Выбрать главу

Tuż przed zmierzchem pociąg zwolnił i wreszcie stanął. Irina i staruszka się przebudziły i rozejrzały wokół siebie. Usłyszeliśmy głosy, a potem skrzypienie otwieranych drzwi. Mężczyźni i kobiety w brązowych mundurach i kapeluszach o szerokich rondach uwijali, się za oknami. Widziałam konwój autobusów i dwie ciężarówki parkujące na piasku koloru miedzi. Tutejsze pojazdy wyglądały inaczej niż te z Tubabao. Były zupełnie nowe i czyste. Obok czekała karetka z włączonym silnikiem.

Nie było tu stacji, żołnierze przyciągnęli do drzwi rampy, żeby ludzie mogli wysiąść. Zaczęliśmy zbierać rzeczy, kiedy nagle starsza pani wyjrzała przez okno i krzyknęła. Polacy usiłowali ją uspokoić, ale staruszka przykucnęła za siedzeniem, dysząc jak przerażone zwierzę. Żołnierz, chłopiec z piegami na policzkach i karkiem spalonym słońcem, wbiegł do naszego przedziału.

– O co chodzi? – zapytał.

Młoda Polka zerknęła na jego mundur i razem ze swoją matką schowała się do kąta, zasłaniając rękami głowę. Wtedy zauważyłam numer wytatuowany na skórze kobiety tuż pod rękawem.

– O co chodzi? – powtórzył żołnierz, zaglądając nam w twarze.

Niespokojnie poruszał dłońmi w kieszeniach i drżał, jakby to on miał zaraz dostać ataku. – Czy ktoś mówi w ich języku?

– To Żydzi – wyjaśnił Czech, który znał angielski. – Proszę pomyśleć, jak to dla nich wygląda.

Zdumiony żołnierz zmarszczył czoło. Wyjaśnienie histerycznego zachowania nowoprzybyłych, jakkolwiek niezrozumiałe, najwyraźniej go uspokoiło. Wyprostował się i wypiął pierś, po czym postanowił przejąć kontrolę nad sytuacją.

– Mówisz po angielsku? – spytał mnie.

Skinęłam głową, a on kazał nam przejść do autobusów, wyjaśniając, że jeśli pozostałe kobiety ujrzą, jak chętnie idziemy, pewnie ruszą w nasze ślady. Pomogłam Irinie wstać, ale niemal zemdlała i wpadłyśmy na walizkę.

– Jest chora? – spytał żołnierz. Na czole pulsowała mu żyła, brodę niemal wcisnął w szyję, ale słyszałam współczucie w jego głosie. – Możesz ją zaprowadzić do karetki. Pojedzie do szpitala, jeśli będzie trzeba.

Zamierzałam przetłumaczyć jego słowa Irinie, ale się rozmyśliłam. Może i szybciej doszłaby do siebie w szpitalu, lecz nie chciałaby rozłąki ze mną.

Żołnierze przed pociągiem kazali nam załadować bagaże na ciężarówki i wsiąść do autobusu. Stadko różowych i szarych papug przysiadło na skrawku zakurzonej ziemi i najwyraźniej nas obserwowało. Te ładne ptaki nieszczególnie pasowały do otoczenia.

Odpowiedniejszym miejscem dla nich byłaby tropikalna wyspa, a nie te trawiaste wzgórza. Odwróciłam się do drzwi wagonu, żeby sprawdzić, co się dzieje z polską rodziną. Żołnierz i Czesi pomagali kobietom zejść po rampie, za nimi podążał Polak z walizkami.

Młoda kobieta wydawała się spokojniejsza, nawet obdarzyła mnie uśmiechem, ale oczy staruszki miotały spojrzenia we wszystkich kierunkach, niemal zgięła się wpół ze strachu. Zacisnęłam dłonie w pięści, wbijając paznokcie w skórę, i usiłowałam powstrzymać łzy. Jaką nadzieję miała ta kobieta? Sytuacja była trudna nawet dla mnie i Iriny. Popatrzyłam na swoje sandały. Palce miałam przysypane kurzem.

Było ciemno, kiedy konwój autobusów zatrzymał się przed rogatką. Strażnik wyszedł z budki i otworzył szlaban, żebyśmy mogli przejechać. Autobus wyrwał się do przodu, za nim pozostałe. Przycisnęłam twarz do szyby i ujrzałam australijską flagę łopoczącą na maszcie na środku podjazdu. Za nim rozciągały się rzędy wojskowych baraków, w większości drewnianych, ale niektóre zrobiono z blachy falistej. Między barakami ziemia była ubita, w szczelinach rosły kępki trawy i chwastów. Króliki kicały po obozie równie swobodnie jak kurczaki, które chodzą po wiejskim obejściu.

