Выбрать главу

– Czy kobietom naprawdę nie wolno wychodzić poza tę linię? – zapytała mnie matka.

Skinęłam głową. Ta granica była nie tyle dla kobiet, ile zaznaczała obszar tylko dla członków klubu; jednak żadna kobieta nie mogła do niego wstąpić.

– Niewiarygodne! – stwierdziła starsza Amerykanka. – Nie widziałam czegoś takiego od czasów Maroka. Proszę powiedzieć, co się stanie, jeśli zechcę obstawić jakiś zakład?

– No cóż, powinien go obstawić towarzyszący pani mężczyzna albo może pani wyjść do kasy zewnętrznej i obstawić zakład po stronie dla publiczności. To jednak nie wyglądałoby najlepiej.

Kobieta i jej córka wybuchnęły śmiechem.

– Zawracanie głowy. Co za szowinistyczny kraj!

Wzruszyłam ramionami. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, i tak zawsze interesowały mnie obszary zarezerwowane dla kobiet.

Najpierw trafiałam zazwyczaj do łazienki dla pań. Tam kobiety z zapałem poprawiały makijaż, przyglądały się swoim sukienkom i kapeluszom, prostowały szwy w pończochach. Można było posłuchać plotek, dowiedzieć się, kto nosi prawdziwego Diora, a kto kupuje podróbki. Właśnie tam często spotykałam pewną Włoszkę, Marię Logi. Przypominała Sophię Loren, miała taką samą skórę w kolorze kawy i zapierającą dech w piersiach figurę. Jej bogata rodzina utraciła wszystko podczas wojny. W Australii Maria próbowała wrócić do zamożnych kręgów. Nie zdołała jednak wyjść za nikogo z towarzystwa, za to została żoną słynnego dżokeja. W kobiecych działach obowiązywała niepisana zasada: chociaż można było pisać o żonach i córkach trenerów i właścicieli koni, fotografowanie żon dżokejów było zakazane, bez względu na sukcesy zawodników.

Maria próbowała mnie kiedyś przekupić, namawiając, żebym zamieściła jej zdjęcie w gazecie. Nie przyjęłam łapówki, ale oświadczyłam, że zamieszczę jej fotografię w dodatku o modzie na wyścigach, jeśli kupi jakiś strój od którejś z dobrych australijskich projektantek. Pojawiła się w kremowym kostiumie z wełny, za – projektowanym przez Beril Jents. Świetnie jej było w tym kolorze, włożyła do kostiumu żółtą apaszkę i poruszała się z iście włoską energią. Musiała zostać gwiazdą dodatku.

– Zrobiłaś mi przysługę, więc muszę się zrewanżować – powiedziała kiedyś, gdy spotkałyśmy się w łazience – „Mój mąż ma przyjaciół, znajdę ci jakiegoś miłego dżokeja – To dobrzy mężowie. Nie są chytrzy, chętnie sypną groszem na kobietę.

– Spójrz, jaka jestem wysoka, Mario – parsknęłam śmiechem. – Dżokej z pewnością by się mną nie zainteresował.

– Mylisz się. – Maria pogroziła mi palcem. – Lubią postawne kobiety. Przypominają im konie.

Odwróciłam się do Amerykanki z córką.

– Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – powiedziałam. – Tutejsze żony dżokejów słyną ze swojej piękności wdzięku i rozumu. Rzadko mówi się to samo o ich mężach.

– Co by się stało, gdybyśmy minęły tę linię? – chciała wiedzieć córka. Jedną nogą stanęła w kręgu po stronie dla członków klubu.

Matka poszła w jej ślady. Stały tak z rękami na biodrach, ale lada chwila miały się rozpocząć wyścigi i poza krzywym spojrzeniem jednego staruszka nikt nie zwrócił uwagi na cudzoziemki.

Keith podbiegł do mnie, machając programem wyścigów.

– Postawiłem za ciebie na swoich ulubieńców. – Powiesił sobie lornetkę na szyi i mrugnął do mnie. – Kiedy skończę, spotkamy się tutaj.

Otworzyłam program i ujrzałam, że zawarł w moim imieniu trzy zakłady po pięć szylingów każdy, czyli zupełnie przyzwoicie. Doceniłam jego wysiłek, ale wyścigi właściwie nic mnie nie obchodziły.

Nawet kiedy jeden z wybranych przez niego koni, Chaplin, który przez większość gonitwy trzymał się w środku, nagle wyszedł na prowadzenie i zwyciężył, nie potrafiłam dzielić radości z tłumem.

Kiedy Keith spisał już przebieg wyścigu i wyniki, spotkaliśmy się w barze na drinku. Kupił dla mnie brandy, które uprzejmie usiłowałam wypić, podczas gdy on opisywał mi życie świata wyścigów: outsiderów i faworytów, wagę dżokejów i wszelkie utrudnienia, przed którymi stają, taktykę jeźdźców i reguły obstawiania zakładów. Tego popołudnia po raz pierwszy zauważyłam, że zwraca się do mnie Anne, nie Aniu. Zastanawiałam się, czy celowo zmienia mi imię, czy też nie słyszy różnicy. Kiedy powiedziałam mu o liście i matce, objął mnie ramieniem i stwierdził:

– Lepiej nie myśleć o smutnych rzeczach.

Mimo to pragnęłam jego towarzystwa. Marzyłam, żeby złapał mnie za rękę i wyciągnął z wiru, który mnie pochłaniał. Chciałam powiedzieć: „Keith, przypatrz mi się. Zobacz, że tonę. Pomóż”. On jednak tego nie widział. Odprowadził mnie na przystanek, cmoknął w policzek i odesłał do mojej bezmyślnej samotności, a sam wrócił do baru i dalej tropił rozmaite historie.

Otworzyłam drzwi mieszkania. Cisza w nim była jednocześnie krzepiąca i nieznośna. Zapaliłam światło i ujrzałam, że Ruselina i Betty posprzątały. Moje buty były wyczyszczone i stały w parach pod drzwiami. Koszula nocna leżała złożona u stóp łóżka, razem z kapciami. Na poduszce położyły kostkę mydła lawendowego i ręcznik w wyhaftowane kwiaty i drozdy. Rozwinęłam go i ujrzałam słowa: „Dla naszej kochanej dziewczynki”. Moje oczy napełniły się łzami. Może coś zmieni się na lepsze. Choć wszystko we mnie krzyczało, że nadejście listu pogorszy sytuację, próbowałam żywić nadzieję na coś innego.

Betty napiekła pierniczków i zostawiła je w słoju na biurku.

Wyjęłam jeden i niemal złamałam ząb, usiłując go ugryźć. Nastawiłam czajnik i zaparzyłam herbaty, w której rozmiękczałam pierniczki i dopiero potem je jadłam. Położyłam się na łóżku, żeby chwilkę odpocząć, ale zapadłam w głęboki sen.

Godzinę później obudziło mnie pukanie do drzwi. Walczyłam ze sobą, usiłując usiąść, byłam ociężała ze zmęczenia i smutku. Przez judasza ujrzałam Iwana. Otworzyłam drzwi, a on wmaszerował do środka z rękami pełnymi mrożonek. Ruszył wprost do kuchenki i otworzył drzwi minilodówki. Stał w niej tylko słoiczek musztardy.

– Biedna Ania – mruknął, wyładowując paczki. – Irina opowiedziała mi o tym strasznym czekaniu. Jutro będę okupował biuro poczty, dopóki nie znajdą tego listu. – Zamknął lodówkę i uścisnął mnie jak rosyjski niedźwiedź. Kiedy się ode mnie oderwał, jego wzrok powędrował do mojej talii. – Jesteś taka szczupła – westchnął.

Usiadłam na łóżku, a on przy biurku. Pocierał brodę i wpatrywał się w ciemny ocean za oknem.

– Jesteś dla mnie bardzo miły – powiedziałam.

– Traktowałem cię okropnie – odparł, nie patrząc na mnie. – Usiłowałem zmusić cię do uczuć, których do mnie nie żywisz.

Zapadła cisza. Nie patrzył na mnie, więc ja gapiłam się na niego. Na jego wielkie ręce, palce złączone na blacie; jego szerokie, znajome ramiona, kręcone włosy. Żałowałam, że nie potrafię kochać go tak, jak by tego pragnął, bo był dobrym człowiekiem i znał mnie na wylot. Uświadomiłam sobie, że ten brak uczuć wynika z pewnej pustki w moim wnętrzu, nie ma nic wspólnego z Iwanem.

– Iwan, zawsze będzie mi na tobie zależało.

Wstał, jakbym dała mu sygnał do wyjścia, chociaż tak naprawdę chciałam, żeby został, położył się na łóżku obok mnie. Pragnęłam się do niego przytulić i zasnąć z głową na jego ramieniu.

– Za dwa tygodnie wyjeżdżam do Melbourne – oznajmił. – Zatrudniłem kierownika wytwórni w Sydney.

– Och – wykrztusiłam. Poczułam się tak, jakby mnie uderzył.

Kiedy wyszedł, wróciłam do łóżka. Pustka we mnie wciąż się powiększała, niczym rana, z której sączy się coraz więcej krwi.