Выбрать главу

Dymitr i ja wzięliśmy ślub wkrótce po moich szesnastych urodzinach, wśród uderzających do głowy zapachów tysięcy kwiatów.

Poprzedniego dnia Siergiej odwiedził najlepszych kwiaciarzy i prywatne ogrody w mieście. Wrócił ze służącym samochodem pełnym egzotycznych roślin i wiązanek, po czym zmienili foyer Moskwy – Szanghaju w aromatyczny ogród. Róże Księżna Brabantu o wyjątkowo obfitych kielichach wypełniały powietrze słodkim zapachem malin. Kanarkowożółte Perle de Jardins o zapachu świeżo zmielonej herbaty wyrastały spomiędzy lśniących ciemno – zielonych liści. Wśród tych wszystkich zmysłowych róż Siergiej ustawił eleganckie białe kalie i orchidee. Do tej oszałamiającej mieszanki dodał cynowe misy pełne wiśni, winogron i nadziewanych przyprawami jabłek i w rezultacie uzyskał efekt zmysłowego zapamiętania.

Siergiej wprowadził mnie do holu. Dymitr odwrócił się i utkwił we mnie wzrok. Kiedy zobaczył mnie w sukni Mariny, z bukietem fiołków w dłoni, jego oczy napełniły się łzami. Podbiegł do nas i przycisnął ogoloną twarz do mojego policzka.

– Aniu, w końcu nam się udało – powiedział. – Jesteś księżniczką, a ja dzięki tobie stanę się księciem.

Byliśmy bezpaństwowcami. Nasze małżeństwo niewiele znaczyło w oczach oficjalnego Kościoła, cudzoziemskich i chińskich władz, jednak dzięki swoim znajomościom Siergiej sprowadził francuskiego urzędnika, który zgodził się wystąpić w roli mistrza ceremonii. Niestety, biedny człowiek miał okropny katar sienny, co kilka minut musiał wydmuchiwać nos. Później Luba powiedziała mi, że urzędnik przyjechał wcześniej i na widok przepięknych róż podbiegł ku nim, by wdychać ich aromat, jakby umierał z pragnienia, choć wiedział, że jego stan się przez to pogorszy.

– Oto moc piękna – westchnęła, wygładzając mój welon. – Korzystaj z niej, póki możesz.

Kiedy składaliśmy przysięgę, Siergiej stał obok mnie, a Aleksie i Luba krok za nim. Amelia siedziała przy imitacji okna. W falbaniastej czerwonej sukience i kapeluszu wyglądała jak goździk wśród róż. Sączyła szampana, odwrócona ku namalowanemu niebu, jakbyśmy wszyscy przyszli tu na piknik, a ona podziwiała widoki.

Tego dnia jednak byłam tak szczęśliwa, że jej obraźliwe zachowanie wręcz mnie bawiło. Amelia nie cierpiała, gdy to ktoś inny znajdował się w centrum uwagi. Nikt jej jednak nie ofuknął ani nie komentował tych fochów. Przynajmniej wstała z łóżka i przyszła. Więcej nie można się było po niej spodziewać.

Po złożeniu małżeńskiej przysięgi Dymitr i ja wymieniliśmy pocałunek. Luba obeszła nas trzy razy z ikoną przedstawiającą świętego Piotra, a jej mąż i Siergiej trzaskali batem i wrzeszczeli, aby odpędzić złe duchy. Urzędnik zakończył ceremonię kichnięciem tak silnym, że przewrócił jeden z wazonów, a pachnące płatki rozsypały się u naszych stóp.

– Przepraszam – powiedział natychmiast Francuz.

– Nie ma za co! – wykrzyknęliśmy wszyscy. – To na szczęście! Wystraszył pan diabła!

Siergiej osobiście zajął się przygotowaniem weselnej uczty. Tego dnia pojawił się w klubowej kuchni o piątej rano, z torbami świeżych warzyw i mięsa z targu. Jego włosy i palce przesiąkły zapachem egzotycznych ziół, które zmielił, aby doprawić nimi potrawy z kawioru, solankę, wędzonego łososia i czeczugę w sosie z szampana.

– Mój Boże. – Urzędnik wybałuszył oczy. – Zawsze mnie cieszyło, że urodziłem się Francuzem, jednak teraz zaczynam żałować, że nie jestem Rosjaninem.

Oczy Siergieja skrzyły się szczęściem, ale wyglądał na zmęczonego. Był blady, miał spierzchnięte usta.

– Zbyt ciężko pracowałeś – stwierdziłam. – Proszę, odpocznij. Dymitr i ja się tobą zajmiemy.

Potrząsnął tylko głową. Od miesięcy często widywałam ten gest. Siergiej zerwał z popołudniowym paleniem opium równie łatwo jak z niezbyt pasjonującym hobby, a w ramach terapii rzucił się w wir przygotowań do wielkiego dnia. Pracował od brzasku, codziennie wymyślał coraz to lepsze i wspanialsze plany. Kupił Dymitrowi i mnie mieszkanie niedaleko swojej rezydencji i nawet nie pozwolił nam go obejrzeć.

