Выбрать главу

Popołudnia języka i kultury okazały się jedyną radością tego okropnego, chłodnego przedwiośnia. Dan Richards był zabawny i czarujący, żałowałam, że oboje mamy małżonków, bo z łatwością mogłabym się w nim zakochać. Jego żarty i dżentelmeńskie maniery pomogły mi częściowo zapomnieć o Dymitrze. Dan z taką czułością i szacunkiem opowiadał o swojej ciężarnej żonie, że dzięki niemu znowu zapragnęłam komuś zaufać. Słuchając go, mogłam uwierzyć w miłość. Zaczęłam czuć się jak osoba, którą byłam, zanim odebrano mi matkę, jak ktoś, kto wierzy w ludzką dobroć.

Pewnego popołudnia Dan spóźniał się na lekcję. Przyglądałam się innym parom zajętym rozmowami i usiłowałam przypomnieć sobie nazwiska i kadencje prezydentów z ponurych portretów na ścianach. Kiedy Dan wreszcie dotarł na spotkanie, brakowało mu tchu. W jego włosach i na brwiach lśniły krople deszczu, miał zabłocone buty. Nerwowo pocierał dłońmi o kolana i zapominał słówek tuż po tym, jak je wymawiałam.

– O co chodzi? – spytałam.

– O Polly. Właśnie odesłałem ją do Stanów.

– Dlaczego?

Zwilżył usta językiem, jakby mu wyschły.

– Polityczna sytuacja tutaj zrobiła się zbyt niepewna – odparł. – Kiedy Japończycy zaatakowali, wywieźli mnóstwo amerykańskich kobiet i dzieci do obozów. Nie będę ryzykował. Gdybyś ty była moją żoną, też bym cię odesłał – dodał.

Wzruszyła mnie jego troska.

– My, Rosjanie, nie mamy dokąd iść – poinformowałam go. – Chiny to nasza ojczyzna.

Rozejrzał się po pokoju, a następnie zbliżył twarz do mojej.

– Aniu – zaczął – to poufna informacja, ale Czang Kaj – szek ma zamiar opuścić miasto. Amerykański rząd poinformował nas, że nie zamierza dłużej wspierać rządu nacjonalistów. Nasza broń wpada w ręce komunistów za każdym razem, gdy jakiś nacjonalistyczny generał decyduje się przejść na drugą stronę. Anglicy nakazali swoim obywatelom zachowywać się normalnie. My jednak zbytnio zasiedzieliśmy się w Chinach. Pora na nas.

Później, podczas ciast i przekąsek, Dan wsunął mi w dłoń jakąś karteczkę.

– Przemyśl to, Aniu – powiedział. – Kozak Grigorij Bołogow negocjuje z IRO, Międzynarodową Organizacją do Spraw Uchodźców, wywiezienie twoich rodaków z Szanghaju. Wkrótce odpływa statek na Filipiny. Jeśli zostaniesz, chińscy komuniści wyślą cię do Związku Radzieckiego. Ostatnią grupę Rosjan z Szanghaju, która wróciła tam po wojnie, skazano na śmierć za szpiegostwo.

Pobiegłam w deszczu do domu, ściskając adres Bołogowa w dłoni.

Byłam przygnębiona i pełna obaw. Opuścić Chiny? Dokąd miała – bym się udać? Wyjazd z Chin równał się zostawieniu matki. Skąd by wiedziała, gdzie mnie znaleźć? Pomyślałam o bezpiecznej drodze do Stanów, szczęśliwej i ciężarnej pani Richards, do której miał wkrótce dołączyć dobroduszny, wierny i zakochany mąż. Jaki kapryśny bywa los. Dlaczego ja musiałam spotkać Dymitra? Położyłam dłonie na płaskim brzuchu. Nie miałam już męża, ale może odnalazłabym się w roli matki. Wyobraziłam sobie małą dziewczynkę o ciemnych włosach i bursztynowych oczach swojej babci.

Mieszkanie wydawało się ponure. Nie było Mei Lin, uznałam, że pewnie poszła na zakupy albo śpi w pokoju dla służby. Zamknęłam za sobą drzwi i zdjęłam płaszcz. Nagle wstrząsnął mną dreszcz.

Zapach tytoniu gryzł mnie w nozdrza. Zmrużyłam oczy, widząc cień na sofie, aż nabrał kształtów. Dymitr. Czerwony koniuszek jego papierosa lśnił niczym węgielek w mroku. Wpatrywałam się w zarys sylwetki mojego męża, niepewna, czy jest prawdziwy, czy tylko go sobie wyobraziłam. Zapaliłam światło. Zerknął na mnie, ale przez cały czas milczał. Zaciągał się papierosem, jakby nie mógł bez niego oddychać. Weszłam do kuchni i postawiłam czajnik na kuchence. Gdy woda się zagotowała, zrobiłam sobie herbaty, jemu nie proponując.

