Выбрать главу

– Tu jest mnóstwo filmów. – Wskazałam na skrzynię z taśmami, której kapitan Connor używał jako podnóżka. – Nigdy nie mieliśmy projektora.

– Daj spokój, Aniu. – Iwan pochylił się ku mnie, z rękami na kolanach. Miał czyste paznokcie, kolejna odmiana. – Te filmy są stare. Oglądali je nasi rodzice. Trzeba nam nowości.

Jego zdrowe oko było przejrzyste jak woda, o głębokiej, ciemno – niebieskiej barwie. Wyobraziłam sobie, że gdybym zajrzała w nie z bliska, dostrzegłabym przeszłość Iwana. Jego martwe dzieci, żonę, piekarnię. Patrząc głębiej, może ujrzałabym jego dzieciństwo i to, kim był, zanim okaleczono mu twarz. Jego oko zadawało kłam młodemu głosowi, chłopięcej werwie, tak jak zaznaczona bliznami twarz nie pasowała do pełnego gracji ciała.

– Musisz go przekonać – powiedział Iwan.

Nie musiałam się specjalnie wysilać, żeby przekonać kapitana Connora do tego planu. Kapitan się wściekał, że wciąż tkwimy na wyspie mimo nadchodzącej pory tajfunów i postanowił wykorzystać poczucie winy, jakie IRO miała w stosunku do nas. Poprosiłam o współczesny film, – kapitan Connor zażądał hollywoodzkiej prapremiery. Musiał wypaść przekonująco. Tym razem nie czekaliśmy z rozczarowaniem na barkę, która nigdy nie przypłynęła. Film dostarczono drogą powietrzną w ciągu dwóch tygodni, pod strażą, razem z zapasem lekarstw.

Premierę Na przepustce ogłoszono w „Gazecie Tubabao”, wszyscy rozmawiali tylko o filmie. Iwan zbudował dla Ruseliny, Iriny i mnie siedziska, zajęłyśmy miejsca obok projektora. Iwan był w świetnym humorze.

– Udało nam się, Aniu! – Wskazał dłonią widownię. – Popatrz na ten szczęśliwy tłum!

Było jak za dawnych czasów, przed burzą. Rodziny pościągały tu poduszki i koce, na których urządziły miniuczty z ryb w puszkach i chleba. Młodzi chłopcy machali nogami na gałęziach drzew, pary siedziały ramię w ramię pod gwiazdami, a bardziej pomysłowi widzowie wpatrywali się w ekran z własnoręcznie skleconych foteli, zaopatrzonych w baldachimy z prześcieradeł na wypadek deszczu. Żaby kumkały, komary bezlitośnie cięły nasze odkryte ciała, jednak nikomu to nie przeszkadzało. Po rozpoczęciu filmu wszyscy zaczęliśmy wiwatować. Irina odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła śmiechem.

– Ale jesteś zabawna – powiedziała. – Przecież wiesz, że większość z nas nic z tego nie zrozumie. Mówią po angielsku.

Iwan oderwał się od projektora i otarł czoło. Uśmiechnął się do mnie.

– To historia miłosna – oznajmił. – Co tu rozumieć?

– To musical. – Uszczypnęłam Irinę w ramię. – Dzieje się w Nowym Jorku. Musisz zobaczyć miasto, o którym marzyłaś.

– Brawo, Aniu! – Ruselina poklepała mnie po plecach. – Brawo!

To prawda, że kiedy kapitan Connor pokazał mi listę ewentualnych filmów, wybrałam Na przepustce ze względu na Irinę i Ruselinę. Kiedy jednak Gene Kelly, Frank Sinatra i Jules Munshin zeskoczyli ze statku i zaczęli tańczyć i śpiewać w Nowym Jorku, to właśnie ja wpatrywałam się w nich zdumionymi oczami. Nigdy nie widziałam takiego miasta, było o wiele bardziej olśniewające niż Szanghaj. Budowle wznosiły się niczym pomniki bogów: Empire State Building, Statua Wolności, Times Square. Wszyscy ruszali się żwawo, z wigorem, samochody hałasowały i trąbiły, nawet dziewczęta z biur były poubierane jak modelki. Upajałam się każdą chwilą, każdą nutą, każdą barwą.

Kiedy bohaterowie wrócili na statek, a ładne dziewczęta pomachały im na pożegnanie, miałam łzy w oczach. Przez całą drogę do namiotu śpiewałam piosenki z musicalu.

Film grano przez tydzień, pojawiałam się na wszystkich projekcjach. Wydawca „Gazety Tubabao” poprosił mnie, żebym napisała artykuł o filmie. Przygotowałam więc entuzjastyczny felieton o Nowym Jorku i przeszłam samą siebie, dołączając szkice damskich strojów z filmu.