– Nie, dopóki nie będzie wykończone. Nie przed nocą poślubną – oświadczył.

Twierdził, że zatrudnił stolarzy, ale podejrzewałam – każdego dnia po powrocie pachniał żywicą i trocinami – że sam zajął się stolarką. Mimo moich nalegań, by odpoczął, nadal pracował.

– Nie przejmuj się mną – mówił, gładząc mnie po policzku stwardniałymi od odcisków dłońmi. – Nie masz pojęcia, jaki jestem szczęśliwy. Czuję w sobie życie, tętni w moich żyłach, słyszę w uszach jego śpiew. Zupełnie, jakby Marina znów była u mojego boku.

Jedliśmy i piliśmy aż do wczesnych godzin porannych, śpiewając tradycyjne rosyjskie pieśni i rozbijając na szczęście kieliszki o podłogę. Kiedy Dymitr i ja byliśmy gotowi do odejścia, Luba wręczyła mi wielki bukiet kwiatów.

– Wykąp się w nich – powiedziała. – Potem daj mu wypić trochę wody, a nigdy nie przestanie cię kochać.

Siergiej podrzucił nas na próg naszego nowego domu, ucałował i wsunął klucze do kieszeni Dymitra. Powiedział na odchodne:

– Kocham was oboje jak własne dzieci.

Kiedy auto Siergieja zniknęło za rogiem, Dymitr otworzył drzwi z matowego szkła i wbiegliśmy do foyer, a stamtąd na pierwsze piętro. W tym jednopiętrowym budynku nasze mieszkanie było jednym z trzech na górze. Napis na złotej tabliczce na drzwiach głosił: „Łubieńscy”. Przejechałam palcami po literach. Łubieńska, tak teraz brzmiało moje nazwisko. Poczułam się jednocześnie podniecona i smutna.

Dymitr pokazał mi klucz. Wyglądał pięknie, wykonano go z kutego żelaza i pięknie ozdobiono uchwyt.

– Na zawsze – powiedział Dymitr.

Złapaliśmy się za ręce i wspólnie przekręciliśmy klucz w zamku.

Salon był duży, wysoki, wielkie okna wychodziły na ulicę. Brakowało zasłon, lecz na kołkach już wisiały lambrekiny. Za szybą dostrzegłam skrzynki pełne fiołków. Uśmiechnęłam się, zachwycona, że Siergiej zasadził tu ulubione kwiatki Mariny. Naprzeciwko kominka stała komfortowa francuska sofa. Wszystko pachniało farbą i nową tkaniną. Mój wzrok padł na serwantkę w kącie pokoju i przeszłam po miękkim dywanie, żeby sprawdzić, co się tam znajduje. Za szybką ujrzałam swoje matrioszki; uśmiechały się do mnie. Uniosłam dłoń do ust, żeby nie wybuchnąć płaczem. Tuż przed ślubem wiele razy szlochałam, świadoma, że w tym najważniejszym dniu mojego życia zabraknie matki.

– Pomyślał o wszystkim – powiedziałam. – Wszystko tu zrobił z miłości.

Uniosłam wzrok, wciąż przyciskając róże do piersi. Dymitr stał w wejściu pod łukowatym sklepieniem. Za nim dostrzegłam korytarz prowadzący do łazienki. Sufit był niski, niczym w domku dla lalek, a ściany wyklejone kwiecistą tapetą. Przypominała mi ogród w Moskwie – Szanghaju, który Siergiej stworzył specjalnie na mój ślub.

Podeszłam do Dymitra i razem wkroczyliśmy do łazienki. Wyjął róże z mojej dłoni i wrzucił je do misy. Przez dłuższy czas nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. Spoglądając sobie w oczy, nasłuchiwaliśmy bicia naszych serc. Po chwili Dymitr sięgnął do moich ramion i zaczął odpinać haftki sukni. Skóra mi mrowiła pod wpływem jego dotyku. Choć zaręczyliśmy się już przed rokiem, nigdy nie znaleźliśmy się w intymnej sytuacji. Siergiej do tego nie dopuścił.

Dymitr zsunął ze mnie suknię, która opadła na podłogę. Napełniłam wannę, on zaś zdjął koszulę i spodnie. Zahipnotyzowała mnie gładkość jego skóry, szeroka pierś porośnięta ciemnymi włosami. Stanął za mną i uniósł moją halkę nad talię, piersi i głowę. Czułam jego penis na swoim udzie. Dymitr wyjął kwiaty z misy i razem rozrzuciliśmy płatki na powierzchni wody. Kąpiel chłodziła mi skórę, lecz nie ostudziła pożądania. Dymitr wśliznął się za mną, dłońmi zaczerpnął wody i ją przełknął.