Выбрать главу

– Co za głupia kobieta – powiedziała. – Opowiada ludziom o swoich niezwykłych znajomościach w Los Angeles. O własnym klubie. Moskwa – LA. Niezły dowcip.

Padało, kiedy wychodziłyśmy z klubu. Ucałowałam Lubę na pożegnanie. Cieszyło mnie znieczulające działanie szampana. Patrzyłam, jak Luba przepycha się przez tłum, żeby złapać rikszę. Co się stało z nami wszystkimi? Z tymi, którzy tańczyli walca na parkiecie w klubie Moskwa – Szanghaj i usiłowali śpiewać jak Josephine Baker?

W nocy wyły syreny, z oddali słychać było strzały. Następnego ranka znalazłam Dymitra w ogrodzie, stał po kostki w błocie.

– Zamknęli klub – powiedział.

Był upiornie blady, w jego zrozpaczonych oczach ujrzałam małego Dymitra. Chłopca, który utracił matkę. Potrząsnął z niedowierzaniem głową.

– Jesteśmy zrujnowani – dodał.

– Przecież to tylko na jakiś czas, dopóki się nie uspokoi – stwierdziłam. – Wystarczy nam pieniędzy, żeby przetrwać kilka miesięcy.

– Nie słyszałaś ostatnich wieści? – zapytał. – Komuniści przejęli władzę. Wyrzucają cudzoziemców. Nas wszystkich. Amerykański konsulat i Międzynarodowa Organizacja do Spraw Uchodźców zorganizowały statek.

– No to wyjedźmy – zaproponowałam. – Zaczniemy od nowa.

Dymitr opadł na kolana.

– Czy ty w ogóle słyszysz, co mówię, Aniu? Uchodźcy. Nie wolno nam ze sobą niczego zabrać.

– No to jedźmy, Dymitrze. Mamy szczęście, że ktoś chce nam pomóc.

Uniósł zabłocone ręce do twarzy i zakrył oczy.

– Będziemy biedni – szepnął.

Słowo „biedni” najwyraźniej go załamało, ja jednak poczułam dziwną ulgę. Nie mieliśmy być biedni. Mieliśmy być wolni. Nie chciałam opuszczać Chin, bo wydawało mi się, że jedynie one łączą mnie z matką, ale Chiny, jakie znałam, już nie istniały. W jednej chwili wymknęły nam się z rąk. Żadne z nas nie powinno w ogóle się nad tym zastanawiać. Nawet moja matka dostrzegłaby otwarte drzwi przede mną, szansę na nowy początek.

Twarz Starej Służącej posmutniała, gdy oznajmiłam, że i ona, i Mei Lin powinny odejść, gdyż nie są bezpieczne w naszym domu.

Zapakowałam im do kufrów jak najwięcej jedzenia, uszyłam woreczek, wypełniłam go pieniędzmi i kazałam Starej Służącej ukryć w sukience. Mei Lin przywarła do mnie. Dymitr pomógł mi podsadzić ją na rikszę.

– Musisz jechać ze swoją starą przyjaciółką – powiedziałam jej.

Kiedy riksza ruszyła, mała nie przestawała płakać. Przez chwilę pragnęłam ją zatrzymać, wiedziałam jednak, że nigdy nie wypuściliby jej z kraju.

Dymitr i ja kochaliśmy się przy akompaniamencie wycia bombowców i odległych wybuchów.

– Wybaczysz mi, Aniu? Naprawdę mi wybaczysz? – zapytał, gdy było po wszystkim.

Odparłam, że już mu wybaczyłam.

Rankiem rozszalała się ulewa. Deszcz bębnił o dach niczym pociski. Wyśliznęłam się z objęć Dymitra i podeszłam do okna. Strumienie wody zalewały ulicę. Przeniosłam wzrok na nagie ciało leżące na łóżku, żałując, że deszcz nie może zmyć z niego przeszłości. Dymitr drgnął i zamrugał powiekami.

– Nie przejmuj się deszczem – wymamrotał. – Pójdę piechotą do konsulatu. Spakuj walizki, wrócę po ciebie wieczorem.

– Wszystko będzie dobrze – powiedziałam, pomagając mu włożyć koszulę i płaszcz. – Nie zabiją nas. Po prostu każą nam się wynosić.

Dotknął mojego policzka.

– Naprawdę uważasz, że moglibyśmy zacząć od początku?.

Razem obeszliśmy dom, wiedząc, że dziś po raz ostatni usiądziemy na eleganckich meblach i wyjrzymy przez imponujące okna.

Zastanawiałam się, co z nim będzie, jaki użytek zrobią z niego komuniści. Czułam wdzięczność do losu za to, że Siergiej nie musi obserwować zniszczenia ukochanego domu Mariny. Pocałowałam Dymitra i odprowadziłam go do ogrodowej ścieżki, kuląc się przed deszczem. Chciałam mu towarzyszyć, ale zostało niewiele czasu i musiałam przygotować się do podróży.