– Świetnie sobie poradziłaś – stwierdził wydawca, gdy wręczyłam mu swoje dzieło. – Powinnaś prowadzić rubrykę o modzie.

Na myśl o modzie na Tubabao oboje wybuchnęliśmy głośnym śmiechem.

Kręciło mi się w głowie od uczucia, którego nie doznawałam od bardzo długiego czasu. Był to głęboki optymizm. Nagle obudziły się we mnie rozmaite nadzieje, marzenia utracone w mozole codziennego życia. Uwierzyłam, że znowu mogę być piękna, że zakocham się w mężczyźnie przystojnym jak Gene Kelly, że przeżyję życie z werwą i w świecie pełnym nowoczesnych udogodnień.

Tydzień później otrzymałam list od Dana Richardsa z zapewnieniem, że pomoże Ruselinie i Irinie przekroczyć granicę Ameryki, kapitan Connor zaś dostał informację, że w przyszłym miesiącu na wyspę przybędą urzędnicy imigracyjni z krajów osiedlenia, by rozpatrzyć nasze wizy i zorganizować transport. Wyglądało na to, że ziszczą się marzenia nas wszystkich.

– Kiedy trafimy do Ameryki, pójdę na studia i zostanę antropologiem jak Ann Miller – oznajmiłam Ruselinie i Irinie. – A ty, Irino, powinnaś się nauczyć tańczyć jak Vera – Ellen.

– Po co chcesz studiować nudną antropologię, skoro piszesz takie świetne artykuły? – zapytała Irina. – Powinnaś zostać dziennikarką.

– A co ja pocznę, kiedy wy, karierowiczki, będziecie flirtowały z młodymi ludźmi? – spytała Ruselina, wachlując się i udając oburzenie.

Irina zarzuciła jej ręce na szyję.

– Babciu, chyba będziesz musiała nauczyć się prowadzić taksówkę, jak Betty Garrett.

Ruselina i Irina śmiały się, aż Ruselinę złapał kaszel, ja jednak mówiłam poważnie. Niezależnie od swojej pozycji towarzyskiej w poprzednim życiu, wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci wylegli na plażę, by powitać wysiadających ze statków przedstawicieli ONZ z krajów osiedlenia.

Wpatrywaliśmy się w nich z otwartymi ustami, z podziwem ludzi, którzy zbyt długo mieszkali w izolacji i zapomnieli, jak bardzo słońce opaliło im skórę. Eleganccy mężczyźni i kobiety, którzy wsiedli na barkę, mieli na sobie nieskazitelne garnitury i sukienki, podczas gdy nasze ubrania i włosy były sztywne od soli. Zaczął krążyć dowcip: „Jeśli jesteś w Nowym Jorku albo San Francisco i widzisz przechodnia z paczką pod ramieniem, nie pytaj: Co dziś rozdają?”.

Mimo pozornego rozbawienia wszyscy w sekrecie łamaliśmy sobie głowy nad tym, czy kiedykolwiek zdołamy na powrót przystosować się do normalnego życia.

Pierwszego wieczoru urzędnicy IRO poczęstowali gości prosięciem z rożna. Sprowadzono filipińskich kucharzy, ustawiono białą markizę. Kiedy przedstawiciele ONZ jedli przy stołach przykrytych płóciennym obrusem i zastawionych kryształowymi kieliszkami, my przyglądaliśmy się z drżeniem serca: nasza przyszłość spoczywała w rękach tych ludzi.

Później spotkałam Iwana na drodze do namiotu. Było ciemno, ale księżyc w pełni oświetlał jego sylwetkę na tle nieba.

– Jadę do Australii – oznajmił. – Szukałem cię, żeby ci to powiedzieć.

Niewiele wiedziałam o tym kraju, ale wyobrażałam sobie, że jest dziki i trudny. Taki młody kraj zapewne z radością powita praco – witego i pomysłowego człowieka pokroju Iwana. Bałam się jednak o niego. Ameryka była w większości oswojona, w Australii podobno roiło się od dzikich bestii: niebezpiecznych węży i pająków, krokodyli i rekinów.

– Rozumiem – powiedziałam.

– Do miasta o nazwie Melbourne – dodał. – Podobno można tam zbić majątek, jeśli się ciężko pracuje.

– Kiedy wypływasz? – Iwan nie odpowiedział, tylko stał z rękami w kieszeniach. Spuściłam wzrok. Czułam się niezręcznie. Żegnanie się z przyjaciółmi przychodziło mi z takim samym trudem jak w przeszłości. – Uda ci się wszystko, co sobie zaplanujesz, Iwan. Każdy ci to powie – stwierdziłam.