Skrzynia oparta o środkowy maszt służyła za wspólną toaletkę. Wśród paciorków i etui na pędzelki leżało lusterko z chińskim smokiem na odwrocie. Podniosłam je i popatrzyłam na swój policzek. W jaskrawym świetle dnia wysypka wyglądała jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Wpatrywałam się w nią przez chwilę, próbując przywyknąć do nowej twarzy. Była bliznowata i brzydka, moje oczy zaś wydawały się małe i okrutne.
Kopniakiem otworzyłam kufer. Jedyna letnia sukienka, z włoskiego jedwabiu obrębionego szklanymi paciorkami, była zbyt elegancka na plażę, musiałam się jednak nią zadowolić.
Namioty, które mijałam po drodze do biura naczelnika okręgu, pełne były ludzi. Niektórzy odsypiali nocną wartę albo wieczór w San Miguel, miejscowym barze, inni zmywali naczynia lub jedli śniadanie. Jeszcze inni siedzieli na leżakach przed namiotami, czytając albo rozmawiając, zupełnie jak urlopowicze. Młodzi mężczyźni o ogorzałych twarzach i jasnych oczach obserwowali moje przejście. Uniosłam brodę, aby pokazać im mój chory policzek i w ten sposób uświadomić, że jestem niedostępna, pod każdym względem.
Naczelnik okręgu pracował w baraku z blachy falistej, z betonową podłogą i spłowiałymi od słońca zdjęciami cara i carycy nad wejściem. Zapukałam w siatkowe drzwi.
– Proszę.
Po wejściu zmrużyłam oczy, próbując się przyzwyczaić do półmroku w baraku. Dostrzegłam łóżko polowe przy drzwiach i okno po przeciwnej stronie pomieszczenia. Powietrze śmierdziało preparatem na komary i smarem silnikowym.
– Ostrożnie. – Raz jeszcze usłyszałam ten sam głos.
Zamrugałam i odwróciłam się w jego kierunku. W baraku było gorąco, ale chłodniej niż w namiocie. Wkrótce dostrzegłam naczelnika, siedział przy biurku. Niewielka lampka rzucała wokół krąg światła, ale nie oświetlała jego twarzy. Widziałam jedynie, że to muskularny mężczyzna o szerokich ramionach. W skupieniu pochylał się nad czymś. Ruszyłam ku niemu, mijając kawałki drutu, śruby, sznur i gumową oponę. Naczelnik trzymał śrubokręt i praco – wał nad transformatorem. Miał zniszczone i brudne paznokcie, ale jego skóra była gładka i brązowa.
– Spóźniłaś się, Anno Wiktorowna – powiedział. – Dzień już się zaczął.
– Wiem. Przepraszam.
– To nie Szanghaj. – Gestem wskazał mi stołek naprzeciwko siebie.
– Wiem. – Usiłowałam dojrzeć jego twarz, ale widziałam jedynie szeroką szczękę i mocno zaciśnięte usta.
Wziął jakieś papiery ze stosiku na biurku.
– Masz wysoko postawionych przyjaciół – stwierdził. – Dopiero przypłynęłaś, a będziesz pracowała w administracji IRO. Inni z twojego statku muszą sprzątać dżunglę.
– Widać mam szczęście.
Naczelnik okręgu zatarł ręce, po czym wybuchnął śmiechem. Usiadł wygodniej na krześle i skrzyżował dłonie za głową. Jego usta się odprężyły. Teraz były pełne i uśmiechnięte.
– Co powiesz na nasze miasto namiotów? Robi wrażenie?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W jego głosie nie wyczuwałam sarkazmu. Nie usiłował mnie poniżyć, raczej zachowywał się jak człowiek, który dostrzega ironię sytuacji i usiłuje z niej żartować.
Wręczył mi fotografię z biurka. Zdjęcie przedstawiało grupkę mężczyzn przed stertą wojskowych namiotów. Wpatrywałam się w ich nieogolone twarze. Młody człowiek z przodu kucał, trzymając wspornik. Miał szerokie ramiona i plecy. Rozpoznałam pełne usta i szczękę, jednak coś było nie tak z oczami. Usiłowałam przybliżyć zdjęcie do światła, ale naczelnik wyjął mi fotografię z ręki.
– Byliśmy pierwszymi ludźmi wysłanymi na Tubabao – powiedział. – Szkoda, że nie widziałaś wtedy wyspy. IRO wysadziła nas tutaj bez żadnych narzędzi. Musieliśmy wykopać doły kloaczne i rowy tym, co zdołaliśmy znaleźć. Jeden z naszych ludzi był inżynierem, zebrał kawałki maszynerii pozostawionej przez Amerykanów w czasach, gdy ta wyspa służyła im za bazę wojskową. Po tygodniu zbudował generator elektryczności. Taka zaradność wzbudza mój szacunek.