Kierowca kazał nam przejść do stołówki dokładnie naprzeciwko autobusu. Ruszyłyśmy wraz z pozostałymi do pomieszczenia, które wyglądało jak niewielki hangar z oknami. W środku stały rzędy stołów przykrytych brązowym papierem i zastawionych kanapkami, ciastem biszkoptowym i kubkami z herbatą i kawą. Ożywione głosy pasażerów odbijały się od nagich ścian, w świetle gołych żarówek zmęczone twarze ludzi przybrały niezdrowy odcień. Irina usiadła na krześle i ukryła twarz w dłoniach. Zauważył ją prze – chodzący mężczyzna o czarnych kręconych włosach. Miał ze sobą notatnik i coś w rodzaju odznaki w klapie.

– Czerwony Krzyż. Szczyt wzgórza. – Poklepał ją po ramieniu.

– Idź tam albo wszyscy zachorujemy.

Ożywiłam się na wieść, że w obozie jest biuro Czerwonego Krzyża. Usiadłam na krześle obok Iriny i powtórzyłam jej słowa nieznajomego, jednak w uprzejmiejszej formie.

– Jutro pójdziemy – stwierdziła, biorąc mnie za rękę. – Dziś nie mam siły.

Mężczyzna z notatnikiem wszedł na podium i oznajmił angielszczyzną z mocnym cudzoziemskim akcentem, że wkrótce podzielą nas na grupy i rozlokują. Kobiety i mężczyźni zamieszkają osobno.

Dzieci przydzieli się jednemu z rodziców, w zależności od płci i wieku. Po przetłumaczeniu tej informacji rozległy się okrzyki protestu.

– Nie możecie nas rozdzielać – powiedział jeden z mężczyzn i wstał. Wskazał kobietę i dwójkę dzieci. – To moja rodzina. Byliśmy rozdzieleni przez całą wojnę.

Wyjaśniłam Irinie, co się dzieje.

– Jak mogą tak postępować? – mruknęła z twarzą ukrytą w dłoniach. – W takich chwilach ludzie potrzebują swoich rodzin.

Łza spłynęła po jej twarzy na brązowy papier. Objęłam przyjaciółkę i położyłam głowę na jej ramieniu. My też tworzyłyśmy rodzinę.

Teraz nasze role się odwróciły. Irina była starsza i spokojniejsza ode mnie, zazwyczaj to ona podtrzymywała mnie na duchu. Ruselina jednak przebywała daleko, chora, a Irina znalazła się w nowym kraju, w którym ludzie mówili niezrozumiałym językiem, na doda – tek zachorowała. Uświadomiłam sobie, że teraz ja powinnam być silna i to mnie przeraziło. Z całych sił starałam się nie popaść w przygnębienie. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek zdołam pocie – szyć Irinę.

Naszą blokową została Węgierka, Aniko Berczi. Miała nieciekawą twarz, ale długie, delikatne dłonie. Dała nam karty – wydrukowano na nich nasze nazwiska, kraj urodzenia, nazwę jednostki, na której tu przybyłyśmy, i numer baraku. Kazała się nam rozejść i przespać.

Kierownik obozu, pułkownik Brighton, miał z samego rana wygłosić przemówienie.

Oczy łzawiły mi ze zmęczenia, a Irina ledwo trzymała się na nogach, ale gdy tylko otworzyłam drzwi drewnianej chaty, pożałowałam natychmiast, że Irina nie znalazła się jednak w szpitalu.

Najpierw zobaczyłam nagą żarówkę zwieszającą się z sufitu i krążącego wokół niej owada. Na drewnianej podłodze stało w rzędach dwadzieścia pryczy. Ktoś porozwieszał pranie na składanych krzesłach i walizkach, w powietrzu czuło się stęchliznę. Większość łóżek zajmowały śpiące kobiety, więc Irina i ja ruszyłyśmy ku kilku pustym pryczom na końcu sali. Jedna z kobiet, starsza pani ze spinkami we włosach, spojrzała na nas, gdy ją mijałyśmy. Oparła się na łokciu i wyszeptała:

– Sind Sie Deutsche?

Pokręciłam przecząco głową, gdyż nic nie zrozumiałam.

– Nie, nie Niemki – powiedziała po angielsku. – Rosjanki. Widzę po waszych kościach policzkowych. – Miała głębokie bruzdy wokół ust. Zapewne nie przekroczyła sześćdziesiątki, ale przez te zmarszczki wyglądała na osiemdziesiąt lat.

– Tak, Rosjanki – przytaknęłam. Chyba była rozczarowana, ale mimo to się uśmiechnęła. – Powiedzcie mi, kiedy będziecie gotowe do spania, to zgaszę światło.

– Jestem Ania Kozłowa, a to moja przyjaciółka, Irina Lewicka – przedstawiłam nas. Pomogłam Irinie położyć się na jednej z chybotliwych pryczy i wzorem innych mieszkanek upchnęłam walizkę pod łóżkiem. – Przyjechałyśmy z Chin.