Выбрать главу

– Może zobaczymy Adama. – Judith przyglądała się ludziom w tłumie. – Chyba wpadła mu w oko córka jednego z trenerów.

– Jak się tu dostał? – spytałam.

– Och, wiem, że wygląda jak nie przebierający w środkach reporter, ale ma odpowiednie podejście do ludzi. – Uśmiechnęła się. – Zdołał nawiązać sporo użytecznych znajomości.

Znowu to słowo.

Rozległy się werble, reflektor omiótł pomieszczenie i zatrzymał się na mistrzu ceremonii, australijskim komiku Samie Millsie, ubranym w czerwony garnitur z aksamitu z białym goździkiem w klapie. Poprosił gości, by zajęli miejsca, i rozpoczął przemowę:

– Szanowni państwo, nasza dzisiejsza wykonawczyni ma pojemność płuc większą niż Carbine i Pharlap razem wzięte…

Widownia wybuchnęła śmiechem. Charles pochylił się ku mnie i wyjaśnił, że to imiona dwóch najwspanialszych koni wyścigowych w Australii. Byłam mu wdzięczna, gdyby nie on, nie zrozumiałabym żartu.

Sam oznajmił, że Louise Tricker trafiła do Australii po udanym sezonie w Las Vegas i że powinniśmy zgotować jej gorące przyjęcie. Światła przygasły, a reflektor oświetlił Louise w drodze do pianina. Niejedna osoba na widowni jęknęła. Wszyscy spodziewali się kobiety, jednak potężnie zbudowana osoba za klawiaturą, z obciętymi na jeża włosami i w garniturze w paski, wyglądała jak stuprocentowy mężczyzna.

Uderzyła w klawisze i zaczęła śpiewać, znowu zdumiewając zebranych. Miała wyjątkowo kobiecy głos. Zanim umilkły początkowe akordy jazzowego standardu, widownia jadła Louise z ręki.

– Będzie jak ja chcę, jak ja chcę, nie jak ty – śpiewała Louise, nie oszczędzając pianina i wyprzedzając gitarzystę i perkusistę. Grała bardzo żywiołowo, i choć widywałam lepszych muzyków w Moskwie – Szanghaju, nigdy dotąd nie spotkałam się z wykonawczynią o takiej osobowości. Może z wyjątkiem Iriny.

– Jak się dzisiaj mamy? – zawołała Louise po pierwszej piosence. Połowa widowni milczała, ale druga wykrzyknęła:

– Dobrze, Louise. A ty? Judith zachichotała mi w ucho.

– Ludzie z teatru i wyścigów kontra śmietanka towarzyska – wyjaśniła.

– Jacy muzycy zwykle tu występują? – zapytałam ją.

– Zazwyczaj śpiewacy kabaretowi.

Louise rozpoczęła następny utwór, tym razem latynoski. Usiadłam wygodnie i pomyślałam o Irinie. Jeśli w Chequers występowali artyści kabaretowi, może powinna przyjść na przesłuchanie. Była równie dobra jak niektóre z najlepszych amerykańskich i europejskich gwiazd tego gatunku występujących w Moskwie – Szanghaju. Jeśli pokochali ją Australijczycy z małego miasteczka, to chyba Sydney też ją doceni?

Po ostatniej piosence, mieszance scata i swingu, piosenkarka zerwała się ze stołka i ukłoniła. Zgotowano jej owacje na stojąco.

Niezależnie od aparycji Louise, chyba nikt nie mógł zaprzeczyć, że dała znakomity występ.

O północy na scenę wyszedł zespół i ludzie ruszyli na parkiet – albo ulżyło im, że Louise Tricker już skończyła, albo buzowało w nich tyle adrenaliny, że musieli jakoś się jej pozbyć.

Przyglądałam się wchodzącym na parkiet parom; było wśród nich bardzo niewielu dobrych tancerzy. Zauważyłam mężczyznę, który tak płynnie przebierał stopami, że jego korpus zdawał się tkwić w miejscu, i kobietę stąpającą tak lekko, że przypominała piórko na wietrze. Romantyczna muzyka przywodziła na myśl Moskwę – Szanghaj. Pomyślałam o tym, jak tańczyłam z Dymitrem w tych ostatnich dniach, gdy wybaczyłam mu romans z Amelią.

Jak bliski mi się wtedy wydawał. O wiele bardziej, niż kiedy byliśmy młodsi i tuż po ślubie. Zastanawiałam się, czy z Dymitrem moje życie na uchodźstwie byłoby łatwiejsze. Drgnęłam. Czyż nie po to ludzie biorą ślub? Żeby podtrzymywać się na duchu?

Zaczęłam myśleć, że nasz związek był złudzeniem pod każdym względem. Przecież w innym wypadku Dymitr nie zrezygnowałby ze mnie tak łatwo, prawda?

– Witam – usłyszałam znajomy głos.

Uniosłam wzrok i ujrzałam uśmiechniętego Adama Bradleya.

– Podobał ci się występ? – zapytał go Charles.

– Owszem – powiedział. – Chociaż nie mam przekonania do kobiet, które mogłyby pokonać mnie w zapasach.

– Daj spokój – roześmiała się Judith. – Co się stało z twoją dziewczyną z wyścigów?

– Cóż, miałem nadzieję że Ania ze mną zatańczy, a ona będzie zazdrosna. – Adam przyjrzał się mojej sukni.

– Jeśli jej ojciec się o tym dowie, skończysz ze złamanym nosem, Adam – stwierdziła Judith. – Pozwolę Ani zatańczyć z tobą tylko dlatego, że to dobra okazja do zaprezentowania sukni.

Adam zaprowadził mnie na zatłoczony parkiet. Odpędziłam od siebie smutne myśli o Dymitrze. Nie miało sensu psuć sobie wieczoru żalami nad czymś, czego nie mogłam zmienić, a ponura mina nie pasowała do sukni, która przyciągała pełne podziwu spojrzenia pozostałych tancerzy. Wyróżniała się kolorem na tle innych czarnych, białych i pastelowych sukienek. W światłach klubu szyfon lśnił niczym perła.

– Przebywanie w twoim towarzystwie dobrze wpłynie na moją karierę. – Adam rozejrzał się wokół. – Wszyscy się na nas gapią.

– Mam nadzieję, że nie z powodu rozpiętego suwaka – zażartowałam.

– Poczekaj, sprawdzę. – Przesunął dłonią po moich plecach i położył ją bardzo nisko.

– Adam! – Sięgnęłam i poprawiłam jego rękę. – To nie była zachęta.

– Wiem. – Uśmiechnął się. – Nie chcę ściągać sobie na głowę gniewu Judith i Betty.

Zespół zaczął grać wolniejszy utwór i Adam już miał mnie poprowadzić, gdy nagle usłyszałam jakiś głos z boku:

– Mogę prosić o następny taniec?

Uniosłam wzrok i ujrzałam starszego mężczyznę o szerokich brwiach i kwadratowej szczęce. Wystająca dolna warga upodabniała go do życzliwego buldoga. Oczy Adama niemal wyskoczyły z orbit.

– Eee, jasne – odparł. Ze sposobu, w jaki mnie trzymał, wywnioskowałam jednak, że nie jest zachwycony.

– Nazywam się Harry Gray – przedstawił się mężczyzna, prowadząc mnie z wdziękiem w tańcu. – Żona wysłała mnie tutaj z dwoma poleceniami: miałem uwolnić panią od Adama Bradleya i dowiedzieć się, kto szył pani suknię.

Ruchem brody pokazał mi kobietę przy stoliku nieopodal parkietu.

Miała na sobie suknię słomkowego koloru z wyszywaną pajetkami górą, siwe włosy zaczesała w kok na karku.

– Dziękuję – powiedziałam. – Chętnie poznam pana żonę.

Kiedy taniec się skończył, Harry poprowadził mnie do stolika, gdzie czekała na nas jego małżonka. Przedstawiła się jako Diana Gray, redaktorka działu kobiecego w „Sydney Herald”. Kątem oka ujrzałam jakiś ruch, a kiedy zerknęłam w tamtą stronę, zobaczyłam, że Judith gapi się na mnie znad menu, z kciukiem wyciągniętym do góry.

– Jak się pani miewa, pani Gray? – powiedziałam. – Nazywam się Ania Kozłowa. Dziękuję, że wysłała pani męża na ratunek.

– Wszystko, byle uratować tak piękną dziewczynę ze szponów Adama Bradleya. Może pani usiądzie, Aniu?

Z trudem oderwałam oczy od Diany. Była przepiękną kobietą.

Nie miała makijażu, oprócz odrobiny ciemnoczerwonej szminki, a w jej głosie pobrzmiewał wyraźny akcent, który wzięłam za angielski. To, że prawidłowo wymówiła moje imię, zrobiło na mnie wrażenie.

– Adam to mój sąsiad – wyjaśniłam jej. – Mieszka nade mną.

– Mieszka pani na Potts Point? – Harry usiadł obok mnie, plecami do parkietu. – To w pobliżu Cross. Pewnie wie pani wszystko o bohemie. Zatem nie czuła się pani zbyt zaszokowana dzisiejszym występem?

W Moskwie – Szanghaju widywałam bardziej nieprzyzwoite rzeczy, ale nie podzieliłam się z nim tym spostrzeżeniem.