– Jestem wdzięczna za wszystko, co zrobił dla mnie Dan Richards. Mam nadzieję, że wniosę jakiś wkład w rozwój wyspy.
Naczelnik okręgu przez chwilę milczał. Nie mogłam opędzić się od myśli, że mnie obserwuje. Jego tajemnicze usta wygięły się w figlarny uśmiech. Miał w sobie ciepło, które natychmiast rozświetliło chatę. Dzięki temu polubiłam naczelnika mimo jego obcesowych manier. Był trochę misiowaty, kojarzył mi się z Siergiejem.
– Jestem Iwan Michajłowicz Nakimowski. Mówmy sobie po imieniu. – Wyciągnął rękę. – Mam nadzieję, że moje żarty nie sprawiły ci przykrości.
– Ani trochę. – Uścisnęłam jego dłoń. – Na pewno miałeś do czynienia z całą masą wyniosłych mieszkańców Szanghaju.
– Tak. Ale ty nie jesteś prawdziwą mieszkanką Szanghaju. Urodziłaś się w Harbinie i słyszałem, że ciężko pracowałaś na statku – stwierdził.
Kiedy już wypełniłam formularze meldunkowe i dotyczące zatrudnienia, Iwan odprowadził mnie do wyjścia.
– Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, przyjdź do mnie. – Raz jeszcze potrząsnął moją dłonią.
Wyszłam na słońce, ale on pociągnął mnie za ramię, wskazując szorstkim palcem mój policzek.
– To tropikalny pasożyt – powiedział. – Idź natychmiast do szpitala. Powinni cię byli wyleczyć na statku.
Twarz Iwana całkiem mnie zaskoczyła. Był młody, miał może dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat, i klasyczne rosyjskie rysy: szeroką szczękę, wystające kości policzkowe, głęboko osadzone błękitne oczy, jednak od jego czoła aż do kącika prawego nosa biegła blizna, wyglądająca jak ślad po przypaleniu. Przy samym oku rana źle się wygoiła i powieka Iwana była częściowo opuszczona.
Zauważył moją minę i wycofał się tyłem w cień. Było mi głupio z powodu mojej reakcji, bo go polubiłam.
– Idź. Tylko się pośpiesz – dodał. – Lekarz lada chwila powędruje na cały dzień na plażę.
Szpital znajdował się obok sklepu i głównej drogi. Był to długi, drewniany, zadaszony budynek z okapami, w oknach brakowało szyb. Młoda Filipinka zaprowadziła mnie do lekarza. Łóżka na oddziale były puste, tylko na jednym leżała młoda kobieta ze śpiącym niemowlęciem przy piersi. Lekarz był Rosjaninem i jak dowiedziałam się później, ochotnikiem. Wraz z innymi członkami personelu medycznego wybudował szpital od podstaw. Lekarstwa wypraszali od IRO i rządu filipińskiego albo kupowali je na czarnym rynku. Usiadłam na niewygodnej ławeczce, podczas gdy lekarz przyjrzał się mojemu policzkowi, napinając go palcami.
– Dobrze, że pani przyszła. – Umył ręce w misce wody przyniesionej przez pielęgniarkę. – Takie pasożyty mogą żyć latami i niszczyć tkankę.
Zrobił dwa zastrzyki, jeden w szczękę, a drugi, bolesny, obok oka.
Twarz mnie piekła, jakby ktoś wymierzył mi policzek. Doktor wręczył mi tubkę kremu z napisem „Próbka, nie na sprzedaż”.
Ześliznęłam się z ławeczki i omal nie zemdlałam.
– Proszę chwilę posiedzieć, zanim pani pójdzie – nakazał lekarz.
Posłuchałam, ale gdy tylko opuściłam szpital, znowu zrobiło mi się niedobrze. Stałam na podwórzu dla pacjentów ambulatoryjnych, pełnym płóciennych krzeseł i ocienionym palmami. Podeszłam do jednego z krzeseł i opadłam na nie. Krew szumiała mi w uszach.
– Co się stało tej dziewczynie? Idź sprawdzić – usłyszałam głos starej kobiety.
Gorące słońce świeciło wśród liści, w oddali słyszałam szum oceanu. Po chwili coś zaszeleściło.
– Mogę ci przynieść trochę wody? – zapytała nieznajoma. – Jest bardzo gorąco.