Выбрать главу

Jej głos się załamał, wyjęła drugiego papierosa z paczki leżącej na oparciu fotela. Pomyślałam o tamtym pokoju. O tym, że Betty trzyma w nim rzeczy synów.

– Rose mówiła nam, że straciłaś synów na wojnie – odezwałam się. Zaskoczyłam samą siebie. Na Tubabao nigdy nie pytałabym nikogo o przeszłość. Jednak sama wiele przecierpiałam, nie mogłam znieść cudzego bólu. Nagle chciałam, aby Betty wiedziała, że rozumiem jej rozpacz, bo także ją czuję.

– Charliego w Singapurze, a Jacka miesiąc później. – Betty zacisnęła pięści. – Tom miał złamane serce, już się nie śmiał. A potem i on odszedł.

Poczułam taki sam smutek, jak w pokoju jej synów. Dotknęłam palcami ramienia Betty. Ku mojemu zdumieniu przytrzymała moją dłoń w swojej ręce. Jej uścisk był kościsty, ale ciepły. Miała suche oczy, choć jej usta drżały.

– Jesteś młoda, Aniu, ale wiesz, o czym mówię – powiedziała.

– Te dziewczyny dziś w barku… Też są młode, ale nie mają o niczym pojęcia. Poświęciłam synów, żeby uratować ten kraj.

Ześliznęłam się z fotela i uklękłam obok niej. Rozumiałam jej smutek. Wyobraziłam sobie, że podobnie jak ja boi się zamykać w nocy oczy ze względu na sny, i że nawet w otoczeniu przyjaciół przebywa we własnym świecie. Nie mogłam sobie jednak wyobrazić ogromu żalu związanego z utratą jednego dziecka, a co dopiero mówić o dwójce. Betty była silna, czułam jej moc, ale jednocześnie wiedziałam, że doprowadzona do ostateczności, załamałaby się.

– Jestem dumna – stwierdziła. – Dumna z takich młodych ludzi jak moi synowie, dumna, że ten kraj nadal jest wolny, że możecie tu przyjeżdżać i rozpoczynać nowe życie. Zrobię wszystko, by wam pomóc. I nie pozwolę, żeby ktokolwiek was obrażał.

– Betty… – Poczułam łzy pod powiekami.

– Ty, Witalij, Irina, jesteście teraz moimi dziećmi – dodała.

ŚMIETANKA TOWARZYSKA

Pewnego lipcowego wieczoru Betty uczyła mnie przyrządzania swojej słynnej zapiekanki z wołowiny i ananasa, kiedy do kuchni wpadła Irina, wymachując listem.

– Babcia przyjeżdża! – krzyknęła.

Wytarłam ręce o fartuch, wzięłam od niej list i przeczytałam kilka pierwszych linijek. Francuscy lekarze uznali Ruselinę za zdrową, a konsulat przygotowywał dokumenty, żeby mogła wyjechać do Australii. Tak wiele się wydarzyło, odkąd ostatni raz widziałam Ruselinę. Nie mogłam uwierzyć, że mamy się jej spodziewać w Sydney pod koniec miesiąca. Czas strasznie szybko płynął.

Przetłumaczyłam Betty tę informację.

– Czekaj, aż usłyszy, jak świetnie mówisz teraz po angielsku – odezwała się do Iriny. – Nie rozpozna cię.

– Nie rozpozna, bo za dobrze mnie karmisz – odparła z uśmiechem Irina. – Przybrałam na wadze.

– Nie ja! – zaprotestowała Betty, odcinając plaster bekonu i trzepocząc rzęsami. – To chyba Witalij cię przekarmia. Kiedy jesteście w kuchni, w kółko słyszę chichoty!

Pomyślałam, że to zabawne, ale Irina oblała się rumieńcem.

– Przed przyjazdem Ruseliny Witalij pewnie naprawi swojego austina – powiedziałam. – Zabierzemy ją na wyprawę w Góry Błękitne.

Betty przewróciła oczami.

– Witalij naprawia tego austina, odkąd się tu zatrudnił, ale auto nadal stoi w warsztacie. Myślę, że pociąg będzie pewniejszy.

– Jak sądzisz, znajdziemy babci mieszkanie w okolicy? – spytała ją Irina. – Nie mamy zbyt wiele czasu.; Betty wsunęła zapiekankę do piekarnika i nastawiła czas.

– Mam inny pomysł – obwieściła. – Na dole jest pokój, który należy do mnie, służy mi za schowek. Ale jest duży i ładny. Wysprzątam go, jeśli chcecie.

Z dzbana na kuchennym kredensie wyciągnęła klucz i podała go Irinie.

– Idźcie, zerknijcie na niego, same ocenicie. Obiad będzie dopiero za jakiś czas.

Irina i ja popędziłyśmy po schodach na parter. W drzwiach ujrzałyśmy Johnny’ego.