Przez cały dzień rozbierałam biżuterię na części: zaszywałam kamienie i perły w palcach skarpet i szwach bielizny. Ukryłam resztki nefrytowego naszyjnika matki w najmniejszej z matrioszek.

Brakowało mi praktycznych strojów, więc zapakowałam do walizek najdroższe suknie w nadziei, że przynajmniej zdołam je sprzedać.

Byłam jednocześnie przerażona i podniecona. Nie mieliśmy pewności, że komuniści nas wypuszczą. Jeśli w czymkolwiek przypominali Tanga, mogli nas zabić z czystej chęci zemsty. Jednak podczas pracy podśpiewywałam. Znowu byłam szczęśliwa i zakochana. Po zapadnięciu ciemności zaciągnęłam zasłony i przygotowałam kolację przy świecach, używając niemal wszystkich dostępnych składników. Rozłożyłam na podłodze biały obrus, ustawiłam na nim weselną zastawę i kieliszki; mieliśmy ich użyć po raz ostatni.

Kiedy Dymitr nie wrócił wieczorem, powtarzałam sobie, że nie powinnam obawiać się najgorszego. Spekulowałam, że deszcz po – wstrzyma komunistów na co najmniej jeden dzień, a Dymitr był na tyle bystry, aby nie pakować się w kłopoty.

– Najgorsze już minęło – powtarzałam niczym mantrę, zwinięta na podłodze. – Najgorsze już minęło.

Kiedy Dymitr nie wrócił rankiem, usiłowałam dodzwonić się do konsulatu, ale linie nie działały. Poczekałam jeszcze dwie godziny, ze zdenerwowania pot spływał mi po plecach. Gdy deszcz niemal ustał, zarzuciłam na siebie płaszcz, wciągnęłam buty i po – biegłam do konsulatu. Korytarze i poczekalnie były zapchane ludźmi. Dostałam numerek i kazano mi czekać na swoją kolej.

Rozglądałam się po twarzach nieznajomych, rozpaczliwie pragnąc ujrzeć Dymitra. Nagle dostrzegłam wychodzącego z gabinetu Dana Richardsa. Gdy go zawołałam, rozpoznał mnie i machnął ręką, żebym podeszła.

– Straszna rzeź, Aniu. – Wziął ode mnie płaszcz i zamknął za nami drzwi. – Napijesz się herbaty?

– Szukam męża – powiedziałam, usiłując zdławić narastającą we mnie panikę. – Przyszedł tu wczoraj po przepustkę na statek dla uchodźców i nie wrócił.

Na miłej twarzy Dana pojawiła się troska. Pomógł mi usiąść i poklepał mnie po ramieniu.

– Nie przejmuj się, proszę – westchnął. – Straszny tu chaos. Sprawdzę, co się dzieje.

Zniknął na korytarzu. Siedziałam nieruchomo jak posąg, wpatrując się w chińskie antyki i książki częściowo spakowane do pudeł.

Dan wrócił godzinę później. Twarz miał pełną napięcia. Wstałam z krzesła, przerażona, że Dymitr nie żyje. Dan trzymał w ręce jakiś papier, pokazał mi go. Ujrzałam zdjęcie Dymitra. Oczy, które tak kochałam.

– Aniu, czy to twój mąż? Dymitr Łubieński?

Skinęłam głową. Narastał we mnie strach.

– Boże drogi, Aniu! – wykrzyknął Dan, opadając na fotel i przygładzając dłonią potargane włosy. – Dymitr Łubieński poślubił wczoraj wieczorem Amelię Millman i rankiem odpłynął do Ameryki.

Stałam przed Moskwą – Szanghajem, wpatrując się w zabite deskami drzwi i okna. Deszcz przestał padać. Nieopodal słychać było strzały. Zapatrzyłam się na portyk, kamienne schody, białe lwy strzegące wejścia. Czy próbowałam to wszystko zapamiętać, czy o tym zapomnieć? Siergieja, Dymitra, taniec do kubańskiej muzyki, ślub, pogrzeb, ostatnie dni. Ulicą przemknęła jakaś rodzina, matka uciszała płaczące dzieci. Na wpół zgięty ojciec pchał wózek pełen kufrów i walizek, które, jak wiedziałam, zostaną mu odebrane jeszcze przed wejściem do portu.

Dan dał mi godzinę na powrót do konsulatu. Znalazł dla mnie miejsce na statku ONZ, płynącym na Filipiny. Miałam być uchodźcą, zostałam całkiem sama. Uwierały mnie perły i kamienie w pończochach. Wiedziałam, że resztę biżuterii rozdrapią ci, którzy włamią się do rezydencji. Wszystko poza obrączką. Uniosłam dłoń pod słońce, a potem wspięłam się po schodach ku marmurowemu lwu bliżej wejścia i położyłam obrączkę na jego języku. Mój dar dla Mao Zedonga.