróciła wzrok. Mąciła euforię, którą odczuwałam po tańcu. Musiała odczytać moje myśli, bo prychnęła, obróciła się na pięcie i wyszła.
Nie za bardzo dowierzałam obietnicy Siergieja, że zabierze mnie do Moskwy – Szanghaju po moich piętnastych urodzinach, ale pewnego dnia w sierpniu następnego roku wyłonił się z gabinetu i oznajmił, że dziś wieczorem idę do klubu. Amelia wyciągnęła szmaragdowy szeongsam, uszyty dla mnie przez panią Woo, ale ledwie zdołałam wcisnąć go przez głowę, tak bardzo urosłam.
Siergiej wezwał krawcową na pośpieszne poprawki. Kiedy wyszła, przysłano Mei Lin, by uczesała mi włosy. Za nią pojawiła się Amelia z kuferkiem kosmetyków w dłoni. Uróżowiła mi policzki i usta, a także skropiła perfumami nadgarstki i skórę za uszami.
Kiedy skończyła, odchyliła się i uśmiechnęła, zadowolona z efektu.
– Nie denerwujesz mnie tak bardzo, odkąd dorosłaś – powiedziała. – To pyzatych dzieciaków nie mogę znieść.
Wiedziałam, że kłamie. Nadal mnie nie cierpiała.
W aucie usiadłam między nią a Siergiejem. Droga Tętniących Studni przemknęła za szybą niczym niemy film. Młode kobiety wszystkich narodowości stały w progach nocnych klubów, błyszcząc w wyszywanych pajetkami sukienkach i pierzastych boa. Machały do przechodniów, uśmiechem wabiły klientów. Gromady hulaków ciągnęły po zatłoczonych chodnikach, wpadając po pijanemu na innych pieszych i ulicznych sprzedawców, hazardziści zaś zbili się w grupki na rogach ulic, niczym robaki pod światłami neonów.