– Witajcie, dziewczyny – powiedział, wyciągając papierosy z kieszeni. – Idę w trasę, chociaż mama twierdzi, że będzie padało.

Przywitałyśmy się z nim i patrzyłyśmy, jak zmierza ścieżką do wyjścia i mija furtkę. W ubiegłą niedzielę Witalij zabrał nas do zoo. Kiedy dotarliśmy do wybiegu misiów koala, Irina i ja popatrzyłyśmy na siebie, wykrzykując jednocześnie: „Johnny!”. Nasz sąsiad też miał na wpół przymknięte powieki i równie leniwe usta.

Pokój, o którym opowiadała nam Betty, znajdował się na końcu korytarza, za schodami.

– Myślisz, że jest tam głośno, gdy Johnny ćwiczy? – zapytała mnie Irina, wkładając klucz w zamek.

– Nie, od pianina Johnny’ego oddzielają ten pokój jeszcze dwa inne. Poza tym i tak nikt się nie skarży.

Miałam rację. Kiedy słyszałyśmy grę Johnny’ego, wyłączałyśmy radio. Jego wykonanie Księżycowej rzeki zawsze doprowadzało nas do płaczu.

– Masz rację – powiedziała Irina. – Babcia pewnie będzie zachwycona, mieszkając obok muzyka.

Po otwarciu drzwi znalazłyśmy się w pomieszczeniu pełnym kredensów, walizek, stało tam też łoże z baldachimem. W powietrzu czuć było kurz i naftalinę.

– To łóżko musiało kiedyś stać w naszym pokoju – zauważyłam. – Pewnie należało do Toma i Betty.

Irina popchnęła wahadłowe drzwi pod schodami i zapaliła światło.

– Tu jest umywalka i ubikacja – powiedziała. – Babcia może się kąpać na górze. Otworzyła drzwiczki rzeźbionego kredensu. Był pełen herbaty Bushells.

– Jak sądzisz? – spytała mnie Irina.

– Myślę, że powinnaś się zgodzić – odparłam. – Prędzej czy później Betty musi pozbyć się tych rzeczy, a kiedy posprzątamy, zrobi się tu naprawdę przyjemnie.

Statek Ruseliny wpłynął do portu w piękny poranek. Letnia wilgoć była mi znana, w Szanghaju panował podobny klimat, ale nigdy nie widziałam, by zimą promienie lśniły wśród drzew, a powietrze było tak rześkie, że chciało się je schrupać jak świeże jabłko. W przeciwieństwie do Harbinu, tu nie było powolnego przechodzenia w zimę, a potem miesięcy śniegu, lodu i ciemności. Zima w Sydney dodała sprężystości moim krokom i zaróżowiła mi policzki. Irina i ja postanowiłyśmy wybrać się na nabrzeże, by powitać Ruselinę. Podskakując, nie mogłyśmy powstrzymać się od cichego śmiechu na widok Australijczyków, otulonych w kurtki i płaszcze i uskarżających się na „przenikliwy ziąb” i grożące im „odmrożenia”.

– Pewnie jest z piętnaście stopni powyżej zera – powiedziałam do Iriny.

– Babcia pomyśli, że to lato. – Zaśmiała się. – Kiedy mieszkała w Rosji, takie temperatury traktowano jak upał.

Z ulgą ujrzałyśmy, że statek, którym Ruselina przypłynęła do Australii, nie jest tak zatłoczony jak ten widziany przez nas pierwszego dnia w Sydney, choć nabrzeże roiło się od ludzi czekających na pasażerów. Orkiestra Armii Zbawienia grała Waltzing Matilda, niektórzy dziennikarze i fotografowie robili zdjęcia. Ludzie grzecznie schodzili gęsiego po trapie. Grupka skautów wysunęła się na czoło tłumu, aby poczęstować pasażerów jabłkami.

– Skąd przypłynął ten statek? – zapytałam Irinę.

– Wyruszył z Anglii, po drodze zabrał innych pasażerów.

Nic nie powiedziałam, ale poczułam się urażona, że Australijczycy najwyraźniej patrzyli łaskawszym okiem na brytyjskich imigrantów niż na nas.

Gorączkowo wypatrywałyśmy w tłumie twarzy Ruseliny.

– Tam jest! – wykrzyknęła Irina, wskazując środek kolejki.

Zamrugałam. Kobieta schodząca po trapie nie była tą Ruseliną, którą znałam na Tubabao. Poszarzałą cerę zastąpiła zdrowa opalenizna, Ruselina nie podpierała się laską. Z jej twarzy zniknęły tak dobrze mi znane ciemne plamy. Zauważyła nas i wykrzyknęła:

– Irina! Ania!

Obie wybiegłyśmy na jej powitanie. Kiedy się do niej przytuliłam, okazało się, że nie jest już tak chuda jak kiedyś.