Выбрать главу

Zamrugałam załzawionymi oczami, usiłując skupić uwagę na sylwetce na tle bezchmurnego nieba.

– Nic mi nie jest – wyjaśniłam. – Dostałam zastrzyki i trochę mi po nich słabo.

Młoda kobieta przykucnęła obok mnie. Kręcone brązowe włosy związała na głowie apaszką.

– Nic jej nie jest, babciu! – wykrzyknęła. – Mam na imię Irina. – Uśmiechnęła się, ukazując białe zęby. Miała nieproporcjonalnie duże usta, ale wręcz promieniała. Światło biło od jej twarzy i oczu, rozświetlało oliwkową skórę. Kiedy się uśmiechała, była piękna.

Przedstawiłam się. Starsza pani spoczywała na leżance pod drzewem, przeznaczonej dla o wiele większej osoby. Poinformowała mnie, że nazywa się Ruselina Leonidowna Lewicka.

– Babcia nie czuje się najlepiej – powiedziała Irina. – Upał ją męczy.

– A tobie co jest? – spytała mnie Ruselina.

Miała siwe włosy, ale identyczne brązowe oczy jak jej wnuczka. Odgarnęłam włosy i pokazałam im policzek.

– Biedactwo – westchnęła Irina. – Miałam coś podobnego na nodze, ale już zeszło.

Uniosła spódnicę, żeby zademonstrować pulchne i zupełnie gładkie kolano.

– Widziałaś plażę? – spytała Ruselina.

– Nie, przypłynęłam dopiero wczoraj.

– Jest piękna. – Przycisnęła ręce do twarzy. – Umiesz pływać?

– Tak, ale pływałam tylko w basenie, nigdy w oceanie.

– No to chodź. – Irina wyciągnęła rękę. – Zostaniesz namaszczona.

W drodze na plażę zatrzymałyśmy się przy namiocie Iriny i Ruseliny.

Dwa rzędy muszli znaczyły ścieżkę do wejścia. W środku karmazynowe prześcieradło udrapowane pod sufitem rzucało na wszystko ciepły różowy cień. Zdumiało mnie, ile ubrań zdołały tu pomieścić. Widziałam futrzane boa, kapelusze i spódnicę ozdobioną kawałkami potłuczonego lusterka. Irina rzuciła mi biały kostium kąpielowy.

– To babci – stwierdziła. – Jest równie stylowa i szczupła jak ty.

Sukienka lepiła mi się do rozgrzanej skóry. Przyjemnie było ją ściągnąć i poczuć na ciele powiew świeżego powietrza. Przeszył mnie dreszcz ulgi. Kostium pasował w biodrach, lecz mocno ściskał mi biust, przez co piersi wypływały górą, jakbym była w gorsecie. Zawstydziłam się, lecz po chwili wzruszyłam ramionami i postanowiłam się nie przejmować. Od czasów dzieciństwa nie wkładałam na siebie równie skąpego stroju. Teraz poczułam się wolna. Irina nałożyła czerwony kostium w zielono – srebrne wzory. Wyglądała jak egzotyczna papuga.

– Co robiłaś w Szanghaju? – spytała.

Powtórzyłam historię o guwernantce i zadałam jej identyczne pytanie.

– Byłam śpiewaczką kabaretową. Babcia grała na pianinie. – Na widok mojego zdumienia lekko się zarumieniła. – Nic nadzwyczajnego – dodała. – Nie Moskwa – Szanghaj ani nic z taką klasą. Mniejsze lokale. Żeby się jakoś utrzymać, między występami szyłyśmy sukienki. To babcia zrobiła mi wszystkie kostiumy.

Nie zauważyła, jak drgnęłam na wzmiankę o Moskwie – Szanghaju. To był szok. Czy naprawdę wierzyłam, że już nigdy nie będę musiała o tym myśleć? Zapewne setki ludzi na wyspie słyszało o klubie. Przecież był dumą Szanghaju. Miałam tylko nadzieję, że nikt mnie nie rozpozna. Siergiej, Dymitr i Michajłowowie nie byli typowymi Rosjanami, różnili się od osób takich jak ojciec, matka i ja, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Harbinie. Dziwnie się czułam między ludźmi mojego pokroju.

Ścieżka na plażę biegła przez stromy wąwóz. Po jednej stronie drogi parkował jeep, a czterech filipińskich żandarmów kucało obok auta, paląc i opowiadając sobie dowcipy. Wyprostowali się na nasz widok.

– Strzegą nas przed piratami – wyjaśniła Irina. – Lepiej uważajcie po swojej stronie obozu.

Owinęłam się szczelnie ręcznikiem. Irina jednak minęła mężczyzn z ręcznikiem przerzuconym przez ramię, świadoma efektu, jaki jej kuszące ciało i rozkołysane biodra wywierają na żandarmach, ale wcale niezawstydzona.

Plaża wyglądała jak marzenie. Piasek był biały niczym piana na falach, usiany orzechami kokosowymi oraz milionami drobnych muszelek. Oprócz nas w okolicy przebywała tylko para brązowych psów, śpiących pod palmą. Na nasz widok uniosły łby. Nie było fal, woda lśniła w południowym słońcu. Dotąd nigdy nie pływałam w oceanie, ale wbiegłam do niego bez wahania. Od razu poczułam rozkoszny dreszcz. Obok mnie przemykały ławice srebrzystych rybek.

Odrzuciłam głowę i unosiłam się na kryształowym lustrze wody. Irina nurkowała i wynurzała się, strząsając z rzęs krople wody. Namaszczona. Tego słowa użyła. Tak się właśnie czułam. Miałam wrażenie, że pasożyt na moim policzku się kurczy, a słońce i sól działają jak środek odkażający na ranę. Zmywałam z siebie Szanghaj. Na łonie natury, na powrót stawałam się dziewczynką z Harbinu.

– Znasz tu kogoś z Harbinu? – zapytałam Irinę.

– Tak – odparła. – Babcia się tam urodziła. A co?

– Chcę odnaleźć kogoś, kto znał moją matkę – wyjaśniłam.

Irina i ja leżałyśmy na ręcznikach pod palmą, senne jak tamte dwa psy.

– Moi rodzice zginęli w czasie bombardowania Szanghaju, kiedy miałam osiem lat – powiedziała. – Wtedy przyjechała babcia, żeby się mną zająć. Możliwe, że znały się z twoją mamą, chociaż babcia mieszkała w innej dzielnicy.

Za nami rozległ się ryk motoru, zakłócając spokój. Pomyślałam o filipińskich żandarmach i podskoczyłam. To jednak był Iwan, machał do nas zza kierownicy jeepa. Najpierw uznałam, że samochód pomalowano w maskujące wzory, ale kiedy przyjrzałam się uważniej, ujrzałam, że to mech i rdza nadały mu ten wygląd.

– Chcecie zobaczyć szczyt wyspy? – spytał. – Właściwie nie wolno mi tam nikogo zabierać. Słyszałem jednak o tamtejszych duchach i doszedłem do wniosku, że przydadzą mi się dwie dziewice do ochrony.

– Zawsze opowiadasz takie dziwne rzeczy, Iwan – roześmiała się Irina, wstała i otrzepała piach z nóg. Przewiązała ręcznik w pasie i zanim zdążyłam się odezwać, wskoczyła do jeepa. – Chodź, Aniu. Przyłącz się do wycieczki. Za darmo.

– Byłaś u lekarza? – spytał Iwan, kiedy wspięłam się do auta.

Tym razem zachowałam ostrożność i nie wpatrywałam się zbyt uważnie w jego twarz.

– Tak – odparłam. – Jestem zdumiona, że to tropikalny pasożyt. Przyczepił się do mnie tuż po wypłynięciu z Szanghaju.

– Statek, którym tu przybyłaś, odbył niejedną podróż. Wielu z nas to złapało. Jednak dotąd nikt nie miał tego na twarzy. To niebezpieczne. Za blisko oczu.

Piaszczysta plaża rozciągała się na ponad kilometr. Potem palmy kokosowe i krzaki nipy ustąpiły miejsca gigantycznym drzewom, które pochylały się nad nami niczym demony. Ich wykręcone pnie porastały winorośle i pasożytnicze rośliny. Minęliśmy wodospad; stara drewniana tabliczka ostrzegała: „Uwaga na węże przy zbiornikach wodnych”.

Kilka minut później Iwan zatrzymał jeepa. Drogę zablokowała nam ciemna góra. Kiedy motor zgasł, zaniepokoiła mnie nienaturalna cisza. Ptaki milczały, nie słyszałam wiatru ani oceanu. Coś przyciągnęło moją uwagę: para oczu między skałami. Przyjrzałam się uważniej górze i w końcu dostrzegłam na niej płaskorzeźby świętych i drzewa papai. Przeszył mnie dreszcz. Widziałam kiedyś podobną budowlę w Szanghaju, ale ten hiszpański kościół był naprawdę stary. Z przekrzywionej wieży pozostały jedynie po – tłuczone kafelki, jednak reszta budynku była nietknięta. Drobne paprocie zapuściły korzenie w każdej szczelinie. Wyobraziłam sobie, jak trędowaci mieszkający na tej wyspie przed przybyciem Amerykanów wędrują wokół świątyni i zastanawiają się, czy Bóg ich opuścił tak samo jak ludzie, którzy przywieźli ich tu na śmierć.

– Zostańcie w jeepie. Za nic stąd nie wychodźcie. – Iwan patrzył wprost na mnie. – Wszędzie są węże… i stare miny. Jeśli ja wylecę w powietrze, nic się nie stanie, ale wy jesteście za ładne.