– Spakowałam resztę twoich rzeczy do kufra w szafie w przedpokoju – powiedziałam. – Na wypadek, gdybyś nie wiedział, gdzie ich szukać. Wychodząc, zamknij za sobą drzwi.

Przeszłam do sypialni. Byłam zbyt zmęczona na rozmowy i nie miałam zamiaru dać się bardziej ranić. Zrzuciłam buty i ściągnęłam sukienkę przez głowę. W pokoju było bardzo zimno. Wśliznęłam się pod kołdrę, nasłuchując deszczu bębniącego o parapet. Serce głośno biło mi w piersi. Nie byłam jednak pewna, czy przez Dymitra, czy przez Dana. Zerknęłam na zegar na szafce nocnej, złotą miniaturkę, którą Michajłowowie podarowali nam z okazji zaręczyn. Minęła godzina i uznałam, że Dymitr z pewnością już poszedł. Jednak kiedy zaczęły opadać mi powieki, usłyszałam skrzypnięcie drzwi do sypialni i kroki Dymitra. Przekręciłam się na bok, udając, że śpię. Wstrzymałam oddech, gdy poczułam ciężar jego ciała na materacu. Miał lodowatą skórę. Położył dłoń na moim kolanie, a ja zamieniłam się w kamień.

– Odejdź – powiedziałam.

Zacieśnił uścisk.

– Nie możesz robić, co ci się podoba, i nagle wracać. Nie odpowiedział, oddychał jak wyczerpany człowiek. Wbijałam paznokcie w swoje ramię, aż rozdrapałam skórę do krwi. – Już cię nie kocham – dodałam. Jego dłoń wędrowała po moich plecach. Nie miał skóry jak zamsz, teraz przypominała papier ścierny. Odtrąciłam go, ale złapał mnie za brodę i zmusił, żebym na niego spojrzała. Dostrzegłam, jak zmarniał. Amelia wzięła go w całości, a zwróciła pustą skorupę. – Już cię nie kocham – powtórzyłam.

Gorące łzy Dymitra spadły mi na twarz. Piekły niczym siarka.

– Dam ci, co zechcesz – zaszlochał Dymitr.

Odepchnęłam go i wstałam.

– Nie chcę cię – powiedziałam. – Już cię nie chcę.

Następnego dnia zjedliśmy śniadanie w brazylijskiej kawiarni w Alei Joffre. Dymitr wygrzewał nogi w promieniach słońca wpadających przez okno. Zamknął oczy i zdawał się błądzić myślami gdzieś indziej. Wydłubałam grzyby ze swojego omleta, zostawiając je na później. Grzyby w lesie są ukryte niczym skarby, czekają na zręczne dłonie, by je zerwały. Przypomniałam sobie, jak matka śpiewała mi tę piosenkę. Kawiarnia była pusta, jedynie wąsaty kelner pętał się za ladą, udając, że ją czyści. Powietrze pachniało drewnem, olejem i cebulą. Nawet teraz, kiedy natrafiam na tę kombinację zapachów, przypominam sobie ten poranek po powrocie Dymitra.

Chciałam wiedzieć, czy przyszedł do mnie z miłości, czy też dlatego, że przestało mu się układać z Amelią. Nie mogłam się jednak zmusić, by zadać pytanie, które miałam na końcu języka. Niepewność utworzyła między nami barierę. Rozmowa o Amelii przywołałaby ją tutaj, a tego nie chciałam.

Po chwili Dymitr się wyprostował i poruszył ramionami.

– Musisz wprowadzić się do domu – powiedział.

Na samą myśl o rezydencji poczułam ucisk w żołądku. Nie mogłam mieszkać w miejscu, w którym Dymitr był z Amelią. Nie chciałam widzieć zdrady w każdym meblu. Wzdrygnęłam się na myśl o spaniu w moim dawnym łóżku po tym, jak je zbrukano.

– Nie, nie chcę. – Odsunęłam talerz.

– W domu jest bezpieczniej. Teraz musimy o tym myśleć.

– Nie wrócę do domu. Nawet nie chcę go widzieć.

Dymitr przejechał ręką po twarzy.

– Jeśli komuniści wkroczą do miasta, najpierw pójdą do francuskiej dzielnicy przez twoją ulicę. Mieszkanie nie jest strzeżone. Rezydencję przynajmniej otacza mur.

Miał rację, ale nadal nie chciałam się przeprowadzać.

– Myślisz, że co zrobią? – zapytałam. – Wyślą nas do Związku Radzieckiego, jak moją matkę?

– Nie. – Dymitr wzruszył ramionami. – Kto będzie dla nich zarabiał pieniądze? Obejmą rządy i zaprowadzą tu chińskie porządki. Najbardziej przejmują mnie grabieże i zamieszki.

Wstał, by odejść. Kiedy ujrzał moje wahanie, wyciągnął rękę. – Aniu, chcę, żebyś była ze mną – powiedział.