Gęsta dżungla otaczająca ósmy okręg ocaliła go. Namioty się zawaliły i łopotały bezradnie na wietrze, ale nie były podarte na strzępy jak te w trzecim i czwartym okręgu. Wszędzie leżały poprzewracane łóżka, ale niewiele się połamało. Choć jeden z namiotów odleciał na drzewa, meble wciąż stały na swoich miejscach, jakby ich właściciele odeszli stąd zaledwie przed chwilą.
Na widok kufra zagryzłam popękane wargi aż do krwi. Był fachowo przywiązany do drzewa i nietknięty. Przepełniła mnie wdzięczność do nieznanej dziewczyny, która zadała sobie tyle trudu pod moją nieobecność. Zamek się zaciął, nie mogłam go otworzyć. Złapałam pobliski kamień i uderzyłam z całej siły w drewno. Wieczorowe stroje w kufrze były wilgotne i zapiaszczone, ale nic mnie one nie obchodziły. Szperałam pod materiałami, modląc się, żeby moja ręka natrafiła na to, czego szukałam. Kiedy dotknęłam drewna, głośno odetchnęłam z ulgą i wyciągnęłam matrioszkę. Była nietknięta, całowałam ją raz po raz, jak matka, która odnalazła utracone dziecko.
Morze miało barwę herbaty z mlekiem. Na jego powierzchni unosiły się rośliny i śmiecie. W porannym świetle wyglądało nieszkodliwie, w niczym nie przypominało wściekłego potwora, który ubiegłej nocy omal nas nie połknął. W pobliżu, na wąskiej wstędze piasku, jedynej pozostałości po plaży, ksiądz prowadził modlitwę dziękczynną dla grupy ludzi. Nie wierzyłam w Boga, ale i tak z szacunku dla nich pochyliłam głowę. Mieliśmy za co dziękować. Jakimś cudem nikt nie zginął. Zamknęłam oczy i popadłam w odrętwienie.
Później znalazłam kapitana Connora przed biurem IRO. Metalowe ściany pełne były dziur, niektóre szafki z aktami się poprzewracały. Kapitan Connor wyglądał dość surrealistycznie na tle zniszczeń, w starannie wyprasowanym garniturze i z przedziałkiem we włosach tak równym, że przeświecała przezeń czerwień spalonej słońcem skóry. Jedyną oznaką tajfunu była plamka błota na jego butach.
Uśmiechnął się do mnie jak każdego dnia. Wskazał skupisko baraków służących za magazyny. Niektóre znajdowały się w gorszym stanie niż nasze biuro, ściany wygięły się tak strasznie, że budynki zapewne nie nadawały się już do użytku.
– Może dzięki tej katastrofie uświadomią sobie wreszcie, że powinni pośpieszyć się z zabraniem nas z wyspy – mruknął.
Kiedy wróciłam do szpitala, na pomoc przybyli już filipińscy i amerykańscy żołnierze z wyspy Guam. Iwan i inni urzędnicy przenosili kanistry z paliwem i wodą z naczepy wojskowej ciężarówki, żołnierze zaś pracowicie wznosili namioty dla pacjentów, którzy nie mieścili się w szpitalu. Ochotnicy gotowali wodę, żeby wysterylizować szpitalne narzędzia i bandaże, albo przygotowywali jedzenie pod naprędce skleconymi baldachimami.
Na ubitej wilgotnej trawie mnóstwo ludzi spało na kocach. Leżała tam też Ruselina. Irina siedziała obok niej, głaszcząc ją po siwych włosach. Ruselina mówiła, że poświęciłaby się dla mnie lub dla swojej wnuczki, że tylko my jej pozostałyśmy. Obserwowałam obie kobiety zza drzewa, przyciskając matrioszkę do piersi. Mnie też tylko one pozostały.
Ujrzałam Iwana ciągnącego worek z ryżem do namiotu kuchennego. Chciałam mu towarzyszyć, ale zabrakło mi odwagi. Iwan się wyprostował, potarł obolały grzbiet i nagle mnie zauważył. Podszedł z uśmiechem na twarzy i dłońmi założonymi na plecach, jednak natychmiast spoważniał na widok mojej miny.
– Nie mogę się ruszyć – powiedziałam. Wyciągnął ręce.
– Nic się nie stało, Aniu. – Objął mnie. – Nie jest tak źle. Nikt nie został poważnie ranny, a wszystko można naprawić albo zastąpić.
Przytuliłam się do Iwana, nasłuchując równego bicia jego serca. Na chwilę znowu powróciłam do domu, byłam ukochanym dzieckiem rodziców w Harbinie. Dobiegł mnie zapach świeżo upieczonego chleba, słyszałam ogień trzaskający na kominku w salonie, czułam miękkość niedźwiedziego futra pod stopami. Po raz pierwszy od bardzo dawna usłyszałam jej głos: „Tu jestem, moja mała dziewczynko, tak blisko, że możesz mnie dotknąć”. Nagle rozległ się ryk motoru ciężarówki, czar prysnął. Odsunęłam się od Iwana, otwierając usta, żeby coś powiedzieć, jednak nie mogłam wydobyć z siebie ani słowa.
Ujął moją dłoń w stwardniałe palce, delikatnie, jakby bał się ją połamać.
– Chodź, Aniu – powiedział. – Znajdziemy ci jakieś miejsce do odpoczynku.
Tygodnie po sztormie pełne były nadziei i bólu. Amerykańska marynarka stacjonująca w Manili pojawiła się na statkach wypełnionych zapasami. Patrzyliśmy, jak marynarze wędrują po plaży z workami na szerokich ramionach i w ciągu dwóch dni odbudowują Miasto Namiotów. To nowe miasto było o wiele lepiej zorganizowane niż stare, wzniesione w pośpiechu, bez planów i odpowiednich narzędzi. Wzdłuż dróg pogłębiono rowy, lepiej utwardzono nawierzchnię, wyrąbano dżunglę w sąsiedztwie łazienek i kuchni. Jednak te konstrukcje wzbudzały w nas raczej niepokój niż radość. Nowy obóz nieprzyjemnie kojarzył się ze stałością i mimo nadziei kapitana Connora, nadal nie mieliśmy wiadomości od naszych krajów osiedlenia.
Towarzystwo Rosyjskie w Ameryce usłyszało o katastrofie i wysłało nam pilną wiadomość: „Napiszcie nie tylko o tym, czego potrzeba wam do przeżycia, ale co was uszczęśliwi”. Towarzystwo zbierało dary od swoich członków, z których wielu dorobiło się majątków w Stanach, ale i od firm gotowych podarować nam uszkodzone towary. Kapitan Connor i ja spędziliśmy całą noc na opracowywaniu listy życzeń uwzględniającej po drobnym upominku dla każdego.
Zażądaliśmy płyt, rakiet do tenisa, kart do gry, zestawów ołówków, książek do biblioteki, ale także pachnących mydeł, czekolady, notesów, szkicowników, grzebieni, chusteczek i zabawek dla dzieci poniżej dwunastego roku życia. Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy odpowiedź: „Wszystkie żądania spełnione. Wysyłamy także Biblię, dwie gitary, skrzypce, trzynaście beli materiału na sukienki, sześć samowarów, dwadzieścia pięć płaszczy przeciwdeszczowych i sto egzemplarzy Wiśniowego sadu Czechowa bez okładki”.
Towar miał pojawić się za miesiąc, ja i kapitan Connor byliśmy podekscytowani jak dwoje niegrzecznych dzieci. Czekaliśmy półtora miesiąca, ale nic nie dotarło. Kapitan Connor wszczął dochodzenie przez biuro IRO w Manili. Okazało się, że skorumpowani urzędnicy ukradli wszystkie rzeczy i sprzedali na czarnym rynku.
Pewnego popołudnia do biura IRO przyszedł Iwan. Zmrużyłam oczy na widok jego sylwetki, początkowo go nie rozpoznałam. Miał wyprasowaną koszulę i czyste włosy, tym razem bez trocin i liści.
Opierał się leniwie o framugę, ale palcami bębnił po biodrach i wiedziałam, że coś knuje.
– Śledziłeś mnie – powiedziałam.
Wzruszył ramionami i rozejrzał się po pokoju.
– Nieprawda – odparł. – Przyszedłem zobaczyć, co słychać.
– Jasne – mruknęłam. – Kapitan Connor wyszedł przed momentem. Wtedy ty się pojawiłeś. Na pewno widziałeś, jak odchodzi.
Spojrzenie Iwana utkwiło w zniszczonym wiklinowym fotelu. Odwrócił głowę, ale zauważyłam jego uśmiech.
– Mam plan wzmocnienia morale mieszkańców – wyjaśnił. – Nie jestem pewien, czy Connorowi by się to spodobało.
Przysunął do mojego biurka fotel i przycupnął na nim jak olbrzym na naparstku.
– Zbudowałem projektor i ekran. Potrzebny mi tylko film.
Jego dłoń powędrowała do oka. Nie podobało mi się, że tam ją trzyma, jakby chciał je zasłonić. Czy nadal był świadom swoich zniekształceń? Nie powinien. Blizna rzucała się w oczy, ale wystarczyło lepiej poznać Iwana, żeby przestać ją zauważać. Wszystko inne przesłaniała jego osobowość. Poczułam szczypanie w policzku. Nie podobała mi się ta słabość, a może bezbronność Iwana. Był moją opoką. Musiał być silny, dla mnie.