Выбрать главу

8.

Miałaby teraz dwadzieścia osiem lat. Miałaby dzieci. A ja byłabym babcią. – Cathy westchnęła i otworzyła leżący na jej kolanach album. Zdjęcie przedstawiało Tami w wieku ośmiu lub dziewięciu lat. Stała przed namiotem z biegówkami na nogach. Zastanawiałem się, dlaczego matka pokazała fotografię córki z okresu wczesnego dzieciństwa. Oczywiście, mogło to nie mieć żadnego znaczenia, ale wydało mi się dziwne, że nie wybrała zdjęcia zrobionego tuż przed śmiercią Tami.

– Ten jej uśmiech… – powiedziała. – Był taki jasny. Widząc go, człowiek cieszył się, że żyje.

Cathy zachowywała się nerwowo i patrzyła na swoje ręce. Przyszło mi do głowy, że pozbawiona uśmiechu córki mogła zapragnąć śmierci. Pomyślałem o życiu kiełkującym w brzuchu Lauren. Poczułem skurcz żołądka i moje skupienie prysło.

– To już ponad dziesięć lat – Cathy uniosła rękę i podrapała się za uchem. W jej głosie pobrzmiewało niedowierzanie. Nie wiedziałem, czy wciąż odczuwała tę tragedię tak, jakby wydarzyła się wczoraj, czy też wylała tyle łez, że wystarczyłoby ich na kilka matczynych żywotów.

Wendell Franklin położył dłoń na kolanie żony. Był mężczyzną o zwalistej sylwetce, więc gest ten wydawał się przejawem tym większej delikatności.

– Wciąż jeszcze bywa ciężko – powiedział. – Rozumiecie… trudno jest pamiętać… ale tak samo trudno zapomnieć.

Cathy zacisnęła palce na dłoni męża i spojrzała w naszą stronę. Zmusiła się do uśmiechu, który sprawił, że w oczach zakręciły mi się łzy.

– Jesteśmy wdzięczni, że zgodziliście się państwo nam pomóc – szepnęła.

Lauren powiedziała, że nasz udział w śledztwie jest ograniczony do konkretnych czynności wyznaczonych przez stałych członków Locarda. Wyjaśniła też, na czym polega jej rola jako miejscowego prokuratora. Gdy skończyła, rzekłem:

– Jak państwo wiecie, jestem psychologiem. Moje główne zadanie to zdobycie informacji o waszej córce. Chciałbym się dowiedzieć, kim była Tami w dniu, w którym dosięgła ją śmierć.

– Nie bardzo rozumiem – Dell uniósł brwi. – W jaki sposób może to pomóc w znalezieniu mordercy?

Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią.

– Im więcej będę wiedział o Tami… im lepiej będę ją znał, tym więcej będę miał szans na to, aby wyobrazić sobie, co skłoniło ją do… – szukałem właściwych słów -… do tego, żeby wejść w konflikt z człowiekiem, który ją zamordował.

Dell chciał coś powiedzieć, ale wyprzedziła go Cathy.

– Ona była taka kochana – rzekła. – Nikomu, kto ją znał, nie przyszłoby do głowy ją zabić. To musiał być ktoś obcy.

– Tami… – Dell potrząsnął głową i uśmiechnął się ciepło – Tami potrafiła być trochę uparta. Ale była naszą córką. Kochaliśmy ją od wschodu do zachodu słońca. Boże, jak my ją kochaliśmy!

Minęło przeszło dziesięć lat, a oni wciąż opłakiwali śmierć Tami. Zauważyłem, że Lauren, która przedtem trzymała ręce na brzuchu, rozłożyła palce obu dłoni i skierowała je w dół, jakby w nieświadomie obronnym geście.

Przez następną godzinę Lauren siedziała z Cathy przy stoliku do kart w niszy przy jednej ze ścian bawialni, przeglądając albumy ze zdjęciami i słuchając wspomnień o córce, bez której Cathy nie wyobrażała sobie życia.

Gdy tylko panie pochyliły się nad albumami, Dell zaprosił mnie na krótki spacer. Chciał mi pokazać przynajmniej część farmy i opowiedzieć – co wydało mi się znaczące – nie o zmarłej córce, ale o żyjącym synu. Zaczekałem, aż zmieni buty w przestronnej sieni, i dopiero potem wyszliśmy na dwór. Dell zaskoczył mnie swoją otwartością i wrażliwością, okazaną w rozmowie o córce. Wybiegając myślą ku tej wizycie, niesłusznie zaszufladkowałem go jako małomównego, starego kowboja. Przypuszczenie to nie odpowiadało prawdzie. Zaczynałem uważać Della za człowieka o bogatym życiu wewnętrznym, który nie zdołał uciec przed własnym bólem ani przed cierpieniem swojej żony.

Według jego słów, farma miała „całe mnóstwo hektarów”.

– Większość ziemi kupił mój ojciec. Ja dodałem tylko tu i ówdzie po kawałku. Postawiłem kilka nowych budynków i, oczywiście, wprowadziłem nowe technologie, choć ojciec byłby pierwszy, żeby je stosować, gdyby tylko istniały w jego czasach. Ale głównie dbałem o kontynuowanie tego, co on sobie wymarzył. Wie pan, traktuję to gospodarstwo, jakby zostało powierzone mojej opiece.

– Chyba rozumiem – powiedziałem. Słowo „opieka” wydało mi się bardzo trafne.

– Zacząłem też hodować zwierzęta. To mój dodatek do ojcowskiej wizji. Idzie mi z tym całkiem dobrze. Uwielbiam wszystko, co wiąże się z hodowlą. Czy ma pan jakieś pojęcie o prowadzeniu farmy?

Szedłem o krok za nim dróżką prowadzącą do stodoły z nowym błyszczącym dachem.

– Raczej niewielkie – odparłem. – Mniej więcej takie, jak o gospodarce Serbii.

Dell roześmiał się.

– Większość ludzi nie zna się na tym. Ale niektórzy wyobrażają sobie, że wiedzą, na czym to polega. Myślą, że farmę może prowadzić pierwszy lepszy półgłówek. Inni znów udają że mają o tym jakieś pojęcie. Tami uwielbiała nasze gospodarstwo. I naprawdę rozumiała, jaki jest sens prowadzenia go. Ile wysiłku kosztuje wyżywienie takiego potwora i ujarzmienie go. Cathy i ja mieliśmy nadzieję, że Tami tu zostanie i wyjdzie za kogoś, kto chciałby poprowadzić farmę razem z nią.

– A Joey? Nie okazuje żadnego zainteresowania farmą? – Znałem odpowiedź, ale chciałem ją usłyszeć z ust Della.

– On? Nie, zupełnie nie. Ma tego swojego golfa i chyba nie potrzebuje niczego innego. Nigdy nie widziałem nikogo, kto byłby tak pochłonięty jednym rodzajem działalności. – Dell pokręcił głową, najwyraźniej zakłopotany postawą syna. – Okręg Routt jest pod tym względem bardzo uprzywilejowany. Wie pan, że w naszych górach można grać w golfa prawie tak długo jak w Denver? W dobrym roku sezon trwa od początku maja do końca października. Ten teren nie jest położony aż tak wysoko, jak ludzie sobie wyobrażają. Tylko nieco ponad dwa tysiące metrów. Zaskoczyło to pana, prawda? Mimo wszystko nie wiem, dlaczego Joey jest w tym aż tak dobry. Mam na myśli golfa. Niektórzy ludzie mają po prostu smykałkę do pewnych rzeczy. Zwrócił pan na to uwagę?

Odparłem, że tak, zauważyłem to.

Pierwsze dwie przegrody we wnętrzu ogromnej stodoły zostały przebudowane na pole do golfa pod dachem. Podwyższenie do wybijania piłki. Ogromna sieć do chwytania piłek. Komputer do mierzenia i analizowania jakichś parametrów. Może odległości? Nie gram w golfa, nie miałem więc pojęcia, o co mogło chodzić.

– Ja sam też trochę gram – powiedział Dell. – Od lat należę do małego klubu, który znajduje się przy drodze numer czterdzieści. Tak naprawdę zacząłem grać tylko po to, żeby mieć pretekst do spotykania się z kolegami. Ale idzie mi marnie. Jest tam pole z dziewięcioma dziurami i jeżeli mam szczęście, przekraczam pięćdziesiąt punktów. Ze dwa razy w sezonie. Nie miałem nigdy dość czasu, żeby zagrać na polu z osiemnastoma dziurami. Tracę więcej piłek, niż mam cierpliwość je liczyć. Kiedy Joe miał z pięć albo sześć lat, lubił jeździć ze mną do klubu. Czasami udawało mu się trafić. Od początku miał do tego dryg. Był jedynym chłopakiem, jakiego znałem, który wolał grać w golfa, niż jeździć na nartach, więc któregoś roku urządziłem mu ten teren pod dachem – ciągnął Dell, wskazując ręką na kryte pole. – Nie od razu wyglądało to tak jak teraz. Na początku było tu trochę sztucznej darni przybitej gwoździami do podłogi i siatka, którą powiesiłem, żeby nie zabijał piłką zwierząt. Potem dodawałem po kawałku, w miarę jak grał coraz lepiej. A później… rozumie pan… Joey stał się dla mnie… takim, no, zbawieniem. Kiedy miałem dość życia z powodu tego, co zrobili z Tami, dzięki Joeyowi dziękowałem Bogu za to, że żyję. Nie wyobraża pan sobie, jak mi to pomagało. Oczywiście, pomógł mi także Kościół. Ale gdy życie stawało się nie do zniesienia, właśnie Joey pomagał mi utrzymać piłkę na